Za poradą V.I.P.-a ugotowałam sobie wczoraj pyszną owsianeczkę. Ale nie na mleku, na wodzie. Dodałam co prawda dla smaku jeszcze rosołek w kostce i czosnek w kostce i wsypałam płatki błyskawiczne, chwilkę pogotowałam i obiad i kolację miałam jak ta lala. Taką owsiankę zawsze przygotowuje siostra V.I.P.a gdy ktoś z domowników ma żołądkowe perturbacje. I ja posłuchałam rady V.I.P-a i dobrze na tym wyszłam!!!!
Czułam, jak ta owsianka „otuliła” mój biedny, schorowany żołądek, a dzisiaj jakby mnie trochę mniej brzuszek bolał. Jeszcze nadal odczuwam mały dyskomfort, ale to i tak w porównaniu do dnia chociażby wczorajszego jest o niebo lepiej. Wyobraźcie sobie, że zjadłam wczoraj kawałek chałki drożdżowej, samej, bez żadnej omasty i to brzuszkowi się nie spodobało, ale z niego grymaśnik.
Dzisiaj idę na USG jamy brzusznej do Łukasza, mojego bratanka, a we czwartek (a nie jak myślałam początkowo w piątek) Łukasz zrobi mi pasaż jelita cienkiego. Potem pozostanie mi tylko wizyta u jakiegoś dobrego gastrologa i miejmy nadzieję, że jednak z tej niedyspozycji, trwającej już ponad miesiąc (z małymi przerwami) się skutecznie wyleczę. A może to jednak nie jest rak trzustki????? Postaram się dostosować do jeszcze jeden porady V.I.P.A i zacznę myśleć pozytywnie. Bo szkoda by było jednak teraz umierać, gdy już tyle różnych przejść mam za sobą, prawda?
Właśnie, dawno nie pisałam o moich osiągnięciach, a tu już za dwa dni zbliża się 9-ta miesięcznica mojej operacji.
Otóż ważyłam się wczoraj na tej samej wadze co zwykle i okazało się, że ważę 84kg, czyli dokładnie o 40 kilo mniej, niż ważyłam przed operacją, a 51 kg mniej, niż ważyłam jeszcze prawie rok temu. Uważam, że mam dobre osiągnięcia i właściwie mogłabym na nich pozostać, no chyba, że jeszcze udałoby mi się te 5-6 kg zrzucić, Ale powolutku, nikt mnie nie goni przecież. 50 kg to prawie troszkę więcej niż połowa mnie kiedyś.
Ale zdam się na mój organizm i co on postanowi, ja to będę robiła, bez sprzeciwu.
Zresztą kiedy ja miałam taką wagę 84 kg – już nie pamiętam nawet!!!
Spyta mi się ktoś, czy wobec tych moich obecnych kłopotów żałuję, że poddałam się operacji??
W żadnym wypadku – taka moja odpowiedź jest stanowcza i nieodwołalna. Wszystkie zresztą podjęte w życiu decyzje mają swoje i dobre i gorsze strony, ja jednak nie baczę na te gorsze, no. może czasem ponarzekam, bo to jest cecha każdego Polaka zresztą, ale jednak jestem szczęśliwa i co najważniejsze, dużo lżejsza.
A poza tym życie na owsiance nie jest takie złe, miałam w dzieciństwie kolegę, którego babcia codziennie rano gotowała właśnie owsiankę na mleku i wcale z tego powodu sobie nie krzywdował.
Zresztą są różne wersje owsiankowe, muszę przejrzeć tylko internet i wyszukać fajne przepisy, które będę stosowała do czasu, aż mój brzuch nie wyzdrowieje całkowicie. Ale i wtedy będę musiała uważać, by znów podobne tarapaty się nie wprowadzić.
A tam, zresztą, aktualne jest ciągle pytanie, które kiedyś zadała mi Ciocia Jutta : „ty żyjesz, żeby jeść, czy jesz, żeby żyć?”
No właśnie, to pytanie jest podobnie podchwytliwe, jak to „co było pierwsze jajko, czy kura”, każda odpowiedź jest łatwa do podważenia.
Chociaż z drugiej strony miłe jest, gdy podniebienie połechtasz od czasu do czasu jakimś smakołykiem, nieprawdaż?
Pozostawiam ten problem więc dzisiaj wszystkim moim Czytelnikom, życząc przy okazji miłego wtorku
