Pieczeń z wielbłąda

 

Zastanawiam się, jakie jeszcze głupoty  mogą przychodzić do  człowieka we śnie.
Okazuje się, że przeróżne, jak na przykład taki, że odwiedziłam moją kuzynkę, która chciała mnie poczęstować obiadem, właśnie pieczenią z wielbłąda.
Tak zastanawiałam się w tym śnie, czy dać się skusić na takie dziwne danie, na szczęście w porę się przebudziłam.
Pieczeń jeszcze rozumiem, w końcu u nas w sobotę piekli w domu mięso, ale dlaczego z wielbłąda? Skąd to biedne, dwugarbne zwierzę dostało się do mojej głowy?
No nic, potem z kolei miałam następny okropnie męczący sen, mianowicie jeździłam tramwajami po Krakowie i za nic nie mogłam trafić do domu. Pytałam po drodze różne osoby, w jaki sposób mam dojechać na miejsce, ale za każdym razem tylko oddalałam się od mojego domu coraz bardziej i coraz bardziej, aż zupełnie się zagubiłam, nawet nie wiedziałam, gdzie jestem. I gdy już miałam zawołać taksówkę, która by mnie do domu odwiozła, akurat się obudziłam i z wielką ulgą stwierdziłam, że jestem już u siebie w łóżku i dalej już nigdzie błądzić nie muszę. Ale poczułam ulgę.
Nie ma nic gorszego, niż błądzenie i bezradność, gdy nikt nie chce udzielić Ci żadnej sensownej porady, czułam się w tym śnie  zagubiona, samotna i nieszczęśliwa.
Gdybym wierzyła w teorie Freuda pewnie ten sen można byłoby w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, wszak każdy w sumie jest nieco zagubiony, nawet ci, którzy do tego się nie przyznają bywają osamotnieni, bo takie jest życie, szczególnie w ostatnich czasach, gdy tak wiele złych rzeczy na świecie i w Polsce się dzieje. Ale nawet nie będę zaglądała do sennika, co by miał ten sen oznaczać i tak na pewno pieczeni z wielbłąda tam bym nie znalazła.
Ale pozostawmy smutne myśli, dzisiaj jest poniedziałek, więc z pozytywnym nastawieniem trzeba rozpoczynać następny tydzień.
Dla mnie tym bardziej pozytywny, że coraz lepsze osiągam rezultaty w zwalczaniu moich złośliwych bakterii jelitowych, więc praktycznie wszystkie dolegliwości pomału się cofają. Niestety na  zażywanie tego antybiotyku pozostaje mi jeszcze około 6 dni, ale muszę przypilnować, żeby wykorzystać każdą tabletkę, by te bakterie znów nie zechciały do mnie powrócić. Ale jaka to ulga, gdy już nie muszę ćwiczyć swoich nóg w nocnym i dziennym bieganiu na przełaj przez przedpokój, czuję się, jakbym urodziła się od nowa.
No i pomału zacznę do swojego jadłospisu włączać różne pyszne wiktuały, pewnie zacznę od białego sera, bo jakoś na wędliny nadal nie mam ochoty.
Za to z wielką przyjemnością zjadłabym sobie pstrąga pieczonego we folii w piekarniku, mniam, do tego jeszcze dodaje się plasterki cytryny, a gdyby tak jeszcze posmarować go po upieczeniu masłem czosnkowym, to cała gęba byłaby już ze szczęścia w niebie.
Na pewno było by to smaczniejsze danie, niż ta nieszczęsna pieczeń z wielbłąda!!

Po sobotnim dniu pełnym gości i rozgardiaszu, niedziela przeszła praktycznie bardzo sennie i spokojnie. Oczywiście nie doszło wczoraj do planowanego  spotkania z Piotrem, pewnie przełożę to dopiero na czas wiosenny, a do wiosny pozostało jeszcze 2 miesiące. Mam nadzieję, że ten czas zleci mi szybciutko, chociaż gdy człowiek popatrzy przez okno i widzi te białe plamy na ulicach i chodnikach, jakoś od razu humor się psuje, przynajmniej mi.

Życzę wszystkim bardzo udanego poniedziałku, bez kłopotów i przeszkód, bo jaki jest poniedziałek, taki potem i jest cały tydzień.