zimy ciąg dalszy


A tak wyglądała zima w połowie lat siedemdziesiątych zeszłego stulecia.
Niby nie tak dawno, „tylko” jakieś 40- 45 lat temu.
Wtedy to dopiero zimy bywały porządne, srogie.
Chociaż kiedyś już wspominałam w blogu taką zimę, gdy jeszcze chodziłam do podstawówki i z okazji olbrzymich opadów śniegu, a potem i mrozów szkoły były przez dwa tygodnie zamknięte, ale całej gawiedzi szkolnej wcale to nie przeszkadzało, z wielką radością godziny przedpołudniowe spędzano na sankach. Jakoś wtedy dzieci i młodzież na nartach raczej mało jeździła, chyba nie były one wtedy tak popularne, jak teraz, gdy nawet 2-3 latka już na nartach spotkać na zboczu można.
Za to bardzo popularne były tzw „szlajki”, tam gdzie zamarzała kałuża na chodnikach robił się niewielki pas lodowy, które młodzież chętnie ujeżdżała na butach, tam i z powrotem. Ile biednych babć, nieświadomych tych lodowych pułapek przyprószonych śniegiem łamało sobie na tych „szlajkach” nogi i ręce.
Prawdę powiedziawszy zawsze bałam się takich przejażdżek, ale kiedyś dałam się namówić koleżankom z klasy (no co ty, boisz się drwiły, więc pokazałam, że się nie boję). Skończyło się to dla mnie całkiem niemiło, upadłam i złamałam sobie rękę. Odtąd zawsze unikałam takich pułapek i zostało mi to chyba do dzisiaj, bo idąc patrzę się pod nogi, co za niespodzianka może mnie na chodniku spotkać. W lecie są to nierówne kanty, połamane płyty chodnikowe, o które łatwo zahaczyć nogą, a zimą właśnie oblodzone chodniki. Już nie raz zaliczyłam w ten sposób „glebę”. Kiedyś potknęłam się o chodnik, poleciałam niekontrolowanie na przód, upadłam, a nosem wyrżnęłam w kant obramowania trawnika – skutek był żałosny, złamany nos, którym zahaczyłam o ten wystającą część trawnika, no i dodatkowo była też  złamana kość w nadgarstku. Innym razem przy takim upadku miałam uszkodzoną łękotkę i zebrał mi się płyn w kolanie, musiałam mieć robioną punkcję.
No to ja dziękuję, ja już na prawdę wolę iść pomału, z głową wpatrzoną w chodnik, chociaż wiele osób to denerwuje, że tak właśnie chodzę. Ale dla mnie wydaje się to  jedyny bardzo bezpieczny sposób na chodzenie. Oczywiście tam gdzie wiem, że chodnik jest gładki i bez wybojów idę bardziej śmiało i nie koniecznie spuszczam głowę. Ale na przykład idąc do pracy, wychodząc z z autobusu i idąc ulicą Pielęgniarek jest taki odcinek, gdzie płyty chodnikowe są nierówne, popękane, wystające i tam niestety idę pomału i bardzo, bardzo ostrożnie, tym bardziej, że moje nogi niestety mają tendencję do zahaczania o każda nierówność, możliwe, że je mało unoszę do góry, może trochę i ciągnę za sobą, ale tak jest i już, nic na to, prócz bacznej uwagi nie pomogę.
Lepsza chwila uwagi, niż potem tygodnie, a czasem i miesiące bólu.

Wczoraj oglądałam ostatni program z serii „Tomasz Lis na żywo”. Zamknęli gębę panu Tomaszowi, wyraźnie wsadzili mu knebel w usta, bo nie chciał kwakać jak inne kaczki. Przykro mi było, ale cały ten program oglądałam z ciekawością.
Na koniec była retrospekcja wszystkich jego programów z tej serii, przedstawiająca wywiady z tymi, których już nie ma pośród nas i z tymi, którzy i dzisiaj są w polityce, w świecie biznesu, w mediach. Łza zakręciła mi się w oku.
Ale na koniec Tomek Lis powiedział optymistycznie: Głowa do góry, będzie dobrze.
I ja w to wierzę, na pewno będzie panie Tomku i na pewno z tarczą znów powróci pan kiedyś do tego programu.
I powtarzam za panem : Głowa do góry, będzie dobrze!!!!!!!! Musi być dobrze!!!!!
Każdy zły sen w końcu  kiedyś przemija!!!!!!!

No to mamy dzisiaj już wtorek, zima w Krakowie nijaka, nie jest mroźnie, ale przenikliwie, co sprzyja niestety tylko wszelakim przeziębieniom.
Ale ja postanowiłam nie dać się, jedna przypadłość chorobowa w zupełności mi wystarczy.

Dobrego dnia.