anemony

 

Ofiarowuję Wam dzisiaj pęk romantycznych anemonów.
Ot tak, na przekór mroźnej pogodzie, na przekór w ogóle zimie, która coraz bardziej mi dokucza.
I nie tylko będąc na zewnątrz, na dworze (czyli po krakowsku na polu). Ale także i wtedy, gdy przez niezbyt szczelne jednak u mnie okna dochodzi mroźny powiew i zmusza mnie do siedzenia w domu w dwóch swetrach. Okropnie jestem ostatnimi czasy nie dogrzana.
Właściwie to powinnam zacząć pić na przykład wieczorem lampkę, lub dwie, dobrego czerwonego wina, może by to trochę pobudziło moja krew do żywszego obiegu? Tylko……. no właśnie, tak łatwo w alkoholizm wtedy wpaść można. To po pierwsze, a po drugie, przecież nie będę piła sama wina do lusterka, a po trzecie, no właśnie, co by moje brzusio na to powiedziało? Lepiej go już nie drażnić, skoro zdrowieje.
No tak, zapomniałam i tak nie mogę teraz pić wina, bo wciąż przecież jestem jeszcze na antybiotykach. Zdecydowanie odpada picie  alkoholu.
No to poczekam sobie jeszcze trochę na jakąś fajną okazję i w miłym towarzystwie wypiję te dwie lampki wina.
Chyba będę musiała się pospieszyć, bo w tym roku karnawał trwa bardzo krótko. jeszcze dwa tygodnie i już zaczynamy Wielki Post.
A wtedy to już zdecydowanie nie wypada pić alkoholu, no może jedną małą lampeczkę dla zdrowotności??
Dzisiaj przeczytałam, że jednym z największych Balów nad Balami jest Bal Karnawałowy w Operze Wiedeńskiej.
Tradycja takich balów sięga czasów Kongresów wiedeńskich w latach 1814/1815 , na zakończeniu których miały miejsce występy taneczne.
Bal odbywa się zawsze w ostatni czwartek Karnawału. Opera jest przebudowywana na ogromną salę balową. Usuwane są wszystkie krzesła, a podłoga, dzięki specjalnemu rusztowaniu, zostaje zrównana ze sceną i stanowi parkiet sali balowej o powierzchni 850 metrów kwadratowych. Od roku 2008 w dniu balu przed budynkiem Opery wystawiany jest czerwony dywan dla gości. W sumie przy pracach technicznych bierze udział 650 ludzi.
Na otwarcie balu do sali wkracza 180 par tanecznych. Oficjalnie rozpoczęcie balu następuje z chwilą wejście prezydenta Austrii do loży rządowej przy dźwiękach fanfar. Następnie odgrywany jest hymn narodowy. Później następuje część występów tancerzy baletowych. Dopiero po słowach „Alles Walzer” rozpoczyna się bal dla wszystkich uczestników, który trwa od 22 do 5 rano.
Czas Karnawałowy to dla Wiedeńczyków czas przeróżnych Balów:między innymi Bal w Operze, Bal Czerwonego Krzyża, Bal Cukierkowy, Bal Kwiatowy, czy Bal Johana Straussa. Każdy z nich jest wspaniały, ale na pewno marzeniem każdego człowieka byłoby uczestniczyć właśnie w tym największym, w  Balu w Operze Wiedeńskim.
No to co, dacie się namówić??
W Krakowie, a pewnie też i w innych miastach też w okresie Karnawału odbywają się wielkie Bale Charytatywne, z których zebrane kwoty zawsze są ofiarowane na pomoc dla osób potrzebujących, bądź to dla jakichś Stowarzyszeń Dzieci, lub Osób Niepełnosprawnych. Jest to zawsze bardzo piękna i bardzo potrzebna inwestycja. Każdy cel, któremu przyświeca pomoc innym jest sam w sobie bardzo szlachetny.

Ale się dzisiaj od rana balowo rozmarzyłam, pewnie dlatego, że znów obudziłam się o 5 rano całkiem wyspana.
Ale to już nie te czasy, gdy na bale się chodziło, zresztą pewnie na palcach u ręki mogłabym policzyć, w ilu takich balach w życiu uczestniczyłam.
Zresztą nie są one teraz tak w modzie, jak dawniej.
Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, takie wspaniałe bale urządzali moi Rodzice dla swoich znajomych, zresztą również i brali potem udział w re balach u innych zaprzyjaźnionych rodzin.
Wtedy na dole, w Pracowni Rtg, przemeblowywano trzy wielkie sale, odpowiednio ubierano, w największym pokoju – poczekalni urządzano salę tańców, w pozostałych były stoły uginające się od pysznych dań, począwszy od zimnych przekąsek, przez gorące, wykwintne dania po desery, na których prym wiodły wspaniałe torty i ciasta. Ach, co to były za torty, prawdziwe, olbrzymie: orzechowe i kokosowe i torty Fedora i inne, jeszcze o bardziej wyrafinowane w smakach. Do tego były dobierane odpowiednie napoje i alkoholowe i bezalkoholowe, ale każdy znał umiar i nigdy nie zdarzyło się, by ktoś nadużył alkoholu, by potem wszczynać jakieś awantury.
Ja, jako dziecko oczywiście nie mogłam uczestniczyć w takich balach, ale zawsze z otwartymi ustami przyglądałam się wszystkim przygotowaniom i podziwiałam zgrabność i szyk specjalnie zamówionych kelnerów, którzy mieli obsługiwać gości.
Potem, co najwyżej wolno mi było ładnie ubranej i grzecznej dziewczynce z obowiązkowo zawiązaną kokardą zejść na moment do Rodziców, gdzie grzecznie dygając byłam z dumą przedstawiana przez rodziców szacownym  gościom, by po chwili znów powrócić musiałam już do swojego mieszkania i grzecznie położyć się spać, podczas, gdy z dołu dochodził do moich uszu tylko gwar rozmów i dźwięki  przygrywającej do tańca orkiestry. Oczywiście nie było wtedy jeszcze żadnych adapterów, cy magnetofonów, więc orkiestra grać musiała na żywo.
Ach, jak im wtedy zazdrościłam i zawsze marzyłam sobie, że gdy kiedyś dorosnę, też w takich balach uczestniczyć będę.
Rzeczywistość okazała się jednak całkiem inna od dziecinnych marzeń.

A propos rzeczywistości : Dzisiaj idę do pracy na popołudniową zmianę, ale muszę się spieszyć z powrotem, bo jestem wstępnie umówiona z panem Józiem, który ma przyjść doglądnąć mój „żółwiowaty” komputer, przyda się troszeczkę go odświeżyć i powywalać to, co w nim już niepotrzebne.
Również pan Józio musi mi podłączyć telefon do  mojego rutera. który nareszcie to ruter odzyskałam po zgubie, gdyż, jak już kiedyś chyba pisałam, mam jakoś inaczej podłączony miejski telefon, tzn jest on ściśle powiązany z dostępem do internetu, a nie jak dotychczas telefonicznymi łączami.
Ponieważ nie miałam chwilowo tego rutera, mój miejski telefon był głuchy jak pień, ani ja nie mogłam z niego dzwonić, ani nikt do mnie nie mógł się dodzwonić, teraz to powinno się zmienić, bo przecież jak na razie płacę za telefon, z którego i tak korzystać nie mogę.
Problem jest tylko w tym, czy rzeczywiście dzisiaj, według umowy, dodzwonię się do Pana Józia i czy da rady dzisiaj przyjść, już chciałabym mieć ten problem z głowy, a on ciągle jest taki biedny, zapracowany…..
Ale mam nadzieję, że wszystko pozytywnie załatwię, już ja go sobie dzisiaj przypilnuję!

Okropnie dużo dzisiaj się rozpisałam (okazuje się, że można wiele pisać, nie koniecznie tylko o polityce), więc kończę ten dzisiejszy elaborat życząc wszystkim miłego czwartku. No i trzymajcie dzisiaj za mnie kciuki, by moje plany się powiodły!.

Za oknem mróz, śnieg pada…….

To i moja środowa  róża  dla Ulki w biało – śnieżną szatę się ubrała/
Witam Cie Uleczku zimową porą. taki właśnie dla nas czas nadszedł, a ja ciągle niecierpliwie czekam, gdy będzie można zdjąć z głowy czapkę, wyciągnąć  spod szyi ciepły, wełniany szal i zdjąć nareszcie kurtkę. Bo ta nowa wiosenna na mnie już czeka 🙂
Ale do wiosny wciąż jeszcze tak daleko, a tak by się chciało troszkę kości ogrzać w słoneczku, prawda?
Wiem, Tobie pewnie ta zima tak nie dokucza, jak mnie, bo jesteś zahartowana w długich spacerach z kijkami, teraz po leczeniu sanatoryjnym pewnie jeszcze bardziej żwawo z nimi biegasz.
A ja ciągle się skarżę, że mi jest zimno. Siedzę w ogrzewanym przecież mieszkaniu w dwóch swetrach i trzęsę się z zimna.
No tak, zabrakło mi mojego własnego termoforu – tłuszczyku, który mnie dotąd dogrzewał. Ja wiem, Ty jesteś szczupła, nawet powiedziałabym jesteś chudzinką, ale zdążyłaś się przyzwyczaić, że nie musi Cię grzać własna tłuszczowa powłoka. A ja po tylu latach nagle zostałam jej pozbawiona….
Nie, nie znaczy to wcale, że się skarżę, skądże znowu, przypuszczam, że to ostatnie przymusowe nie jedzenie z powodu moich dolegliwości spowodowało, że nie mam należycie  dostarczonej energii potrzebnej do ogrzewania ciała, stąd to nieprzyjemne uczucie zamarzania.
Ale kłopoty się skończyły, dobrzeję w oczach, o przepraszam, raczej w brzuszku, więc wszystko niebawem powróci do normy,
Tylko właściwie mogłaby ta wiosna przyjść szybciutko, prawda? No nie już, teraz, dzisiaj, jutro, niech dzieciaczki na sankach i na nartach podczas ferii zimowych sobie pohasają, ale potem już powinna być wiosna.
Wczoraj dowiedziałam się, że w Japonii za kilka dni już zaczynają obchody Kwitnącej Wiśni. Takim Japończykom to dobrze, co prawda nie od razu w calutkiej Japonii, ale pomału krainami już zaczyna się tam  kwitnienie. A my? Ile jeszcze mamy czekać  2-3 miesiące? Za długo……
Właśnie a propos ferii, jestem ciekawa, czy przez ten okres też wybierasz się do swojej Magdy jako Dog- sitter? Czy Oni wybierają się gdzieś na jakiś zimowy wypad w góry?
Pozdrawiam Cię serdecznie Uleczku i całusy posyłam gorące, mam nadzieję, że zanim dotrą do Ciebie do Poznania nie uda im się całkowicie zamarznąć na sople.

Wczorajszy dzień przeszedł w miarę normalnie. Rano pojechałam do pracy, potem zrobiłam małe zakupy, ugotowałam pyszną zupę pomidorową na jarzynkach i pomidorkach z puszki z ryżem i byłam u pani Oli, która wyprofilowała mi brwi i nałożyła mi na nie hennę.
Po zupce zrobiłam się lekko senna, więc uskuteczniłam sobie całkiem niekrótką drzemkę. Oczywiście nie włączałam telewizora, bo nie chciałam sobie psuć humoru wiadomościami z Brukseli. Cała polityka była wczoraj poza mną, co miałam na ten temat do powiedzenia już napisałam w poprzednim moim blogu. Podobno pani premier Broszka, oj przepraszam, premier Szydło, całkiem nieźle sobie nawet dawała radę na tym unijnym przesłuchaniu, czemu wcale się nie dziwię, bo w oszukiwaniu i w kłamstwach osiągnęła już himalajskie szczyty, więc to nie była dla niej żadna nowość, a z kolei i nasza polska opozycja  w Unijnym parlamencie siedziała cicho, jak mysz pod miotłą, pewnie ze wstydem słuchała tego, co „bajeruje”przedstawicielka polskiego rządu i nie chcąc jej jeszcze bardziej pogrążać nabrała wody w ustach.
Co wyjdzie z tej debaty, na ile politycy Unii dali się lub nie dali się wyprowadzić w pole zobaczymy wkrótce.

Dzisiaj obudził mnie mroźny bardzo pranek, temperatura spadła nawet poniżej 10 stopni.
Brrr, biedna Renia, która dzisiaj do nas raniutko przyszła, zamarznięta była jak sopelek, no tak jest, gdy się na mrozie na bus czeka.
Mnie to chyba na razie nie grozi, albowiem idę na popołudniu i do tego czasu temperatura nieco się podniesie – przynajmniej taką mam nadzieję.
No to może na rozgrzewkę jakiś fajny kawał wkleję?


Pani pyta w szkole:
– Jasiu jak jest różnica między światłem słonecznym, a elektrycznym?
– Za słoneczne się nie płaci.
No właśnie, wiec niech to słonko już nam szybko wychodzi, żeby móc przynajmniej na elektryczności nieco zaoszczędzić.

Milutkiej środy wszystkim życzę   



moje polityczne trzy grosze

 

Wczoraj  był bardzo ważny dzień dla Polski w Brukseli. Ważyły się losy Polski, ale to nie jest jeszcze proces skończony.
Wczoraj doszło do bardzo ważnego spotkania : Prezydent Polski, Andrzej Duda – Prezydent Unii, Donald Tusk.
Myślę, że ten dzień był szczególnie ważny właśnie dla naszego Prezydenta Dudy. Miał okazję dostać kilka bardzo cennych uwag, wartych przemyśleń.
Jego sytuacja nie jest różowa. Teraz chyba zaczął sobie nareszcie zdawać sprawę, że zrobił olbrzymi błąd, dając się tak bezkarnie i bezwolnie podporządkować Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jest to trudne do zrozumienia, dlaczego człowiek inteligenty, wykształcony, z doktoratem, nagle stał się bezwolną kukiełką kogoś, któremu w żaden sposób właściwie nie podlega. Przecież urząd Prezydenta jest najważniejszą instytucją państwową i nie podlega żadnej innej jednostce rządzącej, no może poza Trybunałem Konstytucyjnym. A już  na pewno nie podlega zwyczajnemu posłowi, co prawda z partii rządzącej, ale nie piastującemu żadnego ważnego stanowiska w państwie.
No chyba, że Jarosław jako samozwańczy naczelnik państwa (a nie jest na pewno  przewidziany w Konstytucji taki urząd) ma jakieś haki na pana prezydenta, czemu specjalnie bym się nie dziwiła, jako, że jest to człowiek lubujący się właśnie w kolekcjonowaniu haków zarówno na przeciwników, jak i na ludzi, z którymi współrządzi. Start w prezydenturze niestety Andrzej Duda miał fatalny, nie potrzebne dał sobie wmówić, że jest uzależniony od Kaczyńskiego, może sądził, że ma jakiś dług wdzięczności wobec niego, ale to niestety on będzie w przyszłości ponosił konsekwencje swoich działań, to on ewentualnie stanie przed Trybunałem Stanu, z oskarżeniem łamania Konstytucji, której strzec się, przyjmując urząd prezydenta się zobowiązywał.
Do tego prezydent boi się też o losy swojej ukochanej córki, która teraz studiuje też prawo, na tej samej uczelni, którą on kończył i z powodu niefortunnych poczynań swojego ojca może mieć teraz kłopoty w świecie akademickim.
Andrzej Duda w stosunku do Donalda Tuska jest politykiem młodym, jeszcze niedoświadczonym, może właśnie wczoraj, odbierając w pewien sposób lekcję pokory od starszego kolegi zrozumiał, że jeszcze na czas na wycofanie się z źle obranej drogi, ma jeszcze czas, jak to określił Donald Tusk na „przejście na dobrą stronę mocy”. Tylko czy starczy mu sił i odwagi sprzeciwić się Kaczyńskiemu?
Jeszcze ma szanse na to, by stał się prawdziwym prezydentem, chcący naprawić to, co można naprawić, ale nie koniecznie wg idea-fix wodza Pisu.
Prezydent jest osobą bezpartyjną, może jego „serce” należeć co prawda do jednej politycznej opcji, ale nie koniecznie oznacza to, że bez namysłu musi wypełniać czyjeś polecenia. Przyjmując swój urząd  zobowiązał się, że będzie prezydentem wszystkich Polaków i teraz ma szanse to udowodnić.
Jeżeli podejmie odpowiednie kroki, na pewno będzie miał szerokie poparcie wśród innych partii, wśród społeczeństwa, ale zdecydowanie musi zmienić swoją postawę, musi zacząć szukać consensusu pomiędzy partią rządzącą i partiami opozycyjnymi  i doprowadzić te partie do wspólnego działania na rzecz wspólnej przecież Ojczyzny.
Rozumiem, że Jarosław, a szczególnie tzw Jastrzębie Pisu nie będą zadowoleni z takiej zmiany, ale sytuacja staje się bardzo niebezpieczna dla Polski i nie możemy sobie w żadnym wypadku pozwolić na to, aby Europa i świat od nas się  teraz odwrócili. Zacietrzewienie i buta nie prowadzą do niczego, czego właśnie przykładem mogą być rządy i związane z tym losy  poprzedniej partii, najwyższa pora wyciągnąć dobre wnioski i zacząć je stosować.
Trzeba zmazać wszystkie polityczne animozje pomiędzy polskimi i europejskimi partiami, przestać się bawić we wzajemne oskarżania, donosy, wypominania, kto komu co i za co jest winien.
Gdy  1 maja 2004 r wstępowaliśmy do Unii Europejskiej prawie  wszyscy Polacy byli w euforii. Wstąpiliśmy do Unii, bo taka była decyzja zdecydowanie większości Polaków biorących udział w referendum dotyczącemu  chęci przystąpienia do Unii. Wtedy podjęliśmy też i na siebie pewne obowiązki, z których teraz ciągle musimy się wywiązywać. I to nie oznacza wcale, że jesteśmy kondominium niemieckie, czy  że jesteśmy bezwolne „baranki” Unii, potulnie wypełniające ich wolę. Sami przecież do tego się zobowiązaliśmy i dlatego teraz Unia jest zadziwiona gwałtowną zmianą Polski w sposobie myślenia i w sposobie prowadzenia nagle antyunijnej polityki.
Tak nie może być, wystarczy tylko popatrzeć na położenie geograficzne naszego kraju, który nie może być przecież otoczony z dwóch stron wrogimi krajami. Tak było w 1939 roku i jak na tym wyszliśmy?
Jarosław Kaczyński bardzo uważa na rys polityczny Polski, niech więc i ten szczegół weźmie  pod uwagę. Zarówno w życiu politycznym, czy tym na co dzień, lepiej koło siebie mieć dobrego  sąsiada, niż wrogo nastawionego antagonistę.

„Jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada” śpiewały kiedyś „Alibabki” Każdy z nas ma sąsiada i mimo, że nie zawsze z nim w 100 procentach się zgadzamy, czasami woli zacisnąć wargi, przemilczeć, niż stanąć z nim na wojennej ścieżce, staramy się  szukać wspólnych, dobrych rozwiązań, prawda????
W polityce jest całkiem podobnie i ważne jest to, aby obóz obecnie rządzący to zrozumiał.
Nie przypuszczałam, że napiszę kiedyś te słowa, ale naprawdę mam nadzieję, że Prezydent Andrzej Duda wyciągnie odpowiednie wnioski z wczorajszej  wizyty w Parlamencie Unii i zacznie prawdziwą swoją prezydenturę, nie uległą, nie na kolanach, ale dumną, z mądrymi i dobrymi decyzjami.
JESZCZE NAPRAWDĘ MA NA TO SZANSĘ.  I oby tak się właśnie stało!!!!
Pozwólcie, że zakończę te swoje dzisiejsze polityczne rozważania słowami  Czepca z I-szego Aktu „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego:
A ja myślę, że panowie
dużo  by już mogli mieć,
ino oni nie chcą chcieć

Właśnie, byle by mu się chciało!!!!..

Życzę wszystkim miłego wtorku.
Dzisiaj idę na poranną zmianę, a za oknem niestety biało. Oczywiście dla mnie niestety!!!!

Miłego wtorku



Pieczeń z wielbłąda

 

Zastanawiam się, jakie jeszcze głupoty  mogą przychodzić do  człowieka we śnie.
Okazuje się, że przeróżne, jak na przykład taki, że odwiedziłam moją kuzynkę, która chciała mnie poczęstować obiadem, właśnie pieczenią z wielbłąda.
Tak zastanawiałam się w tym śnie, czy dać się skusić na takie dziwne danie, na szczęście w porę się przebudziłam.
Pieczeń jeszcze rozumiem, w końcu u nas w sobotę piekli w domu mięso, ale dlaczego z wielbłąda? Skąd to biedne, dwugarbne zwierzę dostało się do mojej głowy?
No nic, potem z kolei miałam następny okropnie męczący sen, mianowicie jeździłam tramwajami po Krakowie i za nic nie mogłam trafić do domu. Pytałam po drodze różne osoby, w jaki sposób mam dojechać na miejsce, ale za każdym razem tylko oddalałam się od mojego domu coraz bardziej i coraz bardziej, aż zupełnie się zagubiłam, nawet nie wiedziałam, gdzie jestem. I gdy już miałam zawołać taksówkę, która by mnie do domu odwiozła, akurat się obudziłam i z wielką ulgą stwierdziłam, że jestem już u siebie w łóżku i dalej już nigdzie błądzić nie muszę. Ale poczułam ulgę.
Nie ma nic gorszego, niż błądzenie i bezradność, gdy nikt nie chce udzielić Ci żadnej sensownej porady, czułam się w tym śnie  zagubiona, samotna i nieszczęśliwa.
Gdybym wierzyła w teorie Freuda pewnie ten sen można byłoby w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, wszak każdy w sumie jest nieco zagubiony, nawet ci, którzy do tego się nie przyznają bywają osamotnieni, bo takie jest życie, szczególnie w ostatnich czasach, gdy tak wiele złych rzeczy na świecie i w Polsce się dzieje. Ale nawet nie będę zaglądała do sennika, co by miał ten sen oznaczać i tak na pewno pieczeni z wielbłąda tam bym nie znalazła.
Ale pozostawmy smutne myśli, dzisiaj jest poniedziałek, więc z pozytywnym nastawieniem trzeba rozpoczynać następny tydzień.
Dla mnie tym bardziej pozytywny, że coraz lepsze osiągam rezultaty w zwalczaniu moich złośliwych bakterii jelitowych, więc praktycznie wszystkie dolegliwości pomału się cofają. Niestety na  zażywanie tego antybiotyku pozostaje mi jeszcze około 6 dni, ale muszę przypilnować, żeby wykorzystać każdą tabletkę, by te bakterie znów nie zechciały do mnie powrócić. Ale jaka to ulga, gdy już nie muszę ćwiczyć swoich nóg w nocnym i dziennym bieganiu na przełaj przez przedpokój, czuję się, jakbym urodziła się od nowa.
No i pomału zacznę do swojego jadłospisu włączać różne pyszne wiktuały, pewnie zacznę od białego sera, bo jakoś na wędliny nadal nie mam ochoty.
Za to z wielką przyjemnością zjadłabym sobie pstrąga pieczonego we folii w piekarniku, mniam, do tego jeszcze dodaje się plasterki cytryny, a gdyby tak jeszcze posmarować go po upieczeniu masłem czosnkowym, to cała gęba byłaby już ze szczęścia w niebie.
Na pewno było by to smaczniejsze danie, niż ta nieszczęsna pieczeń z wielbłąda!!

Po sobotnim dniu pełnym gości i rozgardiaszu, niedziela przeszła praktycznie bardzo sennie i spokojnie. Oczywiście nie doszło wczoraj do planowanego  spotkania z Piotrem, pewnie przełożę to dopiero na czas wiosenny, a do wiosny pozostało jeszcze 2 miesiące. Mam nadzieję, że ten czas zleci mi szybciutko, chociaż gdy człowiek popatrzy przez okno i widzi te białe plamy na ulicach i chodnikach, jakoś od razu humor się psuje, przynajmniej mi.

Życzę wszystkim bardzo udanego poniedziałku, bez kłopotów i przeszkód, bo jaki jest poniedziałek, taki potem i jest cały tydzień.

Małe postępy

 

Wyraźnie zarysowują się małe postępy w moim leczeniu, widać, że antybiotyk już zaczął działać i zaczął przeganiać te złe bakterie.
Jeszcze nie jest co prawda idealnie, ale to co osiągnęłam, czyli brak biegunek już cieszy.
Zresztą zabrałam się na serio za siebie i od wczoraj stosuję na stopy, kolana, biodra i barki, a także na kręgosłup szyjny rewelacyjny balsam Alpenkrauter, który dostałam w prezencie od V.I.P.A. Ten balsam zrobiony jest na bazie ziół bawarskich z dodatkiem między innymi kamfory i mentolu i ma on zbawiennie, rozluźniające działanie na mięśnie, działa odżywczo na skórę, ma też działania przeciwbólowe. Jest to produkt niemiecki, który w Polsce można kupić przez internet, ale także jest obecny  i w niektórych sklepach  polskich miast, na przykład w Gdańsku, stamtąd właśnie mi tą maść i ten balsam V.I.P. przywiózł i podarował, za co dostał oczywiście słodkiego buziaka 🙂
Ale rzeczywiście jest ta maść  i ten balsam, albowiem pod dwoma postaciami ten lek – kosmetyk występuje, są  idealne, zresztą czytałam na ten temat wiele komentarzy, proponuję więc wpisać sobie  nazwę Alpenkrauter w przeglądarce Googla i samemu przekonać się, czy warto ten towar zakupić.
Ja w każdym bądź razie jestem z niego bardzo zadowolona i już się martwię, co zrobię, gdy mi jego zabraknie, chociaż trzeba powiedzieć, że tubka jest bardzo ekonomiczna w użyciu i zawiera aż 200 ml produktu, na trochę więc mi starczy.

Wczoraj był dzień pod znakiem wizyt. Najpierw odwiedził mnie właśnie V.I.P. Właściwie to widzieliśmy się po raz pierwszy w tym roku, bo już powrócił przecież do Krakowa  po po 1 stycznia, potem przyszła koleżanka do mojej bratowej, która jest po operacji stopy i na kilka tygodni w związku z tym mieszka u nas, trudno się jej poruszać na tej świeżo operowanej nodze i trzeba trochę się nią „zaopiekować”. Na koniec przyszedł do nas ksiądz z wizytą – kolędą.
Co prawda nie wiedziałam, że był zapowiedziany na sobotni  dzień, ale oczywiście przyjęliśmy go z wielką gościnnością.
Po wspólnej modlitwie zaprosiłam księdza na chwilę rozmowy z nami, było bardzo miło i nawet wesoło.
I tak właściwie przeszła mi dosyć czynnie cała sobota, zanim się zorientowałam, trzeba było już położyć się spać, tym bardziej, że poprzednia noc z piątku na sobotę była dla mnie nieco „burzliwa”, więc znów obudziłam się niedospana, ale trzeba było rano zażyć antybiotyk, żeby potem pozostawić sobie czas na odpowiednie odstępy w zażywaniu jego dalszych porcji, a jak już pisałam, zażywam go trzy razy dziennie po 2 tabletki.
UFF, do tego jeszcze biorę  kilka innych tabletek i w ten sposób  pomału robię u siebie małą aptekę 🙂
Ale jak trzeba, to trzeba!!
Za to tej nocy wyspałam się „jak trza” i od razu świat staje się przyjemniejszy.
Za oknem niebo nieco się przejaśnia, rano padał drobniutki śnieżek, ale taki, który raczej wielkich zasp śnieżnych raczej nie przyniesie.
Na dzisiaj umówiona byłam z Piotrem, ale okazało się, że coś mu wypadło i musi kogoś zamienić w pracy, tak że kolejny raz nie dojdzie do naszego spotkania dwóch „chudoszy” – szkoda.
Życzę wszystkim przyjemnej niedzieli
 

Precz z bakcylami

 

Wczoraj, podczas wizyty u przemiłej zresztą pani doktor gastrolog dowiedziałam się, że po tej operacji wystąpił u mnie  uboczny skutek w postaci niekontrolowanego rozrostu niepozytywnych bakterii w moich jelitach i to one właśnie powodowały  te brzuszne rewolucje.
Tak się martwiłam w moim poprzednim wpisie, na co będę wydawała pieniądze, nie potrzebnie. Kuracja, którą obecnie teraz przechodzę jest niezwykle kosztowna, wczoraj w aptece zostawiłam ponad 300 zł, w tym sam antybiotyk, który będę zażywała przez 10 dni kosztował ponad 200 zł.
Do tego dostałam jeszcze leki przeciw skurczowe i probiotyki. Antybiotyk ma za zadanie zniszczenie tych niepotrzebnych i wadliwych bakterii, a probiotyk ma zasiać u mnie całkiem nową, już poprawną florę bakteryjną. Sporo tego antybiotyku zażywam, bo aż trzy razy dziennie po 2 tabletki , na razie jeszcze jest za krótki okres, żeby zaczął działać, jeszcze w nocy moje bakterie się buntowały i dawały mi powód do nocnych biegów przełajowych, mam nadzieję, że za 2-3 dni to się skończy, chociaż muszę przejść całą 10 dniową kurację.
I znów muszę pamiętać o tym trzykrotnym zżywaniu lekarstw, ale od czego jest alarm w telefonie? nastawię sobie go na odpowiednia godzinę i już będzie O.K. przypomni mi o czasie, więc nie muszę się bać, że zapomnę.
Oczywiście do tego wskazana jest lekka dieta wątrobowa, ale przecież ja i tak prócz suchej bułki i ryżu ewentualnie owsianki bez mleka  nic innego nie jem.
Zresztą chyba teraz pomału odzwyczajam się jeść, ba, czy to jest naprawdę konieczne? No, ale skoro zażywam te moje leki przeciwcukrzycowe muszę coś od czasu do czasu wrzucić do mojego żołądka, inaczej wątroba i trzustka zupełnie by się już pogubiły.
Pewnie pod koniec przyszłego tygodnia znów zadziwię się moją wagą. Sprawdzałam wczoraj  swoje BMI i okazuje się, że brakuje mi tylko 2kg do oznaczenia wg tabeli BMI nadwagi, na razie mam oznaczenie I-szy stopień otyłości, ale przypominam, że startowałam z III stopnia, czyli tzw otyłości olbrzymiej. No i masz, znów się chwalę!!!!!
Wczoraj dostałam od mojej bratowej śliczny  pulowerek jeszcze w ramach prezentu imieninowego. Świetnie, będę mogła jutro go ubrać na spotkanie z moim kolegą Piotrem (tym od wspólnej operacji). Jesteśmy umówieni na Rynku w Krakowie, ale nie wiem, czy nie poproszę go, by z żona przyszli do mnie na kawkę do domu, bo jednak nadal nie jestem pewna, czy mój brzuch pozwoli nawet na najkrótsze spacery, bo co będzie, gdy znów mnie po drodze spotka jakas niemiła jelitowa przygoda? Taka niepewność jest w tym wszystkim okropna, chociaż wczoraj nawet udało mi się po wizycie u pani doktor  obejść jeszcze Halę Targową i bezpiecznie tramwajem wrócić do domu,  po drodze jeszcze  odwiedzając aptekę. Ale kłopoty zaczęły się już jakieś 2 godziny później, więc z tego wynika, że z moim brzuszkiem to nigdy nic tak do końca nie wiadomo. Znam co prawda dzień, ale nie znam godziny, gdy bakterie zaczynają swój szalony „taniec”

Widziałam wczoraj i dzisiaj rano na Facebooku piękne zimowe zdjęcia z ostatniej doby. Naprawdę zima w całej krasie przybyła do Polski.
U nas jezdnie i chodniki są czarne, ale gdzieś tam na drzewach i na plantkach trochę śniegu leży. Tak więc można powiedzieć, że mamy pół na pół zimy i całkiem fajnie, niech ona będzie tylko tam, gdzie dzieciaczki na zimowych feriach przebywać będą.
Nasze małopolskie dzieci (no dobrze i młodzież) jak jedne z pierwszych, już od tego poniedziałku ferie zaczynają. już zaczynają się wyjazdy, Wiem, że dzieci Magdy, Jasio i Ola pojechały na zimowisko Caritasu, Ola jako pomoc wychowawcza, Jasiu jako uczestnik, życzę im sporo radości i wesołej śnieżnej zabawy. Nasze, domowe dzieci pewnie wyjadą dopiero w przyszłym tygodniu, nie wiem tylko, czy i Pepa na zimowisko się wybiera, musiałabym się o to jej spytać.
W każdym razie  życzę wszystkim miłej soboty i niedzieli, a narciarzom sporo dobrego śniegu

Mała poprawka

 

 

Kilogramowa poprawka, bo wczoraj zważyłam się na wadze w Przychodni i ważyłam już 82kg 200 , no ładnie, jeszcze mniej, ale cóż się dziwić, skoro ciągle nadal przerabiam „bieganinę”, Ale nie powiem, że się nie ucieszyłam, ależ owszem, moje marzenie się spełni i niech tam sobie jeszcze chwilę pobiegam, byle nie za dużo, a może tak do tych 75 kg zejdę? Wtedy oszalałabym ze szczęścia, a może i 80 kg wystarczy?
Zawarłam wczoraj jednostronny sojusz z moim brzuchem, nie karmię go mlekiem, serami i mięsami i wędlinami, a on za to mi odpuści.
Wczoraj jeszcze się buntował, cóż, siła wyższa, ale ja mu pokażę. Niech no dzisiaj tylko powrócę od pani doktor gastrolog, na pewno zastosuje mi odpowiednie leczenie i to ja będę górą.
Ale jest też i dobra strona tych moich kłopotów, ostatnio prawie nic nie wydaję na jedzenie!! Ile teraz zaoszczędzę, ha, ha. Dawniej robiłam zakupy w Almie, dzisiaj w spożywczaku tylko ryż i owsiankę. To co ja będę robiła z tymi pieniędzmi, bo ostatnio rzadko jadę gdzieś taksówką, wtedy tylko gdy się naprawdę źle, lub jak ostatnio niepewnie czuję, na jedzenie nie wydaję, więc pozostaje mi tylko kupno paczki papierosów dziennie i …chyba reszta pójdzie na ubrania.
Ale z tymi ubraniami, to poczekam raczej do wiosny, pewnie będę musiała znów nowe spodnie i getry sobie kupić, może jakąś fajną sukienkę, albo tunikę (te ostatnio kupowane są już niestety nieco za obszerne)……. co jeszcze wymyślę.
A gdy rzucę papierosy, a muszę je rzucić, bo już zaprzestają produkcji moich ulubionych Vogów, wtedy będę miała forsy jak lodu, ha, ha, ha.
Właściwie po co ja wracałam do tego palenia, totalna moja głupota, ale te elektrony tak mnie denerwują, że praktycznie ich nie palę, zresztą one też podobno są niezdrowe. Trzeba się z papierosami raz na zawsze rozstać, albo…ograniczyć do 2-3 dziennie

Jak pisałam, miałam wczoraj dosyć zabiegany i denerwujący dzień, tak, że nawet udało mi się zgubić siatkę z wynikami, na szczęście jakoś ją odzyskałam. Teraz przy wysiadaniu z autobusu, czy jak wczoraj z taksówki wszystko dokładnie sprawdzam, nawet to, czy moja głowa jeszcze siedzi na karku. A wszystko przez to moje zamieszanie chorobowe, teraz znów tyle się dzieje, że właściwie człowiek siatkę (i głowę  przy okazji też) może stracić, prawda?
Pobrali mi wczoraj krew, zaraz idę po wyniki, potem wizytowałam u pani doktor I-szego kontaktu, która wręcz powiedziała mi, że jest pod wrażeniem.
No pewnie, znając mnie tyle lat nie przypuszczała pewnie, że kiedyś uda mi się powrócić do jako – takiej normy. Spytała tylko, czy zdecyduję się na operację nadmiaru skóry, no i rozbawiłam ją stwierdzeniem, że właściwie powinnam, ale i tak już na „ksiuty” nigdy nie pójdę. Ale razem z pielęgniarką się ze mnie uśmiały. Chociaż z drugiej strony  tymi ksiutami to nigdy tak naprawdę do końca  nie jest powiedziane…….
Ale prawda jest taka: buzia może i ładna, ale reszta nieco pomarszczona ha, ha, ha.
Ale chyba to dobrze, że tak do tego podchodzę, że nie wpadam w żadne kompleksy. Nawet powiedziałabym, że jestem dumna ze swoich poczynań.
Oczywiście zaraz zadzwoniłam do Piotra, tego, który był ze mną operowany i umówiliśmy się na niedzielną kawkę, no raczej dla mnie będzie to zielona herbatka, ale musimy wreszcie po tych 9 miesiącach się spotkać, aby nawzajem się podziwiać.
Piotr ma jeszcze lepsze efekty niż ja, o waży co prawda tyle samo, ale startował z wagi o 10 kg większej niż ja.Zresztą widzę jego zdjęcia na Facebooku i wiem, że na wspaniałe rezultaty i bardzo dobrze, tak trzymać Piotrze.
Po południu byłam w pracy i oprócz przyjmowania pacjentów sama też byłam pacjentką, jak już pisałam, miałam zrobiony pasaż jelita cienkiego, na szczęście wszystko jest w porządku, moje kiszeczki pracują całkiem normalnie, to znaczy jest dość szybki przepływ pożywienia (w badaniu papki), ale przecież właśnie o to w tej operacji chodziło, aby niepotrzebne produkty nie zatrzymywały się w brzuchu i nie odkładały się potem w tłuszcz.
Tylko skąd te dokuczliwe biegunki? Może dzisiaj pani Doktor mi wytłumaczy i powie, jak im zapobiec, bo na dłuższą metę taki stan jest nie do zniesienia.
No i nie ciekawsze są takie tematy od nudnej polityki? Teraz rząd ma kłopoty, bo wszyscy, nie tylko Polacy, ale i Zachód i ba, nawet wschód na nich zgodnym głosem „huzia”m a oni ciągle nie mogą zrozumieć, dlaczego nie pozwalamy im się tak „brzydko” z Polską bawić.
 Pewnie po cichu liczą na to, że burza w Unii ucichnie i dalej będą bezkarni, ale Polacy to  naród nie pokorny i na da sobie w kaszę dmuchać.
Zresztą zbyt dużo mamy złych doświadczeń z minionych lat, gdy był odgórny „prikaz” na sposób życia, tylko zadziwiające mnie i pewnie nie tylko mnie, ale i zachodnich polityków jak to się stało, że Polacy do tego dopuścili!!!!
Ano stało się, jest powiedzenie, że mądry Polak po szkodzie, a dla wielu hejterów aktualna jest druga część powiedzenia, że Polak nowe przysłowie sobie kupi, że przed szkoda i po szkodzie pozostaje głupi. Bo pisich hejterów uważam za głuptaków, ludzi nie do końca pojmujących rzeczywistość i jeżeli coś jest nie po ich myśli od razu atakują.
No to politykę dzisiaj też już „zaliczyłam”
A z innych tematów, raczej smutnych, to choroba naszej ulubionej rybki Felusia, o którym też już kiedyś wspominałam. Feluś jest rybą z gatunku pielęgnic Oskar, duża wspaniała ryba. Mieszka sobie w akwarium wraz z innymi pielęgnicami, ale od czasu, gdy zaczęła niedomagać, te wstrętne jego koleżanki bezczelnie go atakują, podgryzają, ostatnio wyżarły mu już sporo łusek, aż do żywego mięsa. Biedny Feluś nawet nie może sobie spokojnie w akwarium pochorować. Wczoraj pan Maciek (nauczyciel Mii)  i reszta odgrodziliśmy część akwarium tylko dla Felusia, ale i tak te wścibskie rybki usiłowały różnymi sposobami do niego się dorwać. Zupełnie jak w Pisie, działo prawo silniejszego……
Pewnie i tak los Felusia jest już przesądzony, biedaczek już nawet nie widzi i trzeba mu  dwóch kijkach pod nos podawać jedzenie, żeby z głodu nie umarł.
Niech sobie jeszcze na te swoje stare lata przynajmniej na troszkę pobędzie w swojej „garsonierze”, niech spokojnie bez dogryzania dożyje swojego wieku.

Wczoraj późnym popołudniem powrócił już ze świątecznych wojaży do Gdańska V.I.P. Tylko, że jadąc Pendolino, gdzieś po drodze zahaczył i śnieg i przywlókł go do Krakowa. Wczoraj wieczorem było jeszcze całkiem miło i sucho, dzisiaj obudziłam się, a tu białe dachy i białe ulice.
Ale co tam, śnieg, jak śnieg, pewnie do wieczora zniknie, ale najważniejsze ze V.I.P. jest już w Krakowie!!!!

Za chwilę zbieram resztę moich wyników z wczoraj, z krwi, które się  mi  już drukują i razem z innymi, już przygotowanymi zaniosę do pani doktor gastrolog.
Dzisiaj fajny dzień, bo piątek, więc życzę wszystkim, by godziny w pracy szybko  nam dzisiaj zleciał, by znów można było rozpocząć weekendowanie
Dobrego dnia

Zagoniony dzień

 

Po wczorajszych, kolejnych zresztą ekscesach brzusznych, dzisiaj z kolei mam dzień zagoniony.
Dzisiaj idę zaraz na badania krwi i do lekarza I-szego kontaktu, a  po południu idę do pracy, gdzie oprócz przyjmowania pacjentów, sama nią zostanę, albowiem dr, Łukasz będzie mi dzisiaj robił badanie pasażu jelita  cienkiego.  Za to jutro jestem umówiona z panią doktór gastrolog, do której muszę się zgłosić ze wszystkimi badaniami i z kartami z leczenia szpitalnego.
Tak więc trzeba powiedzieć, że bardzo ostro i solennie zabrałam się za siebie, nie będzie moje wstrętne brzuszysko dłużej mną rządziło.
Wczorajszy dzień przelał czarę mojej goryczy, bo przecież nikt mi nie powie, że płatki gotowane na wodzie (nawet z kostką rosołową do smaku) i suchary to nie dietetyczne jedzenie. A jednak brzuch wczoraj znów się buntował i gonił mnie od 4 rano do 8 wieczór co chwilkę do łazienki. No za dco mnie tak potraktował, za co????
Okazuje się, że w mojej lodówce  mam tylko jajka i światło, a w spiżarce ryż, płatki owsiane i suchary.
No tak się ostatnio właśnie  się odżywiam, a mimo to mam kłopoty, gdy zjem jak na przykład w zeszłą sobotę kawałeczek pieczonego kurczaka i 2 pyzy. A więc koniec, zresztą ani mięso, ani wędliny, ba nawet sery wcale mnie nie ciągną. Przynajmniej na razie.
Mam tylko nadzieję, że po tym leczeniu jakoś uda mi się do normy żywieniowej powrócić, przynajmniej do takiej, jaką stosowałam 2 miesiące po operacji. Wtedy jakoś ani kawałek szynki, ani biały serek nie kłuł mnie w zęby.
Bo jeszcze trochę dłużej takiej diety wodnej i całkowicie zniknę!!!
 A wcześniej będę wołała jak ten anemik z kawału : „siostro, siostro, dokąd mnie ten pająk ciągnie”
Dzisiaj mija 9 miesięcy od mojej operacji, ale ten czas szybko leci. No i sukces – 40 kilogramów mniej, nigdy nie wierzyłam, że jest to możliwe. Tylko że teraz mam akurat najgorszy czas mojej rekonwalescencji, ale to minie, musi minąć. I na wiosnę świat znów stanie się kolorowy i wesoły, jak na tym zdjęciu u góry.
Życzę wszystkim miłego czwartku.

Hurra!!

 

 

No i nie ma we mnie potwora, który chodzi do tyłu.
Odetchnęłam z wielką ulgą, dr Łukasz wczorajszym USG zdecydowanie to wykluczył.
Można się trochę przyczepić do wątroby, ale….., nie jest to zagrożenie życia. Ona jest, jaka jest i już.
No to tylko jeszcze jedno badanie przede mną, potem wizyta u pani doktor pierwszego kontaktu i muszę znaleźć jeszcze namiary na poleconego mi przez dr. Łukasza  gastrologa. Może kiedyś będę zdrowsza? Niech już będzie na drakońskiej diecie, (przecież i tak ją teraz stosuję), ale przynajmniej bez nocnych ( i dziennych) „ekscesów”  A tak mi się marzy taki spokojny czas, jaki jeszcze miałam 2 miesiące temu…

Ale co ja dzisiaj nawijać będę o sobie, przecież dzisiaj środa i Ulka już pewnie niecierpliwie czeka na porcje „dobrego słowa”
Uleczko, dzisiaj nieco później, niż zwykle (bo po lekko nieprzespanej nocy) pozdrawiam Cię bardzo serdecznie z zimowo – nie zimowego Krakowa.
Niby mamy zimę, ale właściwie można za jednym zamachem też i inne pory roku zaliczyć. Wczoraj było ohydnie, zimno, deszczowo i trochę nawet zmarzłam jadąc na to badanie, dzisiaj co prawda jeszcze nosa nie wyściubiłam z domu, ale chyba dalej jest chłodno, no cóż, zima, a na dwa najbliższe dni zapowiadali nam nawet opady śniegu. Ciekawa jestem, czy i Tobie pogoda tak dokucza, jak mi?
Ale zawsze po zimie przychodzi wiosna, więc Uleczku już dzisiaj, na zapas, uśmiecham się do Ciebie serdecznie od ucha do ucha.

Może wtedy moje epopeje będą nieco dłuższe, bo dzisiaj na prawdę nie mam siły już nic więcej pisać.
Byle do zdrowia………. Mam nadzieję, Ulu, że jesteś zdrowa i wesoła, jak zwykle, czego Ci nadal życzę.

Koniec mojego wpisu na dzisiaj, wiem, że nie jest „porywający”, ale wierzcie mi, nie bardzo na inny wpis mam dzisiaj siłę.
Pełna nadziei, że mi wybaczycie pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłego popołudnia życzę.

P.S. Zielona herbata jest naprawdę pyszna!!!!!

niech żyje owsianka!!!!

Za poradą V.I.P.-a ugotowałam sobie wczoraj pyszną owsianeczkę. Ale nie na mleku, na wodzie. Dodałam co prawda dla smaku jeszcze rosołek w kostce i czosnek w kostce i wsypałam płatki błyskawiczne, chwilkę pogotowałam i obiad i kolację miałam jak ta lala. Taką owsiankę zawsze przygotowuje siostra V.I.P.a gdy ktoś z domowników ma żołądkowe perturbacje. I ja posłuchałam rady V.I.P-a i dobrze na tym wyszłam!!!!
Czułam, jak ta owsianka „otuliła” mój biedny, schorowany żołądek, a dzisiaj jakby mnie trochę mniej brzuszek bolał. Jeszcze nadal odczuwam mały dyskomfort, ale to i tak w porównaniu do dnia chociażby wczorajszego jest o niebo lepiej. Wyobraźcie sobie, że zjadłam wczoraj kawałek chałki drożdżowej, samej, bez żadnej omasty i to brzuszkowi się nie spodobało, ale z niego grymaśnik.
Dzisiaj idę na USG jamy brzusznej do Łukasza, mojego bratanka, a we czwartek (a nie jak myślałam początkowo w piątek) Łukasz zrobi mi pasaż jelita cienkiego. Potem pozostanie mi tylko wizyta u jakiegoś dobrego gastrologa i miejmy nadzieję, że jednak z tej niedyspozycji, trwającej już ponad miesiąc (z małymi przerwami) się skutecznie wyleczę. A może to jednak nie jest rak trzustki????? Postaram się dostosować do jeszcze jeden porady V.I.P.A i zacznę myśleć pozytywnie. Bo szkoda by było jednak teraz umierać, gdy już tyle różnych przejść mam za sobą, prawda?
Właśnie, dawno nie pisałam o moich osiągnięciach, a tu już za dwa dni zbliża się 9-ta miesięcznica mojej operacji.
Otóż ważyłam się wczoraj na tej samej wadze co zwykle i okazało się, że ważę 84kg, czyli dokładnie o 40 kilo mniej, niż ważyłam przed operacją, a 51 kg mniej, niż ważyłam jeszcze prawie rok temu. Uważam, że mam dobre osiągnięcia i właściwie mogłabym na nich pozostać, no chyba, że jeszcze udałoby mi się te 5-6 kg zrzucić, Ale powolutku, nikt mnie nie goni przecież. 50 kg to prawie  troszkę więcej niż połowa mnie kiedyś.
Ale zdam się na mój organizm i co on postanowi, ja to będę robiła, bez sprzeciwu.
Zresztą kiedy ja miałam taką wagę 84 kg – już nie pamiętam nawet!!!
Spyta mi się ktoś, czy wobec tych moich obecnych kłopotów żałuję, że poddałam się operacji??
W żadnym wypadku – taka moja odpowiedź jest stanowcza i nieodwołalna. Wszystkie zresztą podjęte w życiu decyzje mają swoje i dobre i gorsze strony, ja jednak nie baczę na te gorsze, no. może czasem ponarzekam, bo to jest cecha każdego Polaka zresztą, ale jednak jestem szczęśliwa i co najważniejsze, dużo lżejsza.
A poza tym życie na owsiance nie jest takie złe, miałam w dzieciństwie kolegę, którego babcia codziennie rano gotowała właśnie owsiankę na mleku i wcale z tego powodu sobie nie krzywdował.
Zresztą są różne wersje owsiankowe, muszę przejrzeć tylko internet i wyszukać fajne przepisy, które będę stosowała do czasu, aż mój brzuch nie wyzdrowieje całkowicie. Ale i wtedy będę musiała uważać, by znów podobne tarapaty się nie wprowadzić.
A tam, zresztą, aktualne jest ciągle pytanie, które kiedyś zadała mi Ciocia Jutta : „ty żyjesz, żeby jeść, czy jesz, żeby żyć?”
No właśnie, to pytanie jest podobnie podchwytliwe, jak to „co było pierwsze jajko, czy kura”, każda odpowiedź jest łatwa do podważenia.
Chociaż z drugiej strony miłe jest, gdy podniebienie połechtasz od czasu do czasu jakimś smakołykiem, nieprawdaż?
Pozostawiam ten problem więc dzisiaj wszystkim moim Czytelnikom, życząc przy okazji miłego wtorku