Wróciłam do rzeczywistości !!!!!

Po dwóch i pół miesiącach wreszcie zaczynam żyć bardzo podobnym rytmem, jak przed chorobą
Za mną bardzo cięzki czas chorób przeróżnych i pobytów w 2 szpitalach.
Po pierwsze złamałam sobie nogę – strzeliła mi szyjka kości udowej, czyli tzw biodro i musiałam przebyć operację- czyli wszczepiono mi nowe (sztuczne biodro) Pech chciał, ze zamiast szybkiej rehabilitacji pokonał mnie COVID i wyłączył mnie z życia na około 2 tygodnie. Mim, że trzykrotnie pobrałam szczepienie ochronne z chorobą nie wygrałam, zostałam niestety jego ofiarą i to dosyć wydatnie, można rzec, że jedną nogą byłam na tamtym świecie. A gdy się pozbierałam z choroby okazało się, że niestety nie mogę jechać do wyznaczonego mi szpitala rehabilitacyjnego z powodu jakiejś francowatej bakterii układu pokarmowego, Zostałam więc przewieziona z powrotem do Szpitala Narutowicza i umieszczono mnie na jednym miejscu, które akurat było wolne, czyli na Kardiologii. Tam sobie kilka dni poleżałam,az stwierdzili, że jednak wymagam rehabilitacji, więc z powrotem wywieźli mnie na Ortopedię Tam zaczęło się piekło, bo okazało się, że rehabilitacja jest trudna do wykonania, jako że przczepiła się do mojej rany pooperacyjnej bakteria, którą trzeba było przez 10 dni leczyć kroplówkami z antybiotyku. Ta bakteria była dosyć drapieżna i nie bardzo chciała mnie opuścić, nie mniej trochę ćwiczyli ze mna chodzenie, ale byłam szalenie słaba i rehabilitacja szła bardzo opornie. W końcu Maciek złatwił mi prywatny Szpital Rehabilitacyjny „Kwitnąca” , który mieści się w Zagórzycach Dworskich koło Michałowic , koło Krakowa i tam mnie postawili na nogi.
Dużo byłoby tego opisywania samej terapii, bo była ona długa i nieco męcząca, trwała półtora miesiąca, ale tez i skuteczna bo na dwóch nogach i 2 kulach wróciłam w piątek do domu. Mam wiele spostrzeżeń z mojego pobytu w obu szpitalach i pewnie jeszcze będę do nich wracała, na pewnoi nabyłam wiele doświadczeń nie tylko o chorobie, ale o życiu, o tragedii ludzi, którzy już nigdy nie będą w pełni zdrowia i nie mają szans na taki powrót, który mnie czekał. Dużo nauczyłam się o podstawowych uczuciach, tak obcych nam na codzień, o tolerancji, cierpliwości, akceptacji człowieka z jego wadami, o uśmiechu i pogodzie życia, które spod płynących łez nie raz trzeba było z siebie wydobyć. To była prawdziwa szkoła życia, nieco innego, niż do tej pory, życia, w którym słowo JA trzeba było zamienić na słowo MY.
Opieka w tym prywatnym Szpitalu oczywiście znacznie się różniła od opieki w normalnym Szpitalu, tu pacjent był najważniejszy i wszystko koło niego się kręciło.
No i przede wszystkim prócz wspaniałej opieki lekarskiej, a przede wszystkim pielęgniarskiej i Opiekunek medycznych, które z uśmiechem pozwalały rozwiązywać różne problemy należy wspomnieć o idealnej opiece rehabilitacyjnej. Moim głównym rehabilitantem, kierownikiem mojej rehabilitacji była uśmiechnięta i szalenie serdeczna pani Kasia i współpracowała ona równiez z bardzo sympatyczną panią Weroniką, z nimi miałam codzienne zabiegi rehabilitacyjne 2x po 1 godzinie, ale również i inne panie rehabilitantki, które czasami ze mną ćwiczyły też były super. Ogólnie było widać, jak bardzo wszystkim zależało, bym wróciła do zdrowia, a oznaczały się one niebywałą cierpliwością ale i skutecznością. Po malutku uczyłam się wstawać z wózka przy drabinkach, potem już bez pomocy szczebli drabinki, chodzić na przód o balkoniku, potem o 2 kulach, jednej kuli, a nawet pod rękę. Przyznam, że jestem tchórz, więc sporo cierpliwości musiały panie wyakazać bym pokonała niepotrzebny strach, który nie raz mnie opanowywał, zwłaszcza przy nauce chodzenia o kuli po schodach. Pierwsze moje wyjście po schodach to była okropna panika i blamaż, ale pomału dzięki cierpliwości p.Kasi udało mi się to pokonać, no i potem też chodziłam również z panią Weroniką góra- dół, co naprawdę nie jest wcale łatwe po takich urazach i długim nie chodzeniu. Zresztą obserwowałam innych pacjentów, którzy wraz ze mną ćwiczyli i stopniowo też opanowywali trudy nowej sytuacji, pomalutku, też z podobnymi obawami i trudnościamu jakie i ja przeżywałam.
Będę nie raz wspominała tamte dni, zwłaszcza w Kwitnącej, która przez półtora miesiąca była moim drugim domem, pełnym serdecznych osób z personelu i niestety też bardzo chorych pacjentów. Pozwólcie, że jeszcze wrócę do tego tematu.
A co dzisiaj? No cóż, nie jestem całkiem jeszcze zdrowa, zwłaszcza, że posłuszeństwa odmówiła mi moja lewa, nieoperowana noga, pewnie była mocno obciążona przez czas ćwiczeń i teraz dokucza, muszę się więc nadal rehabilitować,a to chyba jednak długo potrwa.
Na razie uczę się na nowo mojego domu, już opanowałam łazienkę (nawet kąpiel pod prysznicem) i trochę kuchnię. Od przyszłego tygodnia będzie przychodzić stamtąd pani rehabilitantka Kasia (ale inna, niż ta, która mną kierowała w Kwitnącej) i będę się dalej uczyła chodzić po schodach i do Parku, bo jeszcze sama na to nie mogę sobie pozwolić, muszę mieć koło siebie asekurację na dłuższej trasie. Na razie samotnie wykonuję ćwiczenia, które mi „zadano” do wykonania – ćwiczenie mięśni rąk i zwłaszcza mięśni nóg, ale i tak muszę jeszcze dokupić kilka potrzebnych sprzętów jak piłki małe i duże, taśmy do ćwiczeń itp.
No i muszę poszukać dobrego miejsca rehabilitacyjnego, gdzie będę nadal mogła ćwiczyć „całość” tzn obie nogi, kręgosłup, który ma tendencje do krzywienia, ręce, tak bym nabrała pełnej kondycji, której mi teraz brak. Ale wiem, że znając dzisiejszą Służbę Zdrowia i ich możliwości nie będzie to łatwa sprawa, a sama sobie nie bardzo pomogę.
To tyle narazie o mojej historii o przeszłej i obecnej sytuacji życiowe Ciąg dalszy nastąpi.
Miałam sygnały, że czekacie na moje wpisy, więc dopełniam obietnice, że Was nie opuszczam, chociaż ostatnio byłam i jestem tak sobą zajęta, że polityka zupełnie jest poza mną, może to nawet lepiej – jestem przez to o wiele spokojniejsza.
A moja największa zmiana??? Nauczyłam się wcześnie chodzić spać, terazo o 9 wieczór już odlatuję w ramiona Morfeusza.
Niestety nie udało mi sie całkowicie pokonać nałogu palenia i niestety powróciłam do e- papierosa. Wiem, wstyd, ale czymś muszę się cieszyć i dopingować. Może znów uda mi się to opanować, wszak te 2 i pół miesiąca wytrzymałam bez tego mojego „smoczka”
To tyle na dzisiaj.
Zaczął się piękny i długi weekend, na szczęście słoneczny i w miarę ciepły.
I takich tych pierwszych majowych, świątecznych Wam życzę
Do rychłego usłyszenia, przyrzekam, że powrócę na zawsze 🙂

Reklama