a wczoraj……….

Miałam bardzo urzmaicony dzionek wczoraj. Najpierw ćwiczyłam sama wg. ściągi oczywiście, napisanej mi przez panią Kasię w Kwitnącej, a o 17 przyszła druga pani Kasia, ta, która teraz mną się opiekuje i zaczęło się Najpierw musiała sprawdzić, czy należycie wykonywałam sama rano te ćwiczenia, więc pod jej czujnym okiem zrobiłam powtórkę, oczywiście korygując prze nią niewielkie, ale zawsze błędy Teraz już wiem dokładnie jak mam je wykonywać sama, przy użyciu piłek, taśmy no i inne bez przyrządów np wstawanie bez trzymania (wciąż jednak muszę ćwiczyć mięśnie pośladków i ud), podnoszenie z pozycji bioder do góry itp.
A potem wzięłam obie kule i poszłysmy na schody. Tam przy uzyciu jednej kuli całkiem zgrabnie udało mi sie po tych schodach zejść , pozostały tylko te dwa nieszczęśne 2 schodki na zewnątrz klatki, które muszę pokonywać bez trzymania się poręczy, ale p. Kasia nauczyła mnie jak je pokonywać przy pomocy dwóch kul.
No a potem wolniutko poszłyśmy chodnikiem przed siebie, pokonałam niewielką uliczkę i….znalazłam sie wreszcie w moim ukochanym Parku. Mówię Wam, ale była radość!!!!!!! Właśnie tam sobie uświadomiłam, że o tym Parku marzyłam podczas całej tej mojej choroby i to mnie bardzo mobilizowało do walki. UDAŁO MI SIĘ TO!!! Jestem z siebie bardzo dumna!, Jeszcze nie całkiem pewna jestem, by sama się tam udać, zresztą dzisiaj p. Kasia i tak do mnie przyjdzie i znów pójdziemy do Parku Na razie ruch na ulicy nieco mnie przeraża, przejście przez jezdnię też, po takim dłuższym niechodzeniu, zwłaszcza gdy noga jest kulawa, niepewna (a ta lewa, nieoperowana niestety taka wciąż jest, chociaż jest lekka poprawa) człowiek ma prawo troszeczkę się zagubić i poprostu się lękać. Ale muszę to opanowac, tylko do tego też czasu trochę upłynąć musi. Grunt to nie ustawać.
Gdy wrociły śmy do domu (a p. Kasia pokazała co robić z drugą kulą, niepotrzebną przy schodzeniu i wchodzeniu, jak ją zachaczać o schody) nawet nie czułam wielkiego zmęczenia, pewnie przez euforię, w którą popadłam, gorzej dopiero było już wieczorem, z trudem doczłapałam do łóżka, a ponieważ, nie wiem czemu, zapomniałam zażyć tabletkę przeciwbólową, ból stawał sie nie do zniesienia. Ale jakoś zasnęłam, gorzej było w nocy, gdy po 1 w nocy musiałam iść do łazienki, szłam tam jak ostatnia sierota, kulawa i jęcząca z bólu, ale rano pierwsze co zażyłam sobie przeciwbólową tabletkę i ból nieco zelżał, już mogłam wszystkie poranne czynności w miarę sprawnie wykonać.
Jeszcze chwilę odpocznę po śniadaniu i zabiorę się za ćwiczenia, bo zauważyłam, że gdy te moje nogi nieco rozruszam ból prawie odpuszcza, ustępuje. No tak, rano wszystkie kości i mięśnie są zastane, a jeszcze gdy sie nie zażyje środka przeciwbólowego jest raczej słabo i potrzeba trochę czasu by wrócić do normy.
Tak jak pisałam, dzisiaj też pójdziemy na moment do Parku, byleby tylko nie padało, bo niestety dzisiaj nie zapowiada się taka piękna pogoda jak wczoraj. Wczoraj było słonecznie i cieplutko, dzisiaj od rana jest ponuro i o wiele chłodniej niż wczoraj. Niestety nie mam takich nadludzkich możliwości, żeby zaczarować pogodę, a szkoda, bo zdecydowanie właśnie teraz, gdy się asymiluję, ładna pogpoda, a szczególnie ciepło jest mi bardzo konieczne, no cóż, może w sootę, niedzielę pogoda się poprawi?
To tyle moich wrażeń z pierwszego dnia rehabilitacji nie tyle w domu ( bo tam, jak wspominałam staram sie ćwiczyć sama) ale w całkiem innych niż w tych cieplarnianych warunkach w Kwitnącej, bardziej jestem nastawiona na samodzielność, chociaż p. Kasia, która będzie przychodzić do mnie i korygować moje ćwiczenia i zadawać nowe zadania 2 razy w tygodniu, jest mi jednak bardzo potrzebna . Z nią przede wszystkim muszę nabrać tej pewności siebie na ulicy w różnych sytuacjach, które zdarzyć się mogą, ważne bym nie popadała wtedy w panikę, do której niestety mam tendencję, a jej spokojny, zdecydowany głos w tym mi pomaga. To nie chodzi o to, by mnie prowadziła za rączkę, to już nie ten etap, teraz potrzebuję poczucia bezpieczeństwa, że ktoś koło mnie jest i w sytuacji podbramkowej mi pomoże, a sama muszę zacząć normalnie na ulicy urzędowac, jak za starych dobrych czasów.
Acha, dzisiaj jest tydzień jak wróciłam z „Kwitnącej” do domu i tak wiele przez ten tydzień wiele się nauczyłam, nieco się usamodzielniłam, bo ani kuchnia ani łazienka nie są już dla mnie przerażające, ale do doskonałości wciaż jeszcze bardzo daleko.
Ale wierzę, że pomalutku, z wielką moją cierpliwością i z zacięciem w ćwiczeniach dojdę do jeszcze lepszego stanu, niż przed operacją. Na razie przestrzegam dyscyplinę którą sama sobie zadaję, ćwiczę, sama sobie zadaję zadania do wykonania,no i pilnie zażywam też zaordynowane leki, a tego jest jednak troszeczkę, w tym wiele jest potrzebnych witamin i potrzebnych do życia elektrolitów, a przede wszystkim środka przeciwcukrzycowego, która niekontrolowana bardzo sie rozchwiała. A z tym moim leczeniem przed chorobą było różnie, no dobrze, przyznam sie bez bicia, po prostu nie zażywałam tego, co powinnam była zażywać i niestety skutki tego też wpłynęły na złą jakość mojej choroby.

Jak pisałam, dzisiaj pogoda niezbyt dopisuje, może potem, albo jutro i w niedzielę będzie lepiej, kiedyś ta wiosna musi przecież trwać dłużej niż jeden – dwa dni.

Życzę wspaniałego weekendu a ja zabieram się za moje ćwiczenia

Reklama