weekend znów w Modlnicy

 

 

 

Ponieważ okazało się, że „majstry łazienkowe” przyjdą już na pewno  dopiero w poniedziałek (mam na to święte słowo pana administratora), więc moja kochana Magda znów zaprosiła mnie do Modlnicy, bym chociaż przez te trzy dni się w domu bez łazienki nie stresowała.
Do niedzieli wieczór mam czas na codzienne poranne i wieczorne ablucje i wreszcie chociaż na chwilę zapomnę o łazienkowym  koszmarze na ul Smoleńsk.
Jak to dobrze, że mam koło siebie, no prawie koło siebie moją Kochaną Magdę, która zawsze mi udziela pomocy. I jak jej tu nie kochać?
Już spakowana pojechałam wczoraj rano na Żabiniec ( by się nie wracać potem przez miasto), a potem, po pracy  zrobiłam zakupy w Biedronce i pojechałyśmy  do Modlnicy.
Niestety przywitał nas deszcz, zresztą całe przedpołudnie padało, ale po dosyć nawet krótkim czasie na szczęście, najpierw deszcz, a potem wiatr ustały, a nawet pokazało się piękne słonko, tak więc nawet wczoraj wieczorem mogłam podziwiać piękny jego zachód.
Oczywiście znów zrobiłam masę zdjęć. Niesamowite, jak przez ten tydzień kwiaty pięknie się rozwinęły. Tydzień temu było jeszcze sporo pączków różanych, a teraz porozwijały się one w piękne kwiaty. Co chwilę wyrastają nowe okazy. Nawet biały krzew róży, który był bardzo opóźniony w porównaniu z innymi krzewami zaczyna przepięknie zakwitać. Jak przyjechałam były jeszcze na nim białe pąki, pod wieczór już dosyć ładnie rozwinięte róże.
Mogłam zaśpiewać sobie : Rozkwitały pęki białych róż….  Tylko Jasieniek nie chciał jakoś do mnie wrócić 🙂
Świat w takim pięknym ogrodzie wygląda od razu weselej, jakby oglądała go przez różowe okulary i wszystkie smutki i troski jakoś w dal odpłynęły.
Nawet ten wczorajszy deszcz wcale mnie jakoś nie zdenerwował, a gdy słonko już się pokazało na niebie, czułam się jak w prawdziwym Raju.
A na zakończenie dnia miła kąpiel pod ciepłym tuszem, żyć, nie umierać.
Pomimo, że bywam nie raz marudna (wg.niektórych), lubię też cieszyć się z życia i właśnie takie niewielkie oznaki piękna, jak cudne, kolorowe kwiaty, słonko, czy nawet krople deszczu na liściach potrafią mnie wzruszyć.
Bo sami przyznać musicie, że ta biała róża na prawdę wspaniale się prezentuje.
Dzisiaj wstał następny raczej chłodny dzionek. Co prawda skoro świt jeszcze jakoś się nieźle zapowiadał, ale słonko dzisiaj co najwyżej obudzi się popołudniu, o ile w ogóle się obudzi. Na razie panuje szarość, dobrze, chociaż, że nie ma tego zimnego wiatru.
Tak więc mój pobyt na tarasie będzie dzisiaj ograniczony, co nie oznacza, że będę od czasu do czasu podziwiała z niego nowo rozwijające się pączki róż.
Wolałabym co prawda, by chociaż trochę słonko zaświeciło, ale…jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, prawda?
A jeszcze coś z kulinarii: okazuje się, że fasolka szparagowa, którą wczoraj jadłam na obiad, nie jest wcale całkiem dietetyczna, niestety mój cukier dzisiaj osiągnął wysokie poziom 6.8, czyli co najmniej jakby zjadła kawałek ciasta. Szkoda, a tak bardzo tą fasolkę lubię 😦
Muszę więc powrócić do marchewki, zielonej sałaty i do pomidorów.
Przypuszczam, że to właśnie o fasolkę chodzi, bo innych kulinarnych „grzeszków” nie miałam wczoraj na sumieniu.
Nic to, potraktuję to jako jednorazowy wybryk i będę więcej uważała na to, co jem.
Dobrej soboty wszystkim życzę