Dziewczyna prawie na 102 !

Pamiętam, gdy dawno, dawno temu w moim blogu (chyba) wpisałam: jestem dziewczyną na 102! To pisane wtedy było z sarkazmem, bo przekroczyłam wtedy granicę normalności. Już nigdy potem nie zeszłam poniżej tych 102 kg, waga rosła i rosła i chociaż wiele razy naprawdę sporo się odchudziłam, nigdy nie wróciłam do wagi przynajmniej 102!
A wczoraj stanęłam na wadze i……… zobaczyłam wagę 102.600 kg Naprawdę!!!!! Doskonale wiem,że nie jest to mój ideał, wciąż jeszcze „walczę”, ale dla mnie to był znak, że nie jest źle, że potrafię!!! Bo w sumie od operacji już jest mnie mniej aż 22kg, a od początku odchudzania 32kg, to jest naprawdę sporo. Niech każdy z Was wyobrazi sobie, że bierze na plecy worek z 32 kg cukru i co? Ugiąłby się pod takim ciężarem i trudno byłoby chodzić, prawda?.
Teraz czekam na następną, wyznaczoną już przeze mnie granicę w wielkości 100kg, a potem?….a potem będę sobie pomalutku chudła dalej.
Jak długo? Ano jak długo się da, byleby do skutku.

A co z remontem? No nic ciekawego, dalej radośnie sobie trwa. Mieli skończyć  remont w środę, potem zapowiedzieli, że  dzisiaj, a tu okazuje się, że panowie jeszcze nie chcą wcale skończyć tego remontu, jeszcze coś przebąkiwali o jutrze. Okrutnie się wściekłam, bo de facto mają tylko tą wymienianą wczoraj rurę w ścianie zabetonować, a rano mi mówią, że nie wiem czy zdążą dzisiaj zakończyć. No to zdenerwowana powiedziałam im, co o tym myślę i zapowiedziałam, że mają dzisiaj pracować do oporu i jeszcze dzisiaj wynieść się z mojej łazienki, bo jutro rano wkracza do niej ze sprzątaniem Renia. Nie wiem co z tego wyniknie, ale przyrzekli, że się postarają. Jutro minie 2 tygodnie, gdy jestem bez łazienki, chyba już wystarczy? Nie dość, że cała łazienka jest w łatach betonowych, to nawet nie da się już po wczorajszym rozwalaniu ściany w ogóle tam wejść, a co dopiero wykąpać. Tak to jest, gdy człowiek idzie do pracy i nie może sobie do końca robotników przypilnować. Za to, gdy wczoraj  wieczorkiem wróciłam z pracy i weszłam do łazienki, myślałam, że dostanę palpitacji z nerwów, to co zastałam przechodzi wszelkie pojęcie każdego normalnego człowieka. Ruina to mało powiedzieć !!!!!! Chyba najbardziej cierpliwy człowiek w końcu by się zdenerwował, a ja do tych super cierpliwych nie należę, bynajmniej.
Ale mam nadzieję, że w nowy  tydzień wkroczę z prawie, że normalną łazienka, bo do normalności jej jeszcze bardzo, bardzo daleko.
I aż strach pomyśleć, że w czerwcu czeka nas następny remont, tym razem będą wymieniać wszystkie przewody elektryczne, to dopiero będzie ruina całego mieszkania. Najlepiej byłoby zabrać nogi za pas i uciekać z tego mieszkania, gdzie pieprz rośnie, ale finanse……….
Ech życie, życie, chyba dopiero na drugim świecie będzie mi jako tako, no chyba, że za moje złości wsadzą mnie do piekła i podpiekać na ruszcie będą.
No to kończę znów nieoptymistycznie ten blog,(chociaż zaczęłam go pisać z nutą radości), przepraszam, ale jestem już całkowicie na granicy nerwowego załamania, co jest chyba zrozumiałe przez większość  Gości na mim blogu.
Mimo to życzę miłego dnia wszystkim.