całe szczęście, że dzisiaj już jest poniedziałek

 

 

Skończył się ten cały koszmar wczorajszych obchodów rocznicy katastrofy, w której „poległ” prezydent i jego małżonka – Lech i Maria Kaczyńscy.
Oni polegli, bo ta cała reszta, która z nimi leciała po prostu zginęła w katastrofie samolotowej I to jest właśnie najbardziej denerwujące w tej całej historii.
No to co do diaska tam się wtedy działo, z kim dzielnie walczył nasz mały prezydent, że musiał aż polec? Czy tam się już rozpoczęła ta sławna wojna polsko – polska?
Czyżby Tusk i Putin dziwacznym sposobem przenikli wtedy  przez dach samolotu i naszego najwspanialszego z prezydentów utłukli?
Przepraszam, może nie powinnam tak pisać, ale te durnowate sformułowania mogą wyprowadzić z równowagi najbardziej spokojnego człowieka na ziemi, a ja, jak wiecie, do nich nie należę.

Aby więc się już uspokoić odchodzę od tego tematu całkowicie, zresztą to już było, niestety znów powróci i nic na to jak na razie nie poradzimy.
Starałam się wczoraj też omijać ten temat (nawet miałam cały dzień wyłączony telewizor, czasami coś tam zerknęłam jednym okiem na  wpisy na Onecie czy Newsweeku) – wczoraj miałam o wiele ciekawsze zajęcie, bo był u mnie z wizytą V.I.P. i w związku z tym spędziliśmy razem bardzo miłe popołudnie, starając się omijać politykę dużym łukiem.
Przykro mi tylko było, że nie miałam czym poczęstować swojego gościa, owszem proponowałam herbatę, czy kawę, ale gość stanowczo odmawiał.
Z częstowaniem pysznym jedzonkiem było troszkę trudniej, bo jak wiecie mam dziwna nieco dietę, zresztą nawet gdybym miała jakieś ciasto, mój gość też pewnie by go nie zjadł, jako, że upodobniając się do mnie, też ostatnio słodycze znielubił.
Prawda więc tkwi w stwierdzeniu : z kim się zadajesz, takim się stajesz.
Ale przyrzekam, ja się poprawię i wymyślę w końcu takie pyszne „amciu”, które będzie V.I.P.-owi smakowało a i przy okazji mi nie zaszkodzi.
Tylko muszę pomyśleć troszkę, na razie po tych ostatnich moich szpitalnych zawirowaniach jakoś zabrakło mi pomyślunku, ale pomału, pomalutku  wracam do normy

Wczoraj rozmawiałam telefonicznie z żoną Piotra, która jest też  świeżo co po takiej samej operacji jak ja, więc miała do mnie w związku z tym bardzo wiele pytań, na które chętnie jej odpowiadałam. Ale się na wymądrzałam, mówię Wam. Ale ja teraz po tym całym okresie post bariatrycznym już tyle wiem, że wnet na ten temat mogłabym całą pracę doktorską napisać. Bo najlepiej jednak człowiek uczy się na błędach, a przyznam, że trochę ich w przeciągu tego roku popełniłam. Cóż, błądziłam jako to dziecię we mgle, znikąd pomocy,  a nie wynikało to nawet z niczyjej złej woli, ale jednak trzeba przyznać, że bariatryka dla lekarzy to nadal temat całkiem mało znany, wiedzą dokładnie co zrobić, by usunąć tę przeszkodę, jaką jest tusza, ale nie potrafią nadal jej  skutecznie prowadzić. Stąd u mnie te kłopoty najpierw z biegunkami, potem z anemią. Nie powiem, że już jest w 100 procentach doskonale, bo nie jest, bo ciągle wypadają jakieś nowe okoliczności, z którymi się borykam, ale staram się zawsze na powierzchnię wypłynąć. Ba, nadal jednak twierdzę, że był to mój bardzo dobry zamysł, że poddałam się tej operacji i wcale tej decyzji, mimo  obecnych kłopotów, nie żałuję. Tak sobie tłumaczę tylko, że wciąż jeszcze jestem w okresie przejściowym pomiędzy jedną, a drugą normalnością. Teraz cały czas trwa u mnie rekonwalescencja, a że trochę dłużej, niż to było przewidziane? nie szkodzi, kiedyś te kłopoty w końcu się skończą.
Pojutrze minie rok, gdy szłam do szpitala a za trzy dni mija już rocznica tego wydarzenia, gdy na stole operacyjnym wylądowałam, ale o tym wspomnę w moim poście dokładnie w tym dniu, gdy rok będzie mijał, bo przecież nigdy nie zapomnę daty 14 kwietnia , dnia narodzin nowej Ewusi.

Dzisiaj miało już być i pięknie i słonecznie, a jest, jak jest, ponuro i raczej chłodno, czyli wiosennego szału nie ma, ale i na tę chwilę trzeba cierpliwie poczekać, bo tylko cierpliwością dojść do celu można.
Jeszcze nie bardzo mam pomysł w jaki sposób do pracy dzisiaj dotrę, chyba jednak nie będzie to autobus, raczej jednak taxi, bo jeszcze mi się nieco w głowie mąci, ale myślę, że za kilka dni i moja głowa wróci do normy, tym bardziej, że o lekach dzielnie pamiętam i regularnie je zażywam.
Co prawda wczoraj wymyśliłam sobie, że może w tej mojej łepetynie jakiś glejak się zalągł, ale na szczęście zostałam wyśmiana przez Monikę i stwierdziłam sama” dosyć wymyślania sobie chorób”, te, które obecnie posiadam i z nimi walczę całkowicie mi wystarczają. Wymyślanie sobie chorób pozostawiam innym, którzy to na przykład uwielbiają 🙂 A są takie osoby, są. Pamiętam, miałam kiedyś w pracy w Szpitalu Kolejowym taką koleżankę Zytę, przy której nie można było wspominać o żadnej chorobie, bo natychmiast okazywało się, że ona choruje na to samo. Kiedyś tak się rozpędziła, że gdy ktoś mówił o jakimś mężczyźnie w rodzinie chorującym na prostatę okazało się, że Zyta też na prostatę się skarży, ha, ha, ha. Śmiechu było co niemiara , tylko ona do końca nie rozumiała, z czego się właściwie śmiejemy 🙂
Trochę mnie denerwuje, że znów mam kłopoty z zasypianiem, dzisiaj „urzędowałam” do czwartej rano, Co prawda wieczorem przy oglądaniu jakiegoś filmiku lekko sobie przysnęłam, może na 10- 15 minut, ale w momencie, gdy  tylko komputer zgasiłam, sen starym zwyczajem odleciał w dal i znów rozpoczęłam nocną wędrówkę ludów. Jest to bardzo meczące, gdy wszyscy smacznie śpią, a ja muszę ciągle uważać, by niechcący kogoś nie budzić. Dobrze, że rodzinka ma raczej kamienny sen, ale to zapalanie światła i łażenie po przedpokoju może w końcu kogoś obudzić.
Nie chcę się dodatkowo faszerować lekami na sen, zwłaszcza, że po ich zażyciu rano czuję się jeszcze gorzej, budzę się rozbita i nie mogę się jakoś do kupy zebrać. A tak że tak powiem naturalną drogą, wypiję rano kawusię i już jest prawie, że dobrze

No to życzę wszystkim miłego poniedziałku i miłego całego tygodnia raz jeszcze wołając : GDZIE TA WIOSNA?????????