Plus minusowy i minus plusowy

 

 

Nasze życie w sumie składa się z samych plusów i minusów. I nigdy tak do końca nie wiesz, czy podjęta decyzja wyjdzie Ci na pewny plus, czy jednak minusem się okaże, a może też nie tak do końca?
Ale decyzje trzeba jednak jakieś podejmować, niestety bez tego się w życiu nic nie odbędzie.
Rok temu podjęłam wielkie ryzyko, moją decyzję o operacji bariatrycznej i w sumie wyszła ona mi na wielki plus, nie mniej po drodze kilka minusów zaliczyłam.
Ale nie żałuję, bo jak już pisałam w sumie w rozrachunku ogólnym wszystkie przeciwności pomału bo pomału, można było pokonać i wyjść na swoje.
I mam nadzieję, że i ten problem, przed którym teraz stanę też mimo pewnych przeciwności uda mi się pokonać, wczoraj jakoś o tym właśnie byłam przekonana, a dzisiaj?
Pamiętam, że gdy skończyłam 18 lat powiedziałam buńczucznie do mojego Taty tak, jak i pewno większość młodzieży w tym wieku : jestem już pełnoletnia i teraz sama będę podejmowała wszystkie decyzje. A mój mądry ojciec pogładził mnie wtedy po głowie i powiedział : „oj dziecko, dziecko, jeszcze nie raz będziesz marzyła o tej chwili, gdy to ktoś inny za Ciebie musiał takie decyzje podejmować” Mądrego miałam Tatę, bo to prawda, nigdy do końca człowiek nie jest przekonany, czy raz podjęte ryzyko nie odbije się negatywnie na dalszym jego losie.
Dlatego teraz często w myślach zwracam się do moich Rodziców, do mojego Rodzeństwa, które było starsze ode mnie i teraz mają tę przewagę nade mną, że z góry wszystko widzą lepiej, z prośbą o dobrą radę w podejmowaniu tej mojej życiowej decyzji, wiem, że nikt z nich mnie w tej chwili nie opuści, będą ze mną i poprowadzą moje sprawy dobrą drogą. I ta myśl właśnie bardzo dodaje mi otuchy, zaczęłam wierzyć w powodzenie w tej sprawie.
Dlatego wczorajszy dzień spędziłam bardzo miło, ba, nawet powiedziałabym, że porywała mnie pewna energia.
To był bardzo cieplutki dzionek, wiec pomyślałam sobie, że dobrze byłoby spędzić troszkę czasu poza domem. Mój wybór padł na spacer nad Wisłą. Dawno już tam nie byłam, chociaz to przecież kilka kroków ode mnie. Dawniej, gdy miałam jeszcze psa, takie spacery nad Wisłą, czy na Błonia i do Parku Jordana były dla mnie codziennym zwyczajem.
Zakupiłam więc w kiosku nową Rozrywkę i powędrowałam w stronę wawelskich wałów. Ludzi było całe mnóstwo i krakowian i wiele turystów.
Znalazłam sobie miejsce nawet przy stoliku, na którym mogłam rozłożyć swoje krzyżówki (czemu do cholery ten długopis znów nie chce pisać!!!!). Co prawda siedziało najpierw tam dwóch starszych panów, którzy natychmiast chcieli poczęstować mnie wódeczką ( ani kieliszka pani się z nami nie napije? no, może chociaż jednego, prosimy), oczywiście, że nie uległam takiej wątpliwej pokusie, wykręciłam się, dziękując , że jestem nie pijąca. Na szczęście ich butelka szybko pokazała swoje dno (panowie widać już jakiś czas tam sobie siedzieli), więc się wynieśli, a do mnie dosiadły się dwie miłe starsze panie (a jaką podwyżkę emerytury pani dostała?), a potem mała grupka Słowaków, którzy po wyczerpującej wycieczce po Oświęcimiu i po Krakowie czekali na podstawienie swojego autokaru. Tak więc trochę rozwiązywałam krzyżówkę, trochę sobie porozmawiałam, ale nagle nadciągnęły całkiem czarne chmury i trzeba było uciekać, bo burza była nieunikniona. I pewnie byłaby mnie ta burza ominęła, gdyby nie (jednak) wrodzone łakomstwo, które kazało mi pójść jeszcze do lodziarni na początku Zwierzynieckiej. Kupiłam sobie gałkę lodów bakaliowych (tylko jedną, naprawdę niewielką) i…… gdy wyszłam ze sklepu lunęło całkiem nieźle, a potem zaczęło się błyskać i grzmieć. Na szczęście zawsze w torebce nosze ze sobą parasolkę, ale i tak całe prawe ramię mojej bluzeczki i sweterka były przemoczone, o butach nie wspominając. Czyli znów wielki plus, czyli popołudniowy spacer przemienił się w całkiem malutki minus, czyli w burzę, która notabene  szybko się skończyła, zanim zdążyłam jeszcze dojść do domu. Ale bynajmniej wcale tym incydentem się nie zdenerwowałam, stanęłam tylko na chwilkę pod arkadami, żeby spokojnie zjeść swojego loda, na który już zaczął padać deszcz i bałam się, że mi  się całkowicie  rozpłynie.
Po przyjściu do domu przebrałam się, pozostawiłam mokre ciuchy do wyschnięcia i dalej humorek mi dopisywał. Ale za to jak smacznie mi się tej nocy spało!!!
Zasnęłam zaraz po 23-ciej i tylko raz na moment w nocy wstałam do łazienki i natychmiast zasnęłam z powrotem. Widocznie dobrze sobie płuca natleniłam 🙂
Dzisiaj, w niedzielny poranek od samego rana też już jest słonecznie  i też zapowiadają na dzisiaj wysoką, ponad 20 stopniową temperaturę.
Ciekawe, czy i dzisiaj gdzieś mnie z domu poniesie, jak na razie nie mam jeszcze sprecyzowanych planów, może bym poszła do Parku Jordana? Ale tak sama?, bez psa?…….. Z Pepą nie mogę iść, bo po pierwsze pewnie baliby się dać mi ją na spacer, a po drugie ona ma cieczkę, więc takie dalekie spacery nie są teraz dla niej bezpieczne.
Muszę sobie temat przemyśleć, zanim podejmę decyzję. A może pójdę po prostu na duże Planty, albo do Rynku? tylko, że tam dzisiaj na pewno okropnie duży ruch będzie, co to za przyjemność spacerować w takim zamieszaniu? A może pozostanę jednak w domu? To wszystko się okaże, na razie za wcześnie jeszcze na podjęcie ściśle sprecyzowanych planów, dotyczących dzisiejszego dnia. Chociaż czasami takie plany podjęte ad hoc są o dużo więcej ciekawsze.
Życzę wszystkim przemiłej, przecudnej i słonecznej niedzieli i wspaniałego odpoczynku.