Wspomnienie

 

 

14 kwietnia 2015 roku,o godz 7.30 rano zostałam zabrana na salę operacyjną. Jechałam na nią na siedzącym wózku, już tak otępiała, że nawet się nie bałam.
Ostatnie, co pamiętam, to bijący w oczy blask świateł nad operacyjnym stole, bardzo wąski stół operacyjny, na którym polecili mi się położyć i trochę zamieszania.
A potem była już nicość. Obudziłam się jadąc na wózku, tym razem już leżącym, na moją salę pooperacyjną. Bólu nie czułam, chciało mi się tylko okropnie spać.
Nawet nie wiem i w jaki sposób z tego wózka przełożyli mnie na łóżko, bo chyba w trakcie tej czynności już spałam. Następny kadr, to wizyta mojej Magdy, która stanęła zatroskana nad moim łóżkiem, ale nawet nie miałam siły z nią wtedy rozmawiać. Głowę miałam jak z kamienia, nogi jak z waty, a powieki z ołowiu.
A tu się pielęgniarki uparły i kazały mi siedzieć na łóżku, w dodatku  z nogami spuszczonymi na podłogę. No to pokiwałam się trochę raz do przodu, raz do tyłu, na oba boki, bo pozycji pionowej nijak utrzymać nie mogłam. Zachowywałam się jak pijak po wypiciu pół litry wódki. Nie rozumiałam, co ci ludzie ode mnie właściwie chcą, czemu mnie tak maltretują i nie pozwalają  mi sobie trochę pospać.
Potem było jeszcze gorzej, bo pielęgniarki uparły się, że muszę iść do łazienki zrobić siusiu, wzięły  mnie więc pod pachę i siłą tam zaciągnęły. Te moje nogi z waty zupełnie do takich spacerów się nie nadawały, więc byłam niepocieszona z tego powodu, w dodatku, że przynieśli mi jakiś słój, w którym musiałam umieścić mój mocz. Okropieństwo, brrr, wspominam to jako jeden koszmar.
Na szczęście koło mnie była Magda, która poprosiła lekarza, żeby pozwolił mi już iść spać, bez tego chodzenia i siedzenia, lekarz się zgodził i nareszcie byłam happy, gdy mogłam zamknąć oczy i wynieść się w bezpieczną krainę snów.
Był co prawda w międzyczasie telefon od Moniki, coś tam z nią  podobno przez moment rozmawiałam, ale i tak niewiele ode mnie się dowiedziała, na rozmowy też siły nie miałam.
No i potem przyszła zbawienna noc, przez sen czułam tylko, jak pielęgniarki zmieniają mi kroplówki i od czasu do czasu robią pomiary ciśnienia i temperatury, ale świadomość moja i tak bardzo głęboko spała i nic sobie z tych pielęgniarskich zabiegów nie robiłam. Nawet basenu nie musieli mi podawać, gdyż widzieli, że będą ze mną mieli tylko kłopoty i na wszelki wypadek mnie zacewnikowali.
A rano…. świat już wyglądał całkiem przyzwoicie, koszmary pozostawiłam daleko za sobą i cieszyłam się, że już ta operacja jest już historią  i teraz przyjdzie czas na rekonwalescencję i na…… chudnięcie.
Mija rok, jaki on był? Różny, na początku kleikowy, ale jakoś ten okres też pokonałam i zaczęłam wracać do nieco normalniejszego, stałego jedzenia i to już był dla mnie pierwszy milowy krok. Kłopoty zaczęły się dopiero po kilku miesiącach, gdy przyczepiły się do mnie te nieszczęsne biegunki, no i na koniec anemia – to niestety wszystko spowodowane było tym zabiegiem, z czego na początku nie zdawałam sobie sprawy. Już raz chyba o tym wspominałam, że właściwie zostałam pozostawiona sama sobie z dietą i z ewentualnymi komplikacjami po operacyjnym, bo lekarze nie bardzo kwapili się mi w tym pomóc. To znaczy owszem, miałam wytyczne a propos diety,ale takie raczej ogólnikowe, żadna dietetyczka nie podjęła się  zadania przeprowadzenia mnie przez ten niełatwy okres. Więc robiłam to sama, metoda prób i błędów i z czasem zaczęłam się uczyć, jak moja dieta powinna wyglądać.
Teraz już wiem o wiele więcej, niż na początku, chociaż nie znaczy to wcale, że jeszcze czasami nie udaje mi się nie popełnić żywieniowego błędu.
Reasumując, jestem jednak bardzo zadowolona z doprowadzenia mojej decyzji do końca, skutkiem czego jest utrata wagi około 50 kg i co najważniejsze opanowanie w bardzo dużym stopniu mojej cukrzycy. Nie wiem, jak długo będzie mi się udawało utrzymywanie poziomu cukru w normie, bez zażywania leków  przeciwcukrzycowych (obecnie nie zażywam nawet Glucophasu, ponieważ działał hamująco na wchłanianie żelaza i mógł też powodować biegunki).
Ale niestety, kto raz już miał cukrzycę zawsze jest zagrożony, albowiem jest to choroba przewlekła, można ją zaleczyć, ale nigdy z niej nie można się do końca wyleczyć. Tak więc nadal obowiązuje mnie dieta przeciwcukrzycowo – wątrobowa no i kontrola pomiarów cukru.
Czyli nadal muszę się „dobrze prowadzić” i nie zbaczać gdzieś na żywieniowe manowce.
I to tyle chyba ze wspomnień ostatnich 12 miesięcy, było, minęło, teraz może być tylko coraz lepiej.
Cieszę się zdrowiem, fajnym wyglądem i moimi nowymi ciuszkami, to taka radość, gdy można wreszcie kupić porządne rzeczy w całkowicie normalnych rozmiarach. Tyle razy o tym marzyłam i nareszcie stało się to realne.
Oby i następne moje marzenia się urealniły i żebym za rok znów pod datą 14 kwietnia mogła napisać w moim blogu: jest fantastycznie!!!!

Co prawda teraz za oknem nie jest fantastycznie, bo jest ponuro, a na dzisiejszy dzionek nawet deszcze zapowiadali. Na razie ni z nieba nie leci, ale podobno ma się rozlać dopiero popołudniu. I coś w tym prawdy jest, bo podobnie prognozuje mój prywatny barometr, czyli moje kostki, a już szczególnie moje stopy.
Ale i tak wszystkim udanego dzisiejszego poranka, popołudnia i wieczorku życzę, przecież kiedyś znów słonko wesoło kiedyś zaświeci.