jeszcze jedna i jeszcze raz…..

Róża, różyczka. dla mojej Różyczki.
Uluś i znów się dzisiaj tutaj spotykamy, znów jest ten magiczny dzień – środa, która nas łączy na odległość. Znów jest między nami ta magia, niby rzucony w przestrzeni niewidoczny most, który przybliża Poznań do Krakowa. Jesteś tak blisko, jakbyś siedziała koło mnie, czuję Twoje ciepło, Twój oddech.
I znów się cieszę, że jesteś, że czytasz ten wpis, nawet widzę Twoją rękę, która sięga po tę wspaniałą różę, aby w wazonie ją umieścić.
I nie martwię się wtedy wcale, że tak szybko te dni mijają, cieszę się, że właśnie znów ten dzień nastąpił.
Nie wiem, jak będziesz spędzać ten dzisiejszy czas, ale gdziekolwiek będziesz i cokolwiek będziesz robiła wiem, że będziesz myślami razem ze mną, a ja Ci to po prostu odwzajemniam.
Cieszmy się tymi środami Uleczko, nawet nie wiesz, ile osób zazdrości nam takiego duchowego zbliżenia w każdą środę.
Ogólnie mówiąc, lubię wszystkich moich Czytelników i cieszą mnie Ich odwiedziny, ale…… no właśnie, ale ten dzień pokazuje, że Twoja osoba jest mi szczególnie bliska.
I niech tak już pozostanie. Całuję Cię mocno Kochana i uśmiechy promienne, jak złote słonko na niebie Ci dzisiaj posyłam.
I pewnie znów dzisiaj od pewnej osoby usłyszę: ale znów dusery Ulce dzisiaj prawiłaś, ale to pewnie będzie powiedziane z lekką nutą zazdrości, że jest w tym dniu Ktoś szczególnie przeze mnie wyróżniony. Dlatego nie przejmuję się tym stwierdzeniem, bo mój blog zamieszcza tylko wpisy z serca mojego szczerze płynące, więc nie mogłabym inaczej, niż słowem magia określić naszej Przyjaźni. I mam pewność, że i Ty myślisz tak samo, jak i ja.

Wczorajszy dzień, mimo chłodu minął mi bardzo ciekawie. Zaraz po pracy poszłam do fryzjera, wiec dzisiaj już mam nową, wiosenną fryzurkę, oczywiście zrobiłam sobie pedicure i manicure. Teraz mogę powiedzieć, że czuję wiosnę, niestety wciąż jeszcze nie tę rozgrzewającą moje ciało, ale już rozgrzewająca moją duszę. Bo co może być dla kobiety bardziej inspirującego, niż nowy wygląd?
Niestety po wyjściu od fryzjera musiałam wyciągnąć z mojej torebki parasolkę (jak to dobrze, że mam ją zawsze pod ręką), bo kropiący najpierw drobny deszczyk przerodził się w całkiem niemały deszcz, na szczęście niedługotrwały, więc pod koniec mojego powrotnego spaceru mogłam już wędrować bez parasolki. A to bębnienie deszczowych kropli o materiał parasolki wzbudziło we mnie wspomnienie sprzed lat, gdy spędzałam wakacje z moją siostrą i jej rodziną pod namiotem, najpierw nad jeziorem koło Piły, a w innym przypadku w Ustroniu Morskim, tak właśnie bębnił wtedy ten deszcz o płótno namiotu, a ja otulona w śpiwór leżałam sobie w środku i czytałam książki, czekając, aż wreszcie będę mogła wyściubić nos na zewnątrz. Jednak wakacje z deszczem nie są wcale miłe, zwłaszcza, gdy deszcz jest prawie nie kończącą się prozą dnia i nocy.
Właśnie najgorsze były te wakacje w namiocie, które spędzałam na polu namiotowym w Ustroniu Morskim. Byłam tam wtedy dwa tygodnie i miałam tylko dwa dni pogody, pierwszy, w dzień mojego przyjazdu i drugi, w dzień mojego wyjazdu. W dodatku pole namiotowe miało fatalne położenie i całe przemakało, tak więc zasypiałam i budziłam się cała przemoczona, z nogami zanurzonymi w wodzie, mimo, że mój namiot kilkakrotnie był przemieszczany w wydawało się w miarę suche miejsce. Niestety na drugi dzień to miejsce przestawało być suche, a ja na swoim materacu wręcz pływałam. Pamiętam, że cała przemoczona i wyziębiona zazdrościłam wtedy ludziom, którzy mieszkali w normalnych kwaterach, czy w domach wypoczynkowych. Im też pewnie deszcz dokuczał, ale przynajmniej nie mieli ciągle mokrych ubrań, których nie było gdzie wysuszyć. Dopiero w dniu wyjazdu od rana zrobiła się słoneczna „lampa” i trochę się ogrzałam, aż żal było wtedy wieczorem wyjeżdżać. Co za ironia losu, tyle dni czekałam na to słonko, a ono dopiero zaświeciło wtedy, gdy już musiałam wyjeżdżać. O wizytach na plaży nie było wtedy nawet co marzyć, bo nawet w ostatnim dniu piasek był cały mokry i tak nie było można się na nim na plaży położyć, więc siedziałam na leżaku koło namiotu i cieszyłam się każdym promyczkiem słonka.
Wtedy zresztą nabawiłam się jakiejś strasznej choroby skórnej na stopach, tzw pęcherzycy, z  którą potem walczyłam wiele miesięcy. Po prostu na stopach robiły się małe pęcherzyki, które pękając sączyły z siebie płyn, a skóra na stopach przy tym niemiłosiernie  bolała, piekła i swędziała.
Dobrze, że trafiłam na mądrego doktora dermatologa, nota bene kolegę mojego taty, który kilkakrotnie szukał metody na pozbycie się tej skórnej egzemy, bowiem żadne ogólnie dostępne maści po prostu na nią nie działały. Dopiero zrobiona w aptece specjalnie dla mnie według jego recepty maść, której główny składnikiem była siarka zadziałała. Ale okropnie wtedy się namęczyłam.
Tak więc widać, że nie wszystkie wspomnienia z wakacji są zawsze bardzo miłe.

Dzisiaj zaczynam moje wspomnienia z mniej odległej daty – rok temu, właśnie 13 kwietnia, zaraz po 9 rano, zostałam przyjęta na oddział na Klinikę Chirurgiczną i byłam przygotowywana do zabiegu bariatrycznego, który odbył już wcześnie rano następnego dnia.
Czy się wtedy bałam? Pewnie tak, ale pamiętam, że byłam tak zdecydowana, że starałam się myśleć tylko pozytywnie i to mnie  właśnie ratowało od jakichś wariacji.
Właśnie sięgnęłam do zasobów mojego blogu i wyciągnęłam stamtąd wpis z 13 kwietnia 2015 roku. To był mój ostatni wpis przed pójściem do szpitala, pisany wcześnie rano, jeszcze przed wyjściem z domu i był nawet całkiem łagodny, spokojny, ba, nawet jak na czekający mnie zabieg, całkowicie opanowany.
Potem w szpitalu już nie zamieszczałam żadnego postu  w blogu, miałam przerwę kilka dni, aż do wyjścia ze szpitala do domu, a właściwie do Magdy domu, gdzie spędziłam pierwsze dwa tygodnie mojej rekonwalescencji.
Tak było rok temu, a dzisiaj też mamy datę 13 kwietnia i też mogę napisać podobnie jak przed rokiem, nie jestem wcale przesądna w związku z dzisiejszą trzynastką w dacie. Co ma być, to będzie.
Powinnam się cieszyć takim zdrowiem, które na dzień dzisiejszy posiadam, moje dolegliwości są niczym, w porównaniu z dolegliwościami innych, którzy będą się musieli wkrótce z tym światem pożegnać, Tu myślę i o Halince, o której niedawno wspominałam, a teraz jeszcze podobną wiadomość wieczorem otrzymałam o znajomej Moniki, która do nas do domu przychodziła, niestety jest po operacji, ale jej prognozy są też złe. To stosunkowo młoda, przemiła i delikatna kobieta, przykre, że tak szybko będzie musiała zakończyć swoje życie.
To nie jest sprawiedliwe – tylu złych ludzi chodzi po świecie i nic ich życiu nie zagraża, a ludzie dobrzy muszą się tak szybko odchodzić…..
A może Pan Bóg chce tym złym ludziom dać jeszcze szanse na poprawę, aby potem doznać mogli szczęśliwego życia w wieczności?
Tylko na ogół kto urodził się człowiekiem z niedobrym charakterem, raczej umiera też z takimi samymi wadami, bo nie potrafi, albo nawet nie próbuje ich zwalczać. Więc raczej marna jest szansa dla nich na poprawę, no chyba, żeby jakiś cud zadziałał. Tylko prócz dokonanego cudu, ten ktoś przede wszystkim musi chcieć walczyć z przywarami i mieć silną wolę poprawy, a to już niestety nie jest wcale łatwe.

Co prawda nie ma jeszcze teraz słonka na niebie i jest ono  nawet lekko zachmurzone, ale daje nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie lepszy i nieco cieplejszy od wczorajszego, czego z całego serca Wam życzę.