Jedźmy,nikt nie woła

Powrót do domu tym razem okazał się bez żadnych przygód i zaczepień.


Za to po przyjściu już do domu, razem z Moniką i jej znajomymi, wspominaliśmy stare dzieje naszej ulicy i  wszystkich okolicznych.


Ciekawe: i Monika i jej kolega pamiętają jeszcze ten wspaniały sklepik Dzieci Marii,prowadzony przez świeckie zakonnice na naszej ulicy,dosłownie prawie na przeciwko naszej kamienicy.


Można tam było kupić i biały ser w osełkach i ślazowe cukierki,duże czerwone lizaki,jabłka i oranżadę w krachlach…..


Pamiętam zapach tego sklepu,chociaż zniknął z horyzontu naszej ulicy jakieś 30 lat temu.


Potem był  tam najpierw fryzjer,potem  kwiaciarnia,a teraz


w połączeniu z  sąsiednim dawnym sklepem jarzynowym,prowadzonym przez „dziadka”, mieści się tam  hurtownia artykułów biurowych.


Wspominaliśmy małą jadłodajnię-mordownię na ul. (wtedy) Manifestu Lipcowego,w której królowalo piwo i fasolka po bretońsku,a cała masa podchmielonych  pijaczków wypełzała wprost pod nadjeżdzające auta i tramwaje.


Wspominaliśmy wspaniałą cukierenkę Janasa na ul.Felicjanek,gdzie sprzedawano ongiś najlepsze pod słońcem lody w waflu,zresztą ciastka też mieli bardzo smaczne,


sklep „Pinokio”  na Zwierzynieckiej ze ślicznymi zabawkami,czy na tej samej ulicy  mieszczącą się piekarnię pana Magiery,który osobiście już od bladego świtu sprzedawał świeżo upieczone pieczywo.


Śmieszny bardzo był to pan,zawsze komuś jakąś „łatkę” przypiął,ale jeżeli ktoś mu naprawdę podpadł,poprostu nie sprzedawał mu chleba i już.


Nie pomagały żadne prośby i groźby,mówił „nie ma już pieczywa” i zamykał dyskusję, po czym za chwilę,jakgdyby nigdy nic,następnym klientom wynosił ciepłe jeszcze chlebusie z zaplecza.


Ot takie miał swoje „widzimisię”



Miłe są takie wspomnienia,wracają wtedy emocje sprzed tych sięciu lat i uśmiech okrasza wtedy lica.


No to sobie powspominałam,teraz całkiem spokojnie mogę ułożyć się do spokojnego snu,z błogą radością,że jutro żaden budzik skoro świt nie zadzwoni.


Tylko jeszcze przed snem muszę małą korektę moich dni upływajacych do urlopu uczynić,nie wiem,jak to do tej pory liczyłam,ale do dnia mojego wyjazdu pozostało tylko 23 dni ( a nie 25,jak z dotychczaswoych moich rachunków wynikałoby) ,24-ty to już dzień przeznaczony na podróż i wypoczynek,z tego „pracowitych  dni pozostało mi aż 16-naście,słownie SZESNAŚCIE


ZGROZA !!!!!!


NO TO DOBRANOC   




niespodziewane spotkanie

                             26ddmwdBZ

Wracam sobie wczoraj wieczorkiem autobusem lini 144 i nagle przez głosnik autobusowy słyszę :Witam Pania Ewę.

Ki diabeł, myślę,znowu omamy słuchowe mam????

Ale nie,głos dochodził od kabiny kierowcy.

Oglądnęłam się jeszcze,żeby upewnić się,czy to mnie dotyczy i okazało się,że rzeczywiście te słowa były do mnie skierowane.

Nie  wieziałam,jak mam postąpić,ale ciekawość zwyciężyła.

Podeszłam i okazałam swoje zdumienie,kto to mnie poznał,jak sam przed chwilą mówił, aż po przeszło 20 latach.

Okazało się,że jest to mąż mojej koleżanki, Bogusi,z którą pracowałam  lata temu w przychodni na Azorach.

Matko,kto to jest Bogusia???

Taka okropna luka w pamięci?????

No cóż,może będę miała okazję się przekonać,bo dostałam od Pana numer telefonu z prośbą,żebym zatelefonowała do Jego żony i kiedyś umówiła sie z nimi na kawę.

No tak,tylko kiedy na to mam niby znaleźć czas???

Skoro świt mnie wygania,a noc przygarnia do domu???

Dobrze,że czasami całe weekendy mam wolne,ale kogo mam swoją osobą uraczyć w te dnie wolne i dla nich od pracy??

Każdy chce mieć w końcu

 święty spokój :-))

A propos,na szczęście dzisiaj już piątek.

Zbliża się WEEKEND

Odsapnę znów nieco,bo następny tydzień będzie raczej bardzo ciężki i bardzo pracowity……

Ale narazie dzisiaj jest piątek i zawodowe obowiązki już mnie wzywają.

Więc lecę…….