weekend znów w Modlnicy

 

 

 

Ponieważ okazało się, że „majstry łazienkowe” przyjdą już na pewno  dopiero w poniedziałek (mam na to święte słowo pana administratora), więc moja kochana Magda znów zaprosiła mnie do Modlnicy, bym chociaż przez te trzy dni się w domu bez łazienki nie stresowała.
Do niedzieli wieczór mam czas na codzienne poranne i wieczorne ablucje i wreszcie chociaż na chwilę zapomnę o łazienkowym  koszmarze na ul Smoleńsk.
Jak to dobrze, że mam koło siebie, no prawie koło siebie moją Kochaną Magdę, która zawsze mi udziela pomocy. I jak jej tu nie kochać?
Już spakowana pojechałam wczoraj rano na Żabiniec ( by się nie wracać potem przez miasto), a potem, po pracy  zrobiłam zakupy w Biedronce i pojechałyśmy  do Modlnicy.
Niestety przywitał nas deszcz, zresztą całe przedpołudnie padało, ale po dosyć nawet krótkim czasie na szczęście, najpierw deszcz, a potem wiatr ustały, a nawet pokazało się piękne słonko, tak więc nawet wczoraj wieczorem mogłam podziwiać piękny jego zachód.
Oczywiście znów zrobiłam masę zdjęć. Niesamowite, jak przez ten tydzień kwiaty pięknie się rozwinęły. Tydzień temu było jeszcze sporo pączków różanych, a teraz porozwijały się one w piękne kwiaty. Co chwilę wyrastają nowe okazy. Nawet biały krzew róży, który był bardzo opóźniony w porównaniu z innymi krzewami zaczyna przepięknie zakwitać. Jak przyjechałam były jeszcze na nim białe pąki, pod wieczór już dosyć ładnie rozwinięte róże.
Mogłam zaśpiewać sobie : Rozkwitały pęki białych róż….  Tylko Jasieniek nie chciał jakoś do mnie wrócić 🙂
Świat w takim pięknym ogrodzie wygląda od razu weselej, jakby oglądała go przez różowe okulary i wszystkie smutki i troski jakoś w dal odpłynęły.
Nawet ten wczorajszy deszcz wcale mnie jakoś nie zdenerwował, a gdy słonko już się pokazało na niebie, czułam się jak w prawdziwym Raju.
A na zakończenie dnia miła kąpiel pod ciepłym tuszem, żyć, nie umierać.
Pomimo, że bywam nie raz marudna (wg.niektórych), lubię też cieszyć się z życia i właśnie takie niewielkie oznaki piękna, jak cudne, kolorowe kwiaty, słonko, czy nawet krople deszczu na liściach potrafią mnie wzruszyć.
Bo sami przyznać musicie, że ta biała róża na prawdę wspaniale się prezentuje.
Dzisiaj wstał następny raczej chłodny dzionek. Co prawda skoro świt jeszcze jakoś się nieźle zapowiadał, ale słonko dzisiaj co najwyżej obudzi się popołudniu, o ile w ogóle się obudzi. Na razie panuje szarość, dobrze, chociaż, że nie ma tego zimnego wiatru.
Tak więc mój pobyt na tarasie będzie dzisiaj ograniczony, co nie oznacza, że będę od czasu do czasu podziwiała z niego nowo rozwijające się pączki róż.
Wolałabym co prawda, by chociaż trochę słonko zaświeciło, ale…jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, prawda?
A jeszcze coś z kulinarii: okazuje się, że fasolka szparagowa, którą wczoraj jadłam na obiad, nie jest wcale całkiem dietetyczna, niestety mój cukier dzisiaj osiągnął wysokie poziom 6.8, czyli co najmniej jakby zjadła kawałek ciasta. Szkoda, a tak bardzo tą fasolkę lubię 😦
Muszę więc powrócić do marchewki, zielonej sałaty i do pomidorów.
Przypuszczam, że to właśnie o fasolkę chodzi, bo innych kulinarnych „grzeszków” nie miałam wczoraj na sumieniu.
Nic to, potraktuję to jako jednorazowy wybryk i będę więcej uważała na to, co jem.
Dobrej soboty wszystkim życzę

czwartek bez łazienkowych zmian

 

 

Wczoraj minął właśnie tydzień, gdy jeszcze mogłam swoje ciało oblać ciepłym prysznicem, na drugi dzień, czyli w piątek odłączyli mi brodzik i umywalkę i……od tej pory nadal myję się w miedniczce, To już zakrawa na kpiny!!!!!! Jak można pozostawić lokatora, jakby nie było płacącego czynsz, bez możliwości normalnego umycia się? Nadal nikogo nie interesuje to, w jakich ciężkich warunkach sanitarnych muszę żyć na co dzień!!!!!!
Zastanawiam się tylko, co by zrobili właśnie ci nieodpowiedzialni – odpowiedzialni, gdyby zostali postawieni w podobnej sytuacji jak ja?
Ostatni termin, który podali, że przyjdą wymieniać rury minął właśnie wczoraj, a tu ani widu, ani słychu.
Jak tu żyć właściciele kamienicy, jak tu żyć?????
Dzisiaj muszę koniecznie zadzwonić do administracji, bo może tam nawet nie zdają sobie sprawy w jakim świecie ja żyję?
Dobrze, że mogłam i w sobotę i w niedzielę wykąpać się chociaż u Magdy, mogłam umyć głowę, bo dzisiaj pewnie zjadły by mnie wszy i inne robactwa
Na miły Bóg, mamy przecież XXI wiek, latamy w kosmos, tworzymy różne wspaniałe pojazdy, budujemy super nowoczesne domy, a tu nie ma nawet kto zwyczajnych rur wodociągowych wymienić ????????
Bardzo łatwo jest komuś zamknąć dostęp do łazienki, jak widać, bardzo trudno ją usprawnić. Czy to jest oznaka lenistwa, złośliwości czy totalnego olewania innych? Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć!!!!!!!! Na pewno jest to objaw tzw spychologii, na zasadzie, to nie ja mam to robić, to ci drudzy.
A ja, biedna, stara Ciotka Ewa muszę się z tym godzić i czekać na jakąś łaskę z niebios, bo z ludźmi tu na ziemi nie idzie niestety nic załatwić,  nie można zwyczajnie po ludzku się dogadać, trzymają mnie w szachu. Tylko pytam: jak długo to jeszcze ma trwać? I dlaczego?????? Cóż komuś złego uczyniłam, że zostałam teraz tak srodze  przez nich ukarana????????
Piszę tak trochę sobie i muzom, bo wiem, że mimo, że blog będzie przeczytany, żadnej reakcji się nie doczekam! Bo to nie od nich (podobno) zależy decyzja, a poza tym, to nie oni mają kłopoty z łazienką, więc po  co się przejmować innymi?
A przede mną następny tydzień, miesiąc, półrocze, rok, a potem lata………
Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy…………….
Przepraszam, że znów ośmielam się pisać o moich łazienkowych kłopotach, ale jestem bardzo zła, a jeszcze bardziej rozżalona, że nikt mi nie chce  tak zwyczajnie, po ludzku  pomóc!!!!!! Każdy, kogo poproszę o pomoc, normalnie odwraca się ode mnie tyłem, chociaż ja tak wiele razy też pomagałam.
Bardzo to jest dla mnie bolesne i  bardzo przykre. Nie przypuszczałam, że kiedyś tego się doczekam od ludzi, zwłaszcza  tych, dla których zawsze miałam i nadal  mam serce na dłoni………………….

Zapowiadany mżysty, deszczowy, chłodny weekend właśnie nadchodzi.
Wstałam w związku z tym z bólem głowy i zaraz zabieram się za kawusię.
Trzeba jakoś  przeżyć tą niekorzystną aurę.
A jednak miłego dnia wszystkim życzę, a za siebie trzymam kciuki, by udało mi się wreszcie coś załatwić.

jeszcze o Mii – Dorotce z Krainy OZ

 

Jeżeli napiszę, że Mia była wspaniała, wręcz rewelacyjna, to pewno będziecie podejrzewać mnie o stronnictwo.
Ale tak właśnie było, Mia grała swoją rolę wprost rewelacyjnie.
Sama potem zresztą mi powiedziała, Ciociu, ani razu nie pomyliłam się, a przecież jej  bardzo długi tekst był mówiony przez cały czas przedstawienia.
Ale nie tylko o to chodzi. Mia była bardzo rozluźniona, swobodna i miało się cały czas wrażenie, że ona naprawdę jest tą Dorotką.
Tańczyła, śpiewała i solo i z zespołem, a przede wszystkim bardzo pewnym głosem wyrażała swoje kwestie.
Skąd w niej było tyle werwy? Wiem, jest jeszcze bardzo młoda, pewnie i stąd energię czerpie, ale również i można powiedzieć, że wynika to z jej profesjonalnego podejścia do swojej roli, ona w nią się do końca wczuwała.
Jestem nią po prostu zachwycona, myślę, że śmiało mogłaby swoją aktorską karierę w niedalekiej przyszłości kontynuować.
Tylko do tego Mia jest zwyczajną dziewczynką, która też chce chodzić na urodzinowe party do koleżanek ( np odbywały się one w sobotę, gdy Mia musiała iść akurat na prawie całe popołudnie na próby), też chce wyjeżdżać z rodziną na weekendy,  czy mieć chociaż spokojną sobotę.
Wcale się jej nie dziwię, jednak aktorstwo to bardzo ciężki kawałek chleba, a już szczególnie dla jedenastoletniej dziewczynki to pasmo wyrzeczeń, gdy najpiękniejsze dziecinne lata trwają.
Występ naszej Mii był kręcony przez TVP, więc na pewno będzie też wpuszczony do emisji, albo chociaż w You Tubie, wtedy na pewno w swoim blogu zamieszczę odpowiedni link, chciałabym, żeby wszyscy mogli talent naszej Mii podziwiać.
Na mój zachwyt również zasługuje rola psa Toto, którego grała koleżanka Mii. Co prawda pies nic nie mówił, ale szczekał, piszczał i cały czas na tych swoich czerech łapach, czyli na kolanach jeździł za Dorotką, była bardzo przekonywująca i wspaniała w swojej psiej postaci. Tylko cały czas współczułam jej, że te jej małe kolanka musiały ją pod koniec spektaklu bardzo boleć.
Inne postacie też wspaniale grały swoje role, to były nie tylko dzieci i młodzież, ale również i profesjonalni aktorzy z teatru Muzycznego.

A z innych rzeczy: wczoraj ubrana byłam w to moje śliczne, białe spodium i z przykrością stwierdziłam, że moje spodnie właściwie nadają się już do zwężenia, po prostu ich pasek spadał mi na biodra. Z jednej strony to hurra!!!, a z drugiej……….coraz bardziej nie mam się w co ubierać, wszystko zaczyna na mnie wygląda jak namiot.
A propos, wczoraj czekając na spektakl rozmawiałam z bardzo, ale to bardzo tęgą młodą dziewczyną (miała śliczną buźkę) i trochę zagadnęłam ją na temat bariatrycznej operacji. Okazało się, że ma już termin operacji tam gdzie i ja ją miałam na wrzesień tego roku, a wcześniej termin na badania przygotowawcze w tej samej klinice, w której też robiłam te badania. Była zadowolona, że ją o to zagadnęłam, bo jednak trochę obiekcji miała, ale ucieszyły ją moje słowa otuchy i nadziei na poprawę życia. Sama wiem, jak bardzo zbawiennie takie słowa działają, gdy człowiek niby się już zdecyduje, ale jeszcze ma wątpliwości. Może mój głos zaważy w jej decyzji?

Ponieważ wczoraj zaraz po przestawieniu musiałam jechać na Żabiniec, więc zdecydowałam się zjeść obiad w restauracji obok mojej pracy.
Po raz pierwszy, od czasu mojej operacji. WOW, obiad to za dużo powiedziane, zdecydowałam się na krem chrzanowy z grzanką. Nie powiem, pyszne było i całkiem wystarczające, Po południu zjadłam jeszcze tylko kilka truskawek, a wieczorem pomidorka. Ale i tak po tej grzance zastanawiałam się, czy nie przesadziłam, okazuje się, że mój cukier znów pokazał dzisiaj rano całkiem normalny poziom cukru, czyli 5,2 ( poniżej 100 mg)
Tak po prawdzie, to nie jem w ogóle pieczywa, więc taka grzanka raz na jakiś czas nie mogła mi za bardzo zaszkodzić.

Dzisiaj czwartek, czekam więc na obiecaną ekipę remontową i……
Pogoda za oknem słoneczna, chociaż jak na razie jeszcze jest dosyć chłodno, ok 15 stopnie, może potem nieco pociepleje powietrze nam troszkę?
Niestety weekend zapowiadają zimny, deszczowy i burzowy, Szkoda.

Dobrego dnia

.

Witam Ulę, witam wszystkich

 

Wiadomo, dzisiaj środa, więc pierwsze słowa skieruję do Ulki.
Kochana Moja, jak wiesz pewnie z moich wcześniejszych wpisów, cały poprzedni weekend spędziłam w ogrodzie Magdy i fotografowałam wszystkie kwiaty, a szczególnie róże, żeby pośród nich tą najpiękniejszą wybrać właśnie dla Ciebie.
I udało mi się, popatrz, ona uśmiecha się radośnie na krzaczku do Ciebie, emanując nie tylko piękno, ale i radość życia. Dlatego właśnie na nią padł mój wybór. Posyłam więc ją wraz z moim uśmiechem i promykami słońca z Krakowa, cieszmy się więc obie z życia, z piękna otaczającej nas przyrody, z tego, że mamy okazję obserwować wszystkie piękne zjawiska na co dzień, ponad szarość życiowych problemów i trosk, które nas czasami dopadają.

Życie to nie tylko same kłopoty, bywają i chwile miłe, do których będę mogła zaliczyć pewnie i dzień dzisiejszy.
Nadszedł bowiem ten dzień, gdy nasza Mia – Dorotka stanie przed wielką publicznością i ukaże wszystkim swoje artystyczne zdolności.
Wczoraj przez cały dzień ćwiczyła, dzisiaj nadejdzie dla niej ten dzień egzaminu. Jestem bardzo ciekawa, jak uda się jej ten dzień, cy trema troszkę ją nie „zje”, chociaż wiem, że jest już ona obyta na przykład z kamerami, bo wielokrotnie brała udział w reklamach, czy nawet we filmach,
Ale wczoraj wieczorem wydawała się być bardzo tym zafrapowana.
Trzymam za Ciebie kciuki Moja Dorotko, wiem, że wszystko wspaniale Ci się uda.
Oczywiście, że wybieram się na ten spektakl, no chyba, żeby jakaś wielka przeszkoda stanęła mi na drodze.
Ale i tak wtedy będę z nią całym swoim sercem. Trzymaj się Mała!!!!

A co poza tym? Nic ciekawego się nie zmieniło, jest jak jest i pewnie tak będzie przez najbliższy tydzień, dwa, miesiąc, dwa…..
Nic nie wskazuje na pozytywne zmiany, niestety. No chyba, że niebiosa nade mną się ulitują.

Dzisiaj zapowiada mi się ciekawy i bardzo długi dzień, a tu masz: pogoda całkiem nieciekawie nam się dzisiaj zapowiada. I temperatura nie za wysoka, i możliwe opady deszczu, przynajmniej w Krakowie, to jak mam iść w zaplanowanym na dzisiaj białym moim spodium?
Nawet pogoda, jak widać, jest kontra mnie.

Zaczęłam swój dzisiejszy wpis bardzo optymistycznie, skończyłam niestety z nutką pesymizmu, tak właśnie w życiu bywa : to co dobre z gorszym się przeplata i układa życie każdemu z nas. Ważne jest to, by to wszystko odpowiednio wyważać.

Życzę wszystkim przyjemnej środy, nie wszędzie podobno w Polsce deszcz nas dopadnie 🙂

dzisiaj krótki wpis


Dzisiaj nie mam okazji na rozpisywanie się, bo mam rano bardzo mało czasu, a jeszcze przed wyjściem  do pracy chcę zamieścić mój blog.
Dzisiaj od rana powtarzamy z Mią rolę Dorotki, bo dzisiaj jest próba generalna, biedne dzieci będą siedziały w MCK od 9 rano do 9 wieczór, a już jutro przecież ich  występ. Tak więc już od rana powtarzamy z Mią tekst, gdyż widać, że troszkę już ją trema trzyma i nie jest pewna, czy wszystko pamięta.
Oj, oczywiście nic się nie stanie, gdy się w jakimś momencie zapomni, przecież to jest dziecko, a nie dorosły aktor, którym też czasami może się coś pomylić. Na pewno będzie ktoś, kto im będzie podpowiadał, a z tego co wiem, to czasami wystarczy jej szepnąć tylko jedno słowo i w momencie Mia łapie cały  duży fragment swojej roli.
Pamiętam moje występy jako dziecko w teatrze, więc poradziłam jej, że gdy wejdzie na scenę ma zapomnieć, że tam po drugiej stronie siedzą ludzie, ma mówić swoją rolę tak, jak ją mówiła w czasie prób do mnie, czy na próbach w szkole. W każdym bądź razie nie może się stresować.
Jeszcze nie wiem na pewno, czy dam radę pójść na ten występ, czy Tomek zdążył dla mnie zarezerwować bilet wstępu. Bardzo bym chciała oczywiście, bo wsadziłam w tą naukę tekstu Mii całe swoje serce, ale w najgorszym razie, podobno jej występ ma być filmowany, więc zobaczę ją na płytce CD, chociaż to przecież nie to samo.
Ale nie uprzedzajmy faktów, może jednak Tomek o mnie pamiętał?

Co do mojej łazienki, nadal nic się ciekawego w niej nie dzieje,  podobno najwcześniej przyjdą remontować ją w czwartek (przy dobrych układach), chociaż obiecywali remont już od wczoraj, co przekłada się na to, że nadal nie mam kabiny prysznicowej i nadal myję się w miedniczce. Jak długo wytrzymam, nie wiem, ale to podobno nie jest w tej chwili najważniejsze. Zależy jak dla kogo, bo dla mnie jednak jest to okropne utrudnienie, czuję coraz większy życiowy dyskomfort, ba czuję nawet zagrożenie, jakby ktoś na mnie czyhał, ale to nie może być przecież prawda. Co innego obcy właściciel, co innego „swój” właściciel, chociaż może właśnie to, że swój tak robi, bardziej mnie boli. Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie, tym bardziej, że z płacenia czynszu zawsze wywiązuje się w odpowiednim czasie i nie mam żadnych zaległości. O moje mieszkanie dbam i nie doprowadzam go do ruiny, chociaż przyznać trzeba, że generalny  remont w tej łazience nigdy nie był przeprowadzony, ale wcześniej współwłaścicielem była moja siostra, a po jej wyprowadzce po prostu nie było mnie po prostu stać na taką inwestycję.
Już teraz rozumiem, gdy lokatorzy skarżą się na właściciela kamienicy, który po prostu zamyka wodę, prąd, czy gaz i nic, nie interesuje go wcale, jak lokator ma  w takich warunkach egzystować. Czyżby i mnie podobny los spotkał? Może nie, chociaż…….
Chociaż podczas prób moich negocjacji z właścicielką usłyszałam ostrzegawczy głos: jak nas zalejesz to…….
Nie jestem ani głupia, ani tym bardziej złośliwa i kąpać się  i zalewać sąsiadów nie będę, ba, nawet nie zamierzam, ale moja cierpliwość i moje nerwy codziennie narażane są na szwank, a ja po prostu jestem w tej nierównej walce skazana niestety  na porażkę. Ja nic nie mogę, inni i owszem.
Jedyne co, to mogę się tylko pożalić na moim blogu, wierząc może w jakiś tajemniczy sposób mój głos wołającego na puszczy jakoś dotrze do odpowiednich uszu. Dzisiaj już jestem przecież szósty dzień bez wody……… Ile jeszcze można tak wytrzymać?

Burza z przedostatniej nocy przyniosła lekkie ochłodzenie, a nawet powiedziałabym, że wczorajsze popołudnie było wietrzne i chłodnawe.
A dzisiaj też nie jest tak wspaniale, jakbym chciała, cóż, już pisałam, że po chudych latach przychodzą kiedyś te bardziej tłuste.

To miał być krótki wpis, a tu się jakoś tak rozpisałam i rozrzewniłam w dodatku.
Ale jak śpiewał ongiś Sthur „czasami człowiek musi, inaczej się udusi. U…………..”
Co prawda on nawiązywał do śpiewania, ja do czegoś innego, ale jakie to ma znaczenie? „U……….”

To tyle, idę dalej się z Mią uczyć. Fajnego dnia, może te chmury gdzieś sobie dzisiaj jednak znikną??

Znów koniec weekendu

 

A ten weekend był bardzo miły dla mnie, gdyż spędziłam go, jak już pisałam w Modlnicy. i razem z wielką gościnnością  Gospodarzy, również i pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, więc prawie całe dnie spędzałam sobie na zewnątrz, oddychając świeżym powietrzem.
Jednak jest wielka różnica między miastem i wsią, o czym przekonałam się wieczór, gdy po powrocie do Krakowa wysiadłam pod domem z auta. Od razu poczułam się, jakby jakiś smok(g) usiadł mi na piersiach, nie było czym oddychać, a zaduch był taki, że od razu zakręciło mi się w głowie.
No proszę, jak łatwo w ciągu dwóch tylko dni odzwyczaić się od miasta. Wiem, że znów się do tego niezbyt sprzyjającego mi klimatu się przyzwyczaić, nie będę przecież miała innego wyjścia, ale……… na razie łato mi nie jest.
Dzisiaj zaczyna się dla mnie bardzo frapujący i stresujący mnie czas remontu mojej łazienki. Nawet przyszła mi do głowy taka myśl, żeby na te 3-4 dni przenieść się do jakiegoś niezbyt drogiego hostelu, abym mogła mieć łatwy dostęp do kąpieli, bo przecież, gdy rozwalą mi dokładnie podłogę w łazience,nie będę mogła tam nawet z moją miską do mycia wkroczyć, może być niebezpiecznie, np może się całkowicie zawalić podłogi i wyląduje nagle u sąsiadów, piętro niżej. Ale czekam na plany ekipy remontowej i wtedy będę mogła podjąć odpowiednie kroki. Jak na razie odpadła mi jeszcze jedna, przyznam najlepsza koncepcja, by przez te dni zamieszkać w Modlnicy, ale niestety przyjechał tam na kilka dni teść Magdy, który będzie wraz z Jackiem robić ogrodzenie wokoło domu, więc nie miałabym wtedy gdzie tam spać.
Cholewka, wszystko razem sprzysięgło się przeciwko mnie.
Na znajomych też jakoś liczyć nie mogę, więc…..ale na razie pozostawiam ten problem. Może nie będzie tak źle?, może nie tak długo ten remont będzie trwał?

Dzisiaj około czwartej nad ranem przeszła nad Krakowem olbrzymia burza. Pioruny waliły jeden za drugim, a od błyskawic zrobiła się całkiem jasno.
Jeden z tych piorunów uderzył gdzieś chyba w okolicy mojej kamienicy, bo to on właśnie mnie obudził, z wrażenia aż z pozycji poziomej natychmiast przyjęłam pozycję siedzącą. Poczekałam jeszcze troszkę, aż burza nieco ustanie i z ostatnimi jej dalekimi pomrukami spokojnie jeszcze sobie zasnęłam.
Obudził mnie całkiem deszczowy, acz dosyć ciągle jeszcze mimo opadów poranek. W głowie mi się kręci z tego zaduchu i dzisiaj chyba bez kawy nijak się nie obędzie.
Dzisiaj przyszła do mnie Renia, będziemy razem więc robić porządki, bo ja do pracy dopiero na popołudnie idę.
Byleby tylko znów jakaś burza nie napotkała mnie po drodze.
Podobno jaki poniedziałek, taki i cały tydzień, więc życzę wszystkim miłego poniedziałku.

II-ga miesięcznica

Dwa miesiące temu, 14 kwietnia leżałam sobie na sali operacyjnej i o świecie w około nie wiedziałam. No oczywiście dopóki mnie nie wybudzona i „maltretowano” a to siedzeniem, a to spacerkami. Ciągle tylko słyszałam proszę nie spać a ja właśnie o tym najbardziej marzyłam.
Ale na szczęście ten „zły” przeminął niczym zły sen i dzisiaj jestem wesoła, szczęśliwa i o 20 kilogramów lżejsza.

Wczoraj rano pojechałam sobie do Modlnicy i całe szczęście, bo  było okropnie gorąco, a w Krakowie aż duszno. Temperatura przekroczyła aż 32 stopnie. Nareszcie było mi gorąco, bo do tej pory tylko ciągle marzłam. Zdrzemnęłam się troszkę na kanapie na tarasie i obudziłam się zlana potem, musiałam  ściągnąć bluzkę i siedzieć bez, nie dało się inaczej wytrzymać.
Mówię Wam, jak pięknie jest teraz w ogrodzie Magdy. Najpiękniej rozkwitły róże, nawet te kupione 2 miesiące temu, ale najpiękniejsza jest żółta róża, którą Magda dostała ode mnie rok temu na urodziny.


Prawda, że śliczna? A na tym krzaczku jest sporo takich pięknych róż.
W ogóle bardzo obficie krzaczki obrodziły w róże, z wyjątkiem tego białego na kiju, który na razie ma tylko małe pączki. Ale jeszcze kilka dni i one pięknie się rozwiną. A jak pięknie te śliczne róże pachną, gdy się nad nimi nachylałam, by je sfotografować słodki zapach mile łechtał moje nozdrza.
A tak w ogóle wszędzie wokoło jest kolorowo i cudownie, aż miło teraz na tarasie posiedzieć sobie i pomarzyć troszkę.
O czym? ano o wygranej w Lotka, tym razem nic nie wygrałam, ba nawet ani w normalnym Lotku, ani w Plusie szóstka nie padła. Ale może następnym razem??????? To oznacza tylko tyle, że znów powiększy się pula kumulacji……
Ale ile osób jest chętnych do trafienia takich szczęśliwych numerów…….
Ale teoretycznie to mogę być ja, czemu nie, ale co przyniesie praktyka?

Dzisiaj zapowiada się też śliczny i słoneczny dzień, chociaż podobno z ciut mniejszą temperaturą. Byłam już przed szóstą rano na tarasie, obserwowałam, jak budzi się słoneczko, a nieco chłodnawy jeszcze poranny wiaterek owiewał moje plecy. I pewnie na tym tarasie spędzę też, podobnie jak wczoraj miły dzień, a potem będę musiała tylko żałować, że znów muszę w te zadymione mury Krakowa powracać. Już jutro rano nie będę miała niestety możliwości wyjścia na taras i pełną piersią napawać się wspaniałym, świeżym oddechem, już moje oczy nie będą mogły podziwiać piękna wspaniałych wokoło kwiatów, zacznie się normalny, pracowity tydzień. I tylko znów będę oczekiwać dnia, gdy będę mogła ponownie odwiedzić gościnną Modlnicę.
Ale nie chcę tego dnia stracić na moich smutnych przemyśleniach, więc cieszę się, że przede mną znów piękna, letnia pora i te wspaniałe chwile.
Życzę wszystkim dzisiaj samych takich wspaniałych letnich (chociaż to wciąż jeszcze wiosna) uniesień

niestety……..

 

Aż nie do uwierzenia! Nagle wszystkie poziome rury w mojej łazience się skorodowały i nie mam nie tylko na najbliższy weekend, ale i na cały przyszły tydzień (jak i nie dłużej) mojego brodzika. Pozostało mi myć się tylko w misce, a tu w dodatku zapowiadają się wielkie upały.
Moje błagania, łzy i napady furii jakoś nie wzruszyły nikogo, nawet zastępczego mycia mi nie zapewniono. No to chyba pójdę sobie jednak do tej  Łaźni Miejskiej, albo…… wiem, nie pójdę i za to  sobie po śmierdzę troszkę, ciekawe jak domownicy ze mną wytrzymają……. 🙂
A tak na serio to byłam okropnie wkurzona wczoraj, bo przedwczoraj  przekonywali mnie, że to tylko będzie robota na 2-3 godziny, a tu wyszło całkiem inaczej. Co prawda Monika ma drugą łazienkę, ale z wysoką wanną, do której ciężko by mi było wchodzić, poza tym jest śliska, a ja boję się w niej wywalić (nie chcę złamać biodra, bo to byłby dla mnie koniec i klątwa 65 lat by i mnie mogła dopaść), a poza ty  wiem, że ani Mona, ani Tomek nie byliby wcale zachwyceni moimi kąpielami w ich łazience, więc nawet nie naciskam.
Ich nie naciskam, ale za to zaciskam mocno zęby (żeby nimi nie za bardzo głośno zgrzytać ze złości)) i  czekam na lepsze czasy, marząc, że moja łazienka już jest po remoncie i zaraz pójdę się do niej kąpać. Ale (jak na razie) to tylko marzenia ściętej głowy, rzeczywistość jest całkiem inna, bardziej bolesna. Dobrze, że przynajmniej piony w łazience dały się naprawić i chociaż mogę teraz korzystać z własnej ubikacji, HURRRA!!!!
Ale takie jest życie, jedni pławią się w luksusowych wannach, inni myją się (jak za Króla Ćwieczka) w miednicy.
Nie ma między nimi znaku równości, oj nie ma 😦
Ale powiedziałam sobie : take it easy Ewa, wierząc, że znów przyjdą dla mnie lepsze czasy, muszę tylko uzbroić się w cierpliwość.
Ale na wszelki wypadek muszę dzisiaj wysłać Lotka, bo znów jest kumulacja do wygrania, tym razem tylko pięć milionów złotych, ale dobre i to!!
Byle by tylko trafić tą szóstkę, może zaczarujecie jakoś?
Małe mieszkanko, gdzieś na Żabińcu……………
Małe, nie za bardzo ciasne, ale za to własne……….

Jestem po bardzo słabo przespanej nocy. Najpierw bardzo długo nie mogłam zasnąć, gdyż dokuczały mi różnego rodzaju fruwające owady, wszystkie leciały ku światłu, czyli monitorowi mojego komputera, po drodze siadając a to na moim uchu, a to na moim nosie, albo na mojej poduszce. Były różnego kształtu i różnej wielkości, od malutkich muszek po jakieś latające pająki, czy inne dziwne stwory, nawet nie wiedziałam, że jest tyle gatunków tych szkaradków.
Gdy wreszcie udało mi się zdrzemnąć, prawie zaraz obudził mnie skurcz stóp, znów musiałam wstać i chwilę pochodzić. Zażywam nawet specjalne lekarstwo, które polecił mi V.I.P na chorobę niespokojnych stóp, widocznie wczoraj nie zadziałało do końca. Albo było tak gorąco, że może i poziom magnezu nieco mi spadł, musiałam więc w nocy poobgryzać trochę tego minerału, zasnęłam dopiero około 4.30 rano, a już o 7.30 byłam na nogach, czyli jednym słowem, jestem całkiem niewyspana.
A tak w ogóle w sprawie lekarstw, to zażywam wg pana doktora diabetyka Glucophase tylko 2 razy dziennie ( nie jak wcześniej 3 razy), przed śniadaniem, by starczyło działanie na cały dzień i przed kolacją, by działał także i w nocy i……..cukier mam nadal idealny, dzisiaj rano miałam tylko 5,7, brawo Ewa!

Już  od samego  rana zapowiada się wspaniała lampa, upał ma sięgać ponad 30 stopni, więc chyba dzisiaj zbiorę się do Modlnicy, zawsze to trochę na świeżym powietrzu pobędę i może nie będzie tam aż tak gorąco jak w Krakowie, no i wykąpać porządnie się będę mogła…….
Życzę wszystkim przyjemnej i wspaniałej soboty.

całkowita rujnacja

Tak jak wczoraj  rano byłam jeszcze pełna nadziei co do mojej łazienki, już we wczesnych godzinach popołudniowych niestety przestałam być optymistką, a wieczorem, gdy dokładnie ją sobie obejrzałam, popadłam w skrajny pesymizm.
Pierwotnie planowano, że wymiana pionów wodno – kanalizacyjnych to rzecz nieomal bagatelna, ale okazało się, że w tej mojej ponad osiemdziesięcioletniej kamienicy rury nie były ani razu wymieniane, więc wszystko niestety jest w stanie rujnacji,  rury są przegniłe i pilnie wszystko trzeba wymieniać, Jak na razie mam tylko dwie olbrzymie dziury w łazience, ale zanosi się, że wszystkie płyty podłogowe będą rozwalane, podłogi kute, aby do tych rur się dostać. Jednym słowem koszmar, jak w jakimś horrorze, przyjdą, rozwalą mi łazienkę do końca, wyrwą płytki i….co dalej? Nie stać mnie teraz niestety na generalny remont, więc pewnie w łazience będę miała na ziemi beton. Mówię Wam, jestem całkowicie załamana.
W dodatku nie tylko nie mam w łazience klozetu (dobrze że jest mały, zapasowy, ale trochę dojście do niego jest utrudnione), ale przede wszystkim nie mam ani czynnej wanny, ani brodzika, więc musiałam się myć wczoraj w misce, jak kot jedną ręką. Najgorsze to to, że nie wiadomo kiedy te rury mi wymienią i kiedy będę mogła normalnie korzystać z łazienki, przecież nie mogę chodzić do łaźni miejskiej, by się umyć.
Wyć mi się od samego rana i z niepokojem czekam na godzinę 10-tą, gdy zapadnie wyrok, co dalej z tym będą robić. Wiele zależy od administracji, która pewno będzie obłożona wydatkami wymiany rur, ale pewnie i ja będę musiała pomyśleć o jakiejś pożyczce, czy co? Sama już nie wiem, co mam z tym zrobi. Ale także zależy mój dalszy los od inwestora, który ten remont przeprowadzi.  Chyba sobie jednak wezmę i umrę, bo to wszystko mnie przerosło!!!!!
Ja mam przekichany ten weekend i pewnie nie tylko sam weekend, ale wszystkim życzę dobrego dnia.
Świat jest czasami okrutny, zwłaszcza dla starszych osób!
Czy nie mógł by mnie ktoś stąd zabrać do jakiejś małej przytulnej kawalerki????

Róża i rocznica

 

 



Dzisiaj środa, więc nie może się obejść bez róży dla Ulki. Pozdrawiam Cię Ulu serdecznie i całuski z Krakowa przesyłam.
Dzisiaj krótko do Ciebie piszę, bowiem dzisiaj mam smutny, wspominkowy  dzień.
Dzisiaj, 10 czerwca przypada szósta rocznica śmierci  mojej ukochanej siostry Ani.

Anulko Kochana! Sześć lat to i dużo i zarazem mało. Dużo, bo kurz przykrył codzienność i czasami się na moment zapomina, ale szybko  przychodzi pora, szczególnie wieczorem, gdy spojrzę na Twoje zdjęcie, na Twoją uśmiechniętą buzię i wiem, że jesteś przy mnie.
Mało, bo ciągle jest  to krótki czas Twojego niespodziewanego odejścia, czas, który może trochę już mniej, ale wciąż boli.
Pozwól Aniu, że przytoczę tutaj fragment wiersza Księdza Twardowskiego, bo w nim jest zawarty sens naszego rozstania:

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego .

Musiałam przyzwyczaić się do tego, że już nigdy wieczorem do mnie nie zatelefonujesz, nie pogadasz, a na koniec nie powiesz, jak zwykle: „no to idź spać”.
Musiałam się przyzwyczaić, że nie mogłam z Tobą troszkę po obgadywać znajomych,  pożalić się, lub po prosty pokłócić, ot tak po siostrzanemu. Bo przecież nigdy nasza złość nie trwała dłużej. Pamiętam ten dzień, gdy siedziałam u siebie w pokoju w Krakowie, a Ty telefonowałaś do mnie siedząc na tarasie w Modlnicy i mi powiedziałaś „Ewa, taka tu jestem  szczęśliwa” Wiem, że bardzo kochałaś swój dom w Modlnicy, jego taras, ogród, zasadzone przez Ciebie i Kamilkę świerki, które teraz są takie już wysokie.
Ale powiedz mi tylko jedno, czy tam też jesteś taka szczęśliwa?? Bo przecież nie masz nas wszystkich koło siebie, Twoich dzieci, mnie…..
Staram sobie przypomnieć te nasze wspólne miłe chwile, nasze wyjazdy na kemping nad jeziora, wspólne  wyjazdy do Zawoi, wspólne święta spędzane najpierw w Krakowie, a potem w Modlnicy, wspólne kolędowanie (okropnie fałszowałaś!!!)  i te wspaniałe prezenty gwiazdkowe od Ciebie, Twoje uroczyste obchody jubileuszu sześćdziesięciolecia ….. Dlaczego musiałaś odejść?
Teraz już wszystko jest takie inne, Twój dom stoi co prawda, ale wieje pustką, Twój ogród niestety już nie ma tych pięknych kwiatków jak ongiś.
To tylko sześć lat i aż sześć lat Aneczko.
Musiałam się pozbierać, chociaż kiedyś myślałam sobie, że gdy umrzesz przede mną, nigdy się już nie pozbieram. Ale musiałam dalej żyć i wierzę, że to Ty na co dzień pilnujesz, abym zadbała o siebie, o swoje zdrowie…
Pytałam się przed chwilą, czy jesteś szczęśliwa? Teraz wiem – na pewno, mając koło siebie Ukochanych Rodziców i swoje Rodzeństwo: małą Kasię i Krzysztofa.
Ja też przecież kiedyś do was dołączę………… a potem i inni. I znów będziemy wszyscy razem. Taką mam nadzieję i głęboko w to wierzę.
Każdy z nas, tu pozostających bez Ciebie na swój sposób jest też szczęśliwy, ale ciągle jednak nam Kogoś brak…….