jak miło ta sobota mi przeminęła…..

Wczoraj spotkałam się, zgodnie z naszą umową, z koleżanką z Facebooka, z Mają. Nie znałyśmy się wcześniej, czasami tylko wymieniałyśmy się na Facebooku wiadomościami, ale akurat Maja była w Krakowie, więc postanowiłyśmy urealnić naszą  Facebookową  znajomość.

 

Niestety było chłodno. chociaż deszczyk nie padał, ale chmury straszyły możliwością opadów, jednak chwilkę posiedziałyśmy sobie na parkowej ławeczce rozmawiając ze sobą tak, jakbyśmy znały się już od dawna.

Mimo niezbyt dobrej pogody wczorajsze spotkanie z Mają było bardzo sympatyczne. Pochodziłyśmy troszkę po parku, dopiero wczoraj zauważyłam, ze w każdym zakątku parku posadzone są różne rodzaje kwiatków, w każdym inne. Coraz bardziej ten nasz park mi się podoba.

Właśnie wczoraj opowiadałam Mai o moich internetowych znajomościach z legendarnego już Polchatu, z pokoju 50 + (przepraszam za  ewentualne skojarzenia, ale jednak 50  plus to nie to samo co 500 plus). Wspominałam Uleczkę, którą poznałam właśnie w tym pokoju i wiele innych serdecznych mi  osób, z którymi co prawda kontakt teraz jest mniejszy ( czemu nam ten Polchat zlikwidowali   ), o naszych wspaniałych rozmowach na czatach ogólnych, śmiechach – chichach i kawałach, które sobie opowiadaliśmy, ale wtedy było wesoło.
Opowiadałam też o naszych krakowskich spotkaniach czatowskich, aż łezka w oczach mi się zakręciła.  Te balety w restauracji, a potem to nocne spotkanie na Rynku Krakowa, gdy jeszcze mimo późnej godziny działały ogródki kawiarniane….siedzieliśmy tam przy stolikach, popijając piwko, a jeden z kolegów grał nam ślicznie na gitarze. Niektórzy z balowiczów tak byli jeszcze rozbawienie, że mimo bólu stóp po całowieczornych tanach, nadal jeszcze na płycie Rynku w rytm tej muzyki podskakiwała.
Niektórzy co prawda  przestrzegają przed takimi internetowymi znajomościami, pewnie w niektórych przypadkach może i rację mają, ale jednak wiele naprawdę fajnych i cennych  przyjaźni tą drogą można pozawierać.
I dlatego bardzo się  cieszę, że wczoraj miałam okazję Maję poznać i mam nadzieję, że przy następnej Jej wizycie w Krakowie znów się spotkamy 🙂 

Uleczko, wiem, że czytasz mój blog, więc dzisiaj szczególnie Cię pozdrawiam serdecznie, bo wczorajsze moje spotkanie z Mają przypomniało nam nasze miłe spotkania i wspólne wieczory w czerwcowym Krakowie. Po prostu nie mogłam o Tobie Mai nie wspomnieć. 

Nie wiem, czy miałabym teraz na tyle siły, żeby reaktywować  takie spotkania, ale…… przyznam, że bardzo chętnie z wieloma osobami z Facebooka bym się spotkała, bo widzę ile naprawdę wspaniałych ludzi tam „urzęduje” 
Ale cóż, na to trzeba  nie tylko siły ale i czasu, a teraz jakoś mało osób ma na to stosowne okazje.
Ale cierpliwie poczekam, pewnie jeszcze nie jedna sympatyczna osobę, tak jak ongiś Ulę, Słonko, Agrafkę i innych, a wczoraj  poznałam  Maję.

A tym czasem już połowę roku 2018 mamy za sobą, szybko to półrocze nam zleciało, dopiero co był Sylwester….
Dzisiaj mamy pierwszy dzień miesiąca lipca. Co prawda niezbyt optymistycznie nas powitał, ale teraz już przynajmniej słonko na niebie obok chmurek się pokazało.
Tylko niestety nadal jest chłodno.

Za to muszę pochwalić się moją roślinką, którą sobie wyhodowałam. Kwiatek jest u mnie od wielu, wielu lat, był też i na Smoleńsk, a teraz dopiero mi po raz pierwszy  zakwitł.

Za rada mojej koleżanki z Facebooka poszukałam w Wikipedii i okazało się, że jest to ananasowiec, a dokładnie kuzynka ananasa jadalnego – guzmania. Podlewałam zawsze te rosnące liście i nigdy nie spodziewałam się, że doczekam się tak pięknego kwiatka. Może zakwitł, bo tak pięknie zawsze do niego mówiłam…
Zawsze rozmawiam z moimi roślinkami, mówię im jakie są piękne i jak się nimi bardzo cieszę.
Niestety bywa, że jednak jakaś roślinka ginie – tak mam teraz z kwiatkiem, który po przeprowadzce troszkę chorował, szczególnie, że przez nieuwagę został nadłamany, ale dzięki Reni został uratowany i tak pięknie mi rósł, puszczał wiele pięknych zielonych liści. Pewnie go „zaziajałam” tymi pochwałami, bo od pewnego czasu nagle zaczął ginąć, liście tworzą  się na nich  żółte plamy, a potem całkiem się zażółcają i opadają, jak jesienne liście z drzew.
Co prawda odrastają nowe, zielone listki, ale jakieś są takie marniutkie.
Smutno mi z tego powodu, bo ten  kwiatek zawsze napawał mnie optymizmem, a tu, mimo kilkukrotnej już pomocy Reni nie da się go chyba odratować.
Wyraźnie jakieś choróbsko toczy moja roślinkę. Dostał już nową ziemię, ale niestety też to nie pomogło.
No cóż, jak to w życiu bywa, coś się rodzi, coś umiera……. ce la vie……

Życzę Wszystkim przyjemnej i słonecznej jednak niedzieli, dużo radości z odpoczywania na urlopach i tylko z tego niedzielnego odpoczynku.