no to….

Po pracowitym bardzo dniu.


Ktoś,kto nie jest przy badaniach radiologicznych ,nie ma widać pojęcia, ile to nabiegać się przy nich  trzeba.


Oczywiście Jadzia ,jak zwykle nic nie wie,dopisuje liczbę badań do imentu,aż się nawet na nią dr. Łukasz o to dzisiaj wyzłościł.


Niepotrzebnie,tak będzie pamiętała tylko przez następne dwa dni……


Było,minęło,nogi tylko bolą.


Ale żeby było sprawiedliwie,a jej jutro  nie za wygodnie, pozostawiłam jej wszystkie kopie do chowania.


Nie ,to nie moja złośliwość , ( no,może troszeczkę?), ale już i z sił opadłam, a przedemną jeszcze podróż do domu, co oznacza,że wcześniej niewielki spacerek do autobusu muszę uskutecznić.


Na szczęscie dzisiaj nie zrobiłam żadnych zakupów i nie będę miała czego dźwigać.


Nie muszę też nigdzie się spieszyć,żaden serial dzisiaj mnie nie ściga,więc spokojnym kroczkiem przespaceruję się w ten jesienny, ciemno-mglisty  wieczór.


Jutro poraz ostatni w tym tygodniu wstaję przed piątą,pojutrze zamieniłam dyżury,więc spokojnie do godz 6 będę mogła się wyspać (idę rano na ŻABINIEC  w piątek,


czyli otwieram przychodnię dopiero o 8 rano,a poza tym, to jednak pół drogi bliżej,niż na tą wieś, do Kalmara


Co prawda ,w związku z tą zamianą , znów omija mnie w piątek mała doza ukulturalniania się -miałam iść z kolezanką Asią do teatru-ale trudno się mówi.


Ukulturalnienie pozostawię na inne dni ….



 

apropos LOVE STORY …

 


Ktoś usiłował mnie tutaj wczoraj przekonać,że istnienieje prawdziwa miłość.


Widziałam wczoraj taką zakochaną parę na przystanku autobusowym.


Czekaliśmy wszyscy na autobus.


On ją przytulał,co chwilę całował,ona oddawała mu pocałunki.


Idylla……


Wyobraziłam sobie tą samą parę za kilka,kilkanaście,kilkadziesiąt lat.


Ona chce się przytulić,on niecierpliwie ją odpycha i mówi : daj mi spokój,jestem zmęczony po pracy,lepiej daj mi coś do jedzenia,bo jestem bardzo głodny.


Po obiedzie (czemu ta zupa jakaś taka niedobra?,powinnaś zatelefonować do mojej mamy i dowiedzieć się, jak się robi porządną pomidorówkę  ) ona potulnie idzie do kuchni myć naczynia,on zalega na kanapie z pilotem od telewizora w ręku i szuka jakiegoś sportowego kanału.


Gdy ona  o coś chce go spytać, odrazu odkrzykuje,nie przeszkadzaj,nie widzisz,że mecz teraz oglądam???


Potem wstaje,woła,że chciałby nareszcie raz na jakiś czas dostać kolację o odpowiedniej porze,zajada ją więc siorbiąc i mlaskając,czasami również i bekając głośno,a na jej uwagę o jego zachowaniu, lubieżnie się śmieje: no wiesz,na południu beknięcie oznacza,że kolacja smakowała.


Potem rozrzuca skarpetki i brudne slipy (przecież żona jest od porządków) i nie umyty i nieogolony kładzie się do łóżka,ciężko zmęczony  „pracowitym dniem”.


Już po chwili rozlega się jego głośne chrapanie, które brzmi,jakby ktoś rąbał i piłował na zmianę drzewo….


Czy mam dalej opisywać swoją wizję małżeństwa?


Chyba wszyscy ją znamy,z własnego, czy sąsiedzkiego życia.


I gdzie tu mowa o miłości???


Zastanawiałam się niejednokrotnie, czy potrafiłabym jeszcze zaufać jakiemuś mężczyźnie???


Zdecydowanie mówię N I E.


Może życie solo ma pewne i utrudnienia , nie ma kto na przykład  żarówki wkręcić,albo należycie podłączyć do sieci telewizora,komputera i videa (ale mam całą masę kabli pokręconych ze sobą,nawet nie wiem,który jest do czego).


Ale generalnie jestem panią sama sobie,robię co chcę i kiedy chcę,nie mam żadnego dyktatu nad sobą.


Oj nie oddałabym tej wolności teraz za nic.


A szczególnie za bezpokryciowe obietnice.


Zresztą,o czym ja tu wogóle piszę???


i Tak ogonek wielbicieli jakoś do mnie się nie ustawia……..


Ale to było tylko takie  moje apropos.


A teraz uciekam do pracy.


Pa.