I znów mamy poniedziałek !


 

No tak, po weekendzie przychodzi taki dzień, w którym musimy zrezygnować z lenistwa, z tarzania się w domowym ciepełku i wypełzać na zimne ulice.
Pewnie nie wszystkim to się podoba, bo czas taki niezbyt korzystny przecież…wczoraj na przykład był dosyć spory i dokuczliwy wiatr, na szczęście nie miałam potrzeby na opuszczenie ciepłego domostwa. Tylko przez okno patrzyłam, jak łyse, bezlistne gałęzie, chwieją się, miotane podmuchami wiatru tam i z powrotem.
Co prawda w dzień nie padał deszcz, toteż znów rycerze w Parku się pokazali, aby chwilę powalczyć.
Za to wieczorem, na Rynku  w Krakowie, odbyła  się olbrzymia impreza gwiazdkowa, na której  występowali polscy bardziej, lub mniej znani artyści polskiej sceny.
A tu akurat wtedy musiał zerwać się olbrzymi deszcz, który trochę pokrzyżował plany organizatorom. Na szczęście artyści występowali pod dachem, a ich piosenki i kolędy tak rozgrzały słuchających ich Krakowian, że nikt z nich nawet nie myślał, żeby  gdzieś się przed nim chować się, czy tym bardziej uciekać do domu.
Oczywiście nie byłam na tej imprezie, nie lubię takich zgromadzeń, wolę je oglądać w TVP, najpierw na „dwójce”, a potem na trzecim programie.
Przyznam, że byłam trochę zawiedziona, bo wśród młodych kolędników miała występować też  siostrzenica Jacka, mała Zosia. Niestety takiego występu się nie doczekałam.. Widać „poważni artyści” nie dopuścili dzieci i młodzież do głosu, może i słusznie, kiedyś przyjdzie stosowna pora, że i one będą brylować na scenach, jeszcze nie nadszedł ich czas.
A może jednak i gdzieś tam jakąś kolędę dzieciaczki zanuciły, a to telewizja nie uchwyciła tego w swoim programie??
Tego nie wiem, jedno jest pewne, Zosi nie widziałam, chociaz bardzo się na jej występ nastawiłam.

Niedzielny dzień spędziłam sobie w spokoju i w ciszy, ale samotność wcale w niczym mi nie przeszkadzała.
Od czego jest komputer i telewizor, nie pomijając wygodnego tapczaniku i ciepłego kocyka. którym można się otulić, miękkiej podusi, do której wystarczy uszko przytulić i już znajduje się człowiek w tej lepszej, marzycielskiej rzeczywistości, spowitej błogim snem.
Ale wczoraj starałam się nie zajmować niczym, co do polityki jest zbliżone, trzeba od czasu do czasu zafundować sobie  odpoczynek i od tego tematu odstąpić, chociaz czasami się nie da, bo i polityka natrętnie wkręca się w nasze życie, szczególnie ostatnimi czasy.
Ale i dzisiaj też od niej postaram się odsunąć, tym bardziej, że dzisiaj jest dzień pracujący.
Pomału zaczynam już myśleć o świątecznych wiktuałach, jak na razie mam już zakupione wszystkie bakalie do masy makowej, potrzebnej do kutii.
Teraz konieczna jest wizyta na placu, by zakupić specjalny rodzaj pszenicy tzw kutii. Jest ona nieco drobniejsza i delikatniejsza od tego normalnego pszenicznego ziarna. Gotuje się ją podobnie jak każda kaszę, z tym, że jedną  noc wcześniej  trzeba zalać ją zimną wodą, żeby sobie nabierała płynu i pęczniała.
No, ale na gotowanie pszenicy mam jeszcze trochę czasu.
Zawsze ugotuję jej trochę za dużo, więc przynajmniej potem mam zapewnione dwa śniadanie z pszenicą , jem ją tak jak owsiankę, czyli z mlekiem.
Trochę będę miała kłopoty jednak z tym daniem, bo moje brzusio mleka nie za bardzo przyswaja, będę musiała kupić inne mleko, na przykład kokosowe lub sojowe. Zobaczymy, może inny rodzaj mleka nie da mi złych rezultatów?
No i właściwie nic ciekawego się więcej nie działo, coby w moim blogu opisać się dało.
Mogę tylko wspomnieć, że wczoraj rycerze znów w Parku sobie zbrojami władali, ku uciesze nielicznych spacerujących, bo pogoda nie była raczej spacerkowa.
Ale rycerze cóż, to młodzi i wytrwali ludzie, im żadna pogoda straszna nie jest, szczególnie, gdy są zapaleńcami w rycerskich potyczkach.
Patrzę przez okno: szaro, buro za nim, słońca nie ma, zapowiadają nawet lekkie opady deszczu a i temperatura niezbyt korzystna, tylko plus pięć stopni.
Ale jakoś ten poniedziałek przeżyć trzeba, chociaż kostki moje mówią, że łatwo nie będzie.
Czyżby takie reumatyczne kłopoty miały mnie nękać przez całą zimę????
Co prawda ostatnio reklamują podobno rewelacyjną maść diclofenacum fastum, która działa rozgrzewająco i przeciwbólowo, ale czy ja wiem, czy rzeczywiście jest  ona taka dobra? Jeszcze mam resztkę tej maści przywiezionej przez VIP-a, Alpen Krauter Balsam, przynajmniej nią to bolące lewe kolano sobie posmaruję, ale czy pomoże?
Chirurg – ortopeda pracujący w naszej przychodni pouczył mnie, że nie powinnam pozwolić sobie na iniekcje sterydowe do kolana, bo sterydy bardzo niszczą stawy. Są za to specjalne medykamenty, zbliżone do tych naturalnych składników znajdujących się w stawach, ale takie zastrzyki są okropnie drogie, jeden kosztuje około 600 – 800 zł. Jest to suma  nie na emerycką kieszeń na pewno, zresztą i nawet ten pracujący też nie bardzo chętnie taką sumę by wydał. Skąd w ogóle biorą się pomysły na sprowadzanie tak drogich lekarstw?
Biednemu to tylko wiatr w oczy……a raczej w…kieszeń.

Życzę przyjemnego poniedziałku i przyjemnego całego tygodnia.
Dla mnie będzie on na pewno fajny, szczególnie jego koniec. Czekam niecierpliwie więc do piątku i odliczam już każdy dzień.