zaczynamy od kawy….

 

Zdecydowanie dzisiejszy dzień rozpoczynamy kawą, chociaz pogoda wcale nie jest taka zła, nawet słonko świeci……
Ale kawa to jest jednak napój życia, przynajmniej mojego życia, więc dzisiaj wszystkich Was nią częstuję 🙂

Byłam wczoraj na tym badaniu EMG w Szpitalu Rydygiera. Jednak zdecydowałam się na dojazd  tam taksówką i bardzo dobrze zrobiłam, bo i tak prawie że zdążyłam się spóźnić na badanie. A  przyczyną tego wszystkiego było to, że….zgubiłam się w tym wielkim kolosie, jakim jest ten Szpital.
Niby są informacyjne tablice przy wejściu i w windzie, ale zaufałam im i…zwiedziłam kilka pięter, zanim trafiłam na to odpowiednie drugie piętro.
Na szczęście moje spóźnienie zmieściło się w przedziale 5 minut i zostałam przyjęta.
Samo badanie jest bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne, podłączone są dwie elektrody do ręki i potem odpowiednią jeszcze jedną elektrodę przykłada się do kilku punktów na ręce, wtedy czuje się prąd, który „kopie” A takich pomiarów było kilka i za każdym razem podskakiwałam razem z moją ręką do góry, lekko postękując. Cóż, nigdy na żaden ból, nawet ten najmniejszy, nie byłam odporna. Potem jeszcze poszłam aż na 11 piętro zapłacić za badanie, trochę czasu tam zmitrężyłam, bo pani była bardzo zajęta innymi sprawami, ale wreszcie zapłaciłam za badanie i dowiedziałam się…… że muszę teraz czekać na fakturę, bo z kolei pan wypełniający faktury zajął się gorliwie sprawami szpitalnymi i dla mnie nie miał czasu A ja już marzyłam po prostu wyjść z tego szpitala i sobie iść precz.
W końcu pan zgodził się, żeby przesłać  mi fakturę na adres domowy (a właściwie po co mi ta faktura????), więc poszłam do windy i przypomniałam sobie właśnie wtedy, kiedy ostatnio byłam w tym Szpitalu. To było jakieś 12-15 lat temu, gdy moja siostra leżała na oddziele dermatologicznym z różą na nogach i tam ją odwiedzałam. I znów wróciły te wspomnienia………
Wreszcie udało mi się jakoś ten szpital opuścić (nigdy więcej!!!), wyszłam na zewnątrz, zapaliłam papieroska i włączyłam, ku pokrzepieniu ducha, swoje Pokemonki. Pierwszym Pokemonkiem, który mnie odwiedził, był  słodki Pikachu, od razu humorek mi się poprawił.
Wolnym krokiem powlekłam się przed siebie, bo jak już pisałam, wcale tej okolicy nie znam, a dowiedzieć się czegokolwiek od kogokolwiek graniczy prawie  z cudem.
Ale nareszcie jakaś pani wskazała mi drogę na przystanek tramwajowy. Wsiadłam więc do tramwaju, który zawiózł mnie w „moje okolice”, czyli na Aleje, na miejsce, gdzie zwykle wsiadam do autobusu 164. Już jakoś szczęście mnie nie opuszczało, bo mimo, że zarówno tramwaj linii 14, jak i autobus linii 164 rzadko jeżdżą, ani na jeden nie czekałam dłużej niż 5 minut.
Ale i tak zmarzłam, byłam zmęczona, więc po dotarciu do przychodni rzuciłam się wprost na gorącą herbatę i wypiłam jej aż dwa kubki, jeden po drugim.
Trochę  zmęczenie mnie opuściło, więc mogłam zabrać się spokojnie  do pracy.
Za to już wieczorem byłam całkowicie padnięta i właściwie po przyjściu do domu, prawie że od razu wskoczyłam do łóżeczka.
To wczesne spanko zaowocowało nocnym budzeniem. No i może tym razem dobrze się stało, bo przypomniałam sobie, że mam nienaładowane baterie w moim aparacie fotograficznym, który będę potrzebowała na dzisiejsza imprezę. A wiec było nocne buszowanie w poszukiwaniu ładowarki do baterii, gdzie ona do licha leży, wiem, gdzie trzeba ją było szukać w starym mieszkaniu, ale tu, w nowym?? Na szczęście przyszło olśnienie, że pewno w koszyczku, który leży…. no właśnie, gdzie jest ten koszyczek?, aha w moim schowku w kuchni !
Wszystko dobrze się skończyło i baterie zostały naładowane, a teraz ładuję tez i te zapasowe, bo coś strasznie szybko się one  wyładowuję, nie rozumiem czemu. Ale już wcześniej miałam podobne kłopoty, ale nigdy nie mam czasu dojść do punktu, w którym te aparaty naprawiają. Mam nadzieję, że jednak kilka zdjęć uda mi się dzisiaj zrobić. A gdzie? Dzisiaj mamy następną Firmową Wigilię. A przecież tamta była tak niedawno…
Pamiętam, jak pieczołowicie do niej się wtedy przygotowywałam, chciałam zabłysnąć i to mi się udało.
W tym roku jest troszkę inaczej, bo ile razy można błyszczeć – zostawiam ten splendor dla innych. Zresztą mój humor nie jest najlepszy, bo jaki może być, gdy ciągle boją wszystkie kostki? Tak źle jeszcze nigdy nie było, teraz dosłownie co dwa dni muszę zażywać ten Nimesil, żeby jakoś egzystować.
Dzisiaj rano tez już wypiłam to moje zbawienne  lekarstwo i już czuję jak to ogólne zdrętwienie całego organizmu pomału mnie opuszcza. Mam nadzieję, że do wieczora wszystkie bolączki na te miłe, wspólne gwiazdkowe chwile mnie opuszczą i jednak będę się dobrze czuła.
Tym bardziej, że jak już pisałam powyżej, pogoda jest całkiem przyzwoita, tylko dlaczego te kości mi dokuczają? nie rozumiem.
Czy tak już będzie zawsze???
Życzę wszystkim miłego piątkowego dnia i dobrego odpoczynku na cały weekend.