Dzisiaj Wielki Piątek

 

Dzień zadumy, dzień rozmyślań, dzień postanowień.
Czy naprawdę jestem dobrym człowiekiem?
Czy czasami złe myli, złe słowa nie są dominantem w moim życiu?
To jest taki jeden z najważniejszych dni w roku, pogranicze życia i śmierci dla każdego z nas, który w ferworze prac przedświątecznych chociaż na chwilkę może się zatrzymać i pomyśleć: co dalej? Którą mam iść drogą?
Nie jest to wcale łatwy dylemat, bo tyle pokus na naszej drodze codziennie staje, tyle przeciwności i nie zawsze potrafimy z nimi dać sobie radę.
Ale każdy z nas w chwili swoich narodzin dostaje swój krzyż, który musi nieść przez całe życie, mimo, że często jest to bardzo niewygodne, mimo, że często on nas uwiera. Czy warto więc tak się męczyć? Warto!!! bo właśnie w Wielki Piątek umierający za nas na Krzyżu Chrystus pokazuje nam, że nasze cierpienie będzie odkupione, w nagrodę otrzymamy życie wieczne.
Więc jeżeli jesteś człowiekiem wierzącym, wycisz się chociaż na chwilę, uspokój swoje stargane często nerwy, powściągnij swój rozum, swój język i przeproś Boga za wszystkie swoje nieprawości, przyrzeknij, że postarasz się coś zmienić w swoim życiu na lepsze, ale nie kiedyś tam, w nieokreślonym bliżej terminie, ale już dzisiaj, teraz, chociażby uśmiechem, czy dobrym słowem do bliskiej Ci osoby i słowami przepraszam, wybacz mi.
To niby tak nie wiele, a ile znaczy. I wiem, że nie jest to wcale czasami takie łatwe, bo jesteśmy tylko ludźmi niedoskonałymi,  uległymi  różnym uchybienia, ale może właśnie to dzisiaj jest ten dzień, który chociażby w minimalnym stopniu potrafi nas zbliżyć do umierającego na Krzyżu Jezusa, by za trzy dni wraz z nim czcić tryumf Jego zwycięstwa, które będzie poniekąd i naszym zwycięstwem.

Dzień 14 kwietnia jest ważnym dla mnie dniem, bo 2 lata temu, o tej porze leżałam na stole operacyjnym i poddawana byłam operacji bariatrycznej.
Dzisiaj też myślę o tamtym kwietniu, o moich obawach w związku z zabiegiem i o moich nadziejach, które w związku z nim ponosiłam.
I udało mi się, jeszcze raz mówię, że nie żałuję tej mojej decyzji, chociaż wczoraj wspominając ten dzień z Maćkiem mówił mi, że jednak było spore ryzyko związane z tą operacją, ponieważ właśnie bardzo często przy takiego typu zabiegach  dochodzi do zatorów.
Na szczęście mnie to nie spotkało i chociaż od ostatniej wagi małe „co nieco” mi przybyło, ale i tak nie ma porównania do wagi wyjściowej.
Nie, nie przybyło mi aż tak bardzo wiele, może tylko teraz powinnam bardziej uważać, aby jednak zapanować nad swoją wagą, nie pozwolić jej powrócić do starych wymiarów.

Wczorajszy dzień nie był jednak dla mnie najszczęśliwszy, ponieważ nie udało się pobrać mi krwi, była tak gęsta, że natychmiast robiły się skrzepy.
Po prostu za mało jednak wypiłam wody, zaraz po świętach pójdę raz jeszcze na badania, ale  dwa dni wcześniej będę musiała wypić  każdego dnia po całej butelce wody mineralnej, żeby się dobrze nawodnić. Jedynym rezultatem mojej wczorajszej wizyty w przychodni jest krwiak, który zrobił mi się na ręce, bo podczas pobierania krwi żyła sobie po prostu pękła.
Również i zakupy też nie były najszczęśliwsze, bo po pierwszego nie udało mi się kupić takiej wędliny, jaką zaplanowałam, a po drugie nie wiedzieć czemu nagle okazało się, że nie ma w sklepach fig, które chciałam użyć do mojej paschy, nawet V.I.P. szukał ich w Tesco i niestety tam tez były niedostępne.
Cóż, muszę się obejść bez fig, mam za to jeszcze i rodzynki i daktyle, skórkę pomarańczowa, orzechy, migdały, tak więc pascha na pewno nie straci wiele na smaku.
Ale jednak nie do końca pech mnie prześladował. Oczywiście Maciek wraz z Darką przyszli do mnie wczoraj wieczorem i okazało się, że na szczęście nie była to żadna potężna awaria piecyka, tylko przy sprzątaniu poprzedniego dnia została przesunięty  suwak przy piecyku dopuszczający gaz i w związku z tym zgasła świeczka w piecyku. Co prawda zauważyłam ten błąd i przesunęłam ten suwak z powrotem, ale…właśnie nie nacisnęłam iskrownika i świeczka nadal była niezapalona. W sumie to dobrze, że ten piecyk ma iskrownik mechaniczny, a nie na baterię, jak na przykład było na starym mieszkaniu i co jakiś czas trzeba było tę baterię wymieniać.  Ale na błędach człowiek się uczy, teraz już wiem co zrobić, gdyby sytuacja się powtórzyła.
Przykro mi tylko, że niepotrzebnie zawracałam głowę Maćkowi, który był bardzo zmęczony po całym dniu pracy, ale jednak przyjechał, aby mi pomóc.
No ale skoro Maciek  już był, poprosiłam go jeszcze o usunięcie usterki w mikrofali, w której nagle talerz nie chciał się obracać, na szczęście moja Złota Rączka i z tym sobie poradziła. Jak to dobrze, ze mam i Magdę i Maćka, którzy zawsze mi w moich kłopotach pomagają.
Właściwie nie powinnam się dziwić, że nic mi się wczoraj  nie udawało, przecież jakby nie było, był to trzynasty, pechowy dzień miesiąca, co prawda nie piątek, ale jednak niepowodzenia mi się w nim zdarzały.
Ale dzisiaj już będzie lepiej, przynajmniej mam nadzieję na powodzenie w moich kulinarnych poczynaniach, które mam na dzisiaj zaplanowane. Muszę zrobić dwie sałatki, jedną jarzynową, a drugą z selera i ananasa, no i oczywiście muszę przygotować paschę.
Jarzynki już wczoraj sobie ugotowałam, dzisiaj tylko ugotuje jajka i zacznę krojenie tych wspaniałości, które potem zamienia się w wyborną (mam nadzieję) sałatkę.
Zimno dzisiaj i deszczowo,  na szczęście nie muszę już robić dzisiaj zakupów, bo wszystko mam już zakupione i przygotowane do obróbki, ale kto wie, może jednak okazać się, że jakiegoś szczególiku mi zabrakło????
No to życzę wszystkim spokojnego i refleksyjnego dnia.