Idę do pracy

 

Tak, tak IDĘ DZISIAJ DO PRACY.

Nareszcie po urlopie, koniec domowego lenistwa, dzisiaj zaczyna się dla mnie pracowity dzień.

Zupełnie czuje się tak samo, jak przed xxx laty, gdy po raz pierwszy poszłam do pierwszej

klasy.

Byłam bardzo odważną dziewczynką, na wielkiej sali gimnastycznej ( a dla malucha wydawała

się ona bardzo, bardzo duża) zrobili zlot wszystkich pierwszaków i ich rodziców.

Pani dyrektor nas pięknie powitała, a potem spytała, które dziecko chce powiedzieć wierszyk?

Nie zastanawiałam się wcale długo, szybciutko wyszłam na środek , pięknie się ukłoniłam

i zaczęłam recytować „w pokoiku na stoliku stało mleczko i jajeczko, przyszedł kotek wypił

mleczko, a ogonkiem stłukł jajeczko”. Nie miałam żadnych zahamowań, nie pomyliłam się ani

 razu i bardzo dumna z siebie wróciłam na swoje miejsce.

A dlaczego napisałam, że byłam odważna?? Bo to był mój pierwszy taki kontakt z większą

częścią widowni, wcześniej nie chodziłam do przedszkola, byłam rozpieszczana przez Mamę,

Babcię i Nianię ukochaną PANNANUSIĘ, więc moja odwaga była naprawdę godna pochwały.

Potem weszło mi to już w krew, bo zawsze brałam udział w przedstawieniach na zakończenie

roku, a ponieważ byłam chórzystką, i nieźle śpiewałam ( to nie tak jak teraz, gdy w kościele

zaczynam śpiewać wszyscy się na mnie oglądają i  jestem zmuszona wtedy przestać

śpiewać ) – często dostawałam wtedy  role solowe.

Byłam między innymi Kaczką dziwaczką z moim solowym występem „Kudkudak, a ja owszem,

a ja tak”, albo Jasiem pastuszkiem i śpiewałam „A za lasem wołki moje, za lasem).

To były wielkie przeżycia, takie przedstawienia odbywały się w prawdziwym teatrze,

na ogół w pobliskim teatrze Groteska, raz czy dwa razy nawet w wielkim teatrze im.

J.Słowackiego. Do dzisiaj pamiętam te emocje w garderobach, gdy panie robiły nam

teatralny makijaż ,a potem ubierałyśmy nasze stroje i z biciem serca czekałyśmy na

dzwonek, znak, że nadeszła nasza pora występu. No i potem z sercem na ramieniu

wchodziło się na scenę, nieco stremowane, oświetlane silnym snopem jupiterów

i……. cóż, trzeba było swój repertuar przedstawiać.

A dlaczego śpiewałam w chórze? Owszem, miałam też w szkole rytmikę, ale do dzisiaj

pamiętam, jakim wielkim trudem  jako żabka miałam w podskokach przemierzać

scenę, na szczęście pani opiekująca się naszymi występami w porę zauważyła, że żabki

raczej ze mnie nie zrobi i przekierowała mnie do chóru no i tak już do końca szkoły pozostało.

Oczywiście te przedstawienia obejmowały uczennice z nieco starszych klas, maluchy nie były

raczej do występów dopuszczane.

A co jeszcze pamiętam z tej mojej pierwszej klasy?

Miałyśmy naprawdę wspaniałą   wychowawczynią panią Kazię, która nam dla

do dania chęci do nauki rysowała w zeszycie serduszka obok piątki. Och, te serduszka,

jaka to była radość, gdy pani takie umieściła w zeszycie, od razu świat stawał się piękny

i słoneczny. W pierwszym dniu nauki dziewczynki ( bo to była szkoła tylko żeńska, tak, tak,

dawniej nie było koedukacji, osobno były szkoły żeńskie, osobno męskie), wiec

dziewczynki nie wiedziały, że podczas lekcji należy grzecznie siedzieć w ławkach i słuchać,

więc łaziłyśmy po całej klasie i z trudem nas pani z powrotem w ławkach usadzała.

Tak samo nie mogłam zrozumieć, czemu podczas lekcji nie wolno jeść śliwek, zapach

i smak tych węgierek  zjadanych podczas moich pierwszych  lekcji, do dzisiaj jeszcze

pamiętam. Tak samo, jak te szlaczki, które rysowało się  w zeszytach w pierwszych dniach

nauki, albo znienawidzoną przez zemnie kaligrafię ( taki przedmiot kiedyś bywał), czy pisanie ze

słuchu, albo jeszcze gorzej z pamięci, niewielki tekst pani zapisywała na tablicy, trzeba go

było zapamiętać, potem tablica była zasłaniana i trzeba było wszystko z pamięci przepisać do

zeszytu, koszmar, zawsze coś tam się przecież z tekstu nie zapamiętało do końca, ile łez

przy tym było, bo każdy starał się napisać jak najlepiej oczywiście.

No a potem poszło już  ” z górki”, człowiek pomału przywykł do obowiązków i tak już

do dzisiaj pozostało i trwać jeszcze będzie, aż  prawie do śmierci.

Ale wszystkie te wspomnienia ze szkoły, przede wszystkim tej podstawowej, w której nauka

trwała siedem lat, potem liceum, które trwało 4 lata – taki wtedy właśnie wtedy był

proces nauki młodzieży (  nauka w technikum trwała,  jak pamiętam pięć lat.)

Po maturze ( ach ta studniówka, ach ten komers) uczęszczałam do szkoły, która teraz

już praktycznie nie istnieje,  dwuletnia  pomaturalna Szkoła Techników Elektroradiologii.

Wspaniałe mam i stamtąd wspomnienia: to był stary, poklasztorny budynek, tzw

sławna krakowska „Koletańska Uczelnia” „, albowiem na ulicy Koletek w Krakowie się

mieściła, dzisiaj tam jej już nie ma, a licencjat z radiologii robi się teraz w całkiem innej

krakowskiej szkole.

Strasznie mnie na wspomnienia z okazji rozpoczęcia roku szkolnego wzięło, sentymentalne,

trochę łzawe, trochę z uśmiechem, a piszę to dla tej młodzieży właśnie, aby wiedziały, że

kiedyś też z uśmiechem i łezką w oczach wspominać swoją budę będą…..

No to dotarłam szczęśliwie do końca moich wspomnień, chociaż pewno nie jedno jeszcze

by się tutaj zmieściło, niestety czas nieco mnie ogranicza, pomału trzeba do obowiązków

swoich brać.

Uczniakom życzę powodzenia w szkole, pracującym w pracy, a tym jeszcze, czy dopiero

się urlopującym  miłych błogich chwil, bo niedługo będą je tak jak i ja dzisiaj  wspominać jako

byłe.

„Ale to już było i nie wróci więcej” –  wróci, wróci, prawie za rok.

P.S. Czarny kot na szczęście

Reklama