wczoraj szczęście, dzisiaj szczęście…

 

Dzisiaj to chyba wszystkim wiadomo, skąd tyle szczęścia na mnie spada. Tak jest przecież w każdą środę, gdy najpierw zamieszczam dla Ulki śliczną różę,  a potem niecierpliwie czekam, kiedy dostanę od Niej odpowiedź. A każda Jej odpowiedź jest tak miła i serdeczna, że od razu moje serce się raduje, a uśmiech rozjaśnia me oblicze od ucha do ucha.
Tak samo jest i dzisiaj Ulu! Pozdrawiam Cię bardzo, bardzo serdecznie ze słonecznego Krakowa. Co prawda już nie takiego okropnie gorącego, jak jeszcze tydzień temu, ale za to można spokojnie sobie po Rynku pospacerować.
Wiesz, ile wspaniałych piwnych ogródków i kawiarenek jest teraz na Rynku? Całe mnóstwo, wszędzie pełno ludzi, cieszą się, że mogą podziwiać to, co się akuratnie na Rynku dzieje, a dzieje się tu zawsze sporo. Ale myślami oczywiście wracałam do takiego jednego kawiarnianego ogródka, umieszczonego na rogu Rynku i ul św. Jana, pamiętasz??? Na pewno pamiętasz. Co prawda nie poszłam w to miejsce wczoraj, bo samotnie nie byłoby sensu tam usiąść, ale wspomnienia same na myśl przyszły.
Pamiętaj, moje zaproszenie do naszego kawiarnianego ogródka jest ciągle aktualne.
Nie byłam ostatnio w Modlnicy, wiem nie mogłam stamtąd przesłać Ci róży dzisiaj, ale za to wynalazłam w necie tę, także bardzo piękną, bijącą świeżością, jakbym dopiero co ją w ogródku dla Ciebie zerwała i z uśmiechem i całuskami radośnie Ci dzisiaj tutaj przekazuję.
Same radosne, wciąż jeszcze letnie pozdrowienia z Krakowa  posyłam Ulu,  życząc Ci wszystkiego najlepszego na każdy następny dzień.
Co prawda już powyżej  raz Cię pozdrawiałam, uśmiechy i całuski posyłając, ale tych „składników” chyba jednak nigdy nie jest  za wiele.

No a teraz trochę o dniu wczorajszym. Otóż po pracy umówiona byłam z panią Krysią i panią Elą, więc zrobiłam wreszcie sobie porządek i z nogami (pedicure) i z włosami, czyli „byłam pod kosiarką” i teraz mam znów krótką fryzurkę. Co prawda na farbę jakoś nie mogłam się zdecydować, ale już sama nowa fryzurka od razu poprawiła mi humor. Co do ewentualnego koloru włosów, muszę się jeszcze skonsultować z Magdą, sama boję się ryzykować, a co dwie głowy, to nie jedna!

Oczywiście w związku z tym zabiegiem na stopach od razu nogi przestały mnie boleć i same potem poniosły mnie na Rynek, gdzie akurat odbywała się Cepeliada, a więc były i występy regionalne, kramy, całe mnóstwo osób, a z każdej strony roznosiły się drażniące mój nos zapachy grilowanych i smażonych specjałów.
Ale nie dałam się skusić, bo…. pamiętałam o moich nowych zasadach, a poza tym  ceny były wprost zabójcze.
Na przykład porcja odsmażanych pierogów, różnych zresztą smaków, w ilości 6 pierogów na porcję kosztowała 18 zł – obłęd, 3 zł za jednego pieroga????
No, może chciałam skusić się na szklankę naturalnego soku, z wyciskanych  na oczach klienta pomarańczy, ale postanowiłam, że nie dam się oszukać i nie dam 12 zł za niecałą szklankę tych pyszności. Jednym słowem rozbój w biały dzień. Dziękuję, nie skorzystam!
Oczywiście same różności można było na tej Cepeliadzie kupić, ale moją uwagę przykuł olbrzymi bochen chleba, który można było kupić w całości, lub w kawałkach.

Pięknie się prezentował, prawda?

Oczywiście ani takiego bochna, ani nawet kawałka tego chlebusia nie kupiłam, ale za to z radością go na zdjęciu uwidoczniłam.
Na chwile przycupnęłam nawet na kamiennej ławce umieszczonej na środku Rynku, ale harmider, który wokoło się rozchodził i te wszelakie zapachy grilowanych potraw szybko mnie z Rynku przegoniły. Wolałam przejść na pobliskie Planty, gdzie już w ciszy mogłam sobie trochę posiedzieć na ławce i spokojnie poczytać gazetę.
Przyznam, że wróciłam naprawdę bardzo szczęśliwa, bo tak dawno nie byłam już na Rynku (chociaż wcale nie mam daleko) i tak dawno nie siedziałam na Plantach. I co najważniejsze, wcale nie czułam się zmęczona, bo wiał lekki, nieco chłodnawy wiaterek, ale bardzo przyjemnie orzeźwiał moje już przepalone słonkiem ciało.
No i co najważniejsze, wcale nie bolały mnie nogi, a nawet nie bolała mnie głowa. Czy czegoś więcej do szczęścia potrzeba????
Tak, ten wtorek był naprawdę bardzo miłym i sympatycznym dniem, no może nieco był „boleśnie” zaakcentowany niezbyt miłym procesem usuwania różnych nieprawidłowości na moich stopach, a już na pewnego tego wielkiego, umieszczonego poniżej palców prawej stopy bolesnego dosyć  odcisku, który jest tak głęboko zakorzeniony, że praktycznie jest nie do usunięcia. Ale nawet częściowe jego zniwelowanie przynosi mi ulgę, co widać było właśnie wczoraj na moim  spacerku po Rynku Głównym.
W sumie biedna jestem, bo nie dość, że dokuczają mi zmiany zwyrodnieniowe stóp (wczoraj akurat było O.K. bo byłam po swojej porcji zbawiennego Nimesilu), to jeszcze te odciski……. całe szczęście, że  chociaż tych kilogramów jest mniej do dźwigania. Za to, co ciekawe w ogóle nie dokuczał mi podczas spaceru ani kręgosłup, ani nawet kolana nie dawały o sobie „znać”.
A dzisiaj musiałam wstać bardzo wcześnie, albowiem Renia przychodzi dzisiaj ogarnąć mój pokój i łazienkę, będziemy też jeszcze odkładać rzeczy, które nadają się do oddania w inne ręce. Więc będę miała raczej zajęte  całe przedpołudnie.

Życzę wszystkim bardzo miłej środy. Nareszcie jest taka pogoda, jak lubię, świeci od rana słonko, niebo jest niebieściutkie bez żadnych chmurek, a temperatura powietrza jest typowo polska, czyli waha się od 15 do 20-25 stopni.
I tak trzymać