poznajemy lądy nieznane…..

 

 

Zmieniłam zdanie: życie jest zbyt piękne, żeby umierać. Postanowiłam więc: będę żyła ponad 100 lat! Więc proszę mi nie życzyć następnym razem stu lat, tylko co najmniej 500 lat, jak matuzalem.

Wczoraj byłam prawie że w euforii. To był niezwykle udany dzień, jak już dawno tak udanego nie miałam!
Oczywiście spory wpływ miała przepiękna, słoneczna pogoda, ale nie tylko.
Po spacerku do i z pracy pojechałam na umówione spotkanie w restauracji Mangia na Czerwonym Prądniku.
Oczywiście z powodu sporego upału siedziałyśmy w przepięknym letnim ogródku.
Było tam bardzo miło, tylko jakaś jedna osa ciągle się nam naprzykrzała, poprosiłyśmy więc  ją grzecznie, żeby sobie odfrunęła, bo wcale nie chcemy z nią się zaprzyjaźniać i…….o dziwo, rzeczywiście gdzieś sobie pofrunęła w inne miejsce i więcej już nie zaglądała w nasze talerze.

Zamówiłyśmy takie wspaniałe danie:

To był rostbef wołowy na zimno z sałatką ziemniaczaną (tę ledwie spróbowałam) z ogóreczkiem konserwowym i pieczarkami konserwowymi a to tego podana była musztarda, chrzan i żurawina. Pyszne to było, przepięknie jak widać podane, ale porcja była zbyt dla mnie „obszerna”
Na deser podano owoce, ale niestety się nie zmieściły w moim i tak już przepełnionym brzuchu, ale za to nie pogardziłam filiżanką pysznej białej kawy, no i oczywiście wodę mineralną, albowiem było wczoraj bardzo gorąco.
Oczywiście nie mogłyśmy się z Magdą nagadać (jak to kobiety…), ale niestety Magda ma dosyć napięty grafik spotkań tu w Polsce, niebawem znów wyjedzie do Włoch i pragnie z jak największą liczbą znajomych się spotkać.
Ale umówiłyśmy się na  jeszcze jedno spotkanie przed Jej wyjazdem, no i mam nadzieję, że nasz kontakt później też  nie zniknie. Miło jest mieć tak naprawdę sympatyczną, serdeczną  i zorganizowaną koleżankę, nawet, gdy jest Ona daleko…..
A ponieważ wiem, że Magda czyta mój blog (przecież tutaj „spotkałyśmy się” nie tak dawno), więc pozwólcie, że  i tutaj  powiem: dziękuję Ci Magda za wspaniałe wspólne popołudnie, dla mnie będzie ono niezapomniane. I zawsze będę wiedziała, że wkrótce znów przyjedziesz do Krakowa i znów się spotkamy…..

Przyznam się do jeszcze jednego małego grzechu, który wczoraj „popełniłam” Otóż wczoraj były urodziny naszej Julki i z tej okazji zjadłam małą, malutką porcyjkę lodów. Ach jak smakowały, wiadomo, zakazany owoc smakuje najbardziej. Ale potem spore  wyrzuty sumienia jednak miałam…….
Dzisiaj za karę będę musiała chyba „oblecieć” całe Błonia dookoła. No, może lekko przesadziłam, ale spacerek zaliczyć muszę koniecznie.
Zresztą… no właśnie, zaczęłam na nowo poznawać uroki miejskiej podróży. Ponieważ, jak już pisałam wczoraj, jechałam w miejsce dla mnie dosyć odległe, musiałam dobrze do tej podróży się przygotować. Przeglądnęłam wszystkie możliwe opcje autobusowe,  nawet wydrukowałam sobie trasę marszruty, co najmniej jakbym się przygotowywała do jakiejś zamorskiej, dalekiej wyprawy, w końcu okazało się, że tych opcji było ciut więcej, niż się na początku spodziewałam, sporo autobusów w tamta stronę jeździ, tak więc na spotkanie stawiłam się nawet przed czasem.
Zresztą wracałam też całkiem innym autobusem, niż pierwotnie planowałam, bardziej dla mnie wygodnym.
Ale za to ile Krakowa zwiedziłam? Jeździłam ulicami, które ledwo, że znałam i podziwiałam, jak pięknie nasz Kraków się rozwija.
Oczywiście ta moja wyprawa była spowodowana zaproszeniem Magdy, dzięki Niej zobaczyłam, że stać mnie na więcej, niż się sama po sobie spodziewałam i wcale nie koniecznie potrzebuję do przemieszczania się tylko taksówek.
Już wszelakie podróże nie są dla mnie takie straszne, jak ongiś, nawet, gdy trzeba gdzieś spory kawałek podejść.
Właściwie wczoraj uświadomiłam sobie, że zawsze V.I.P.-owi zazdrościłam, że ciągle gdzieś po Krakowie się szwenda, o przepraszam, jeździ, a teraz okazało się, że to nie jest wcale takie trudne!. Tylko trzeba chcieć. Ale tamte  nadmierne kilogramy całkowicie mnie przytłaczały, teraz, gdy się ich już  troszkę pozbyłam, jest mi o wiele lżej. No oczywiście pod warunkiem, że nie będę jadła lodów, ani innych smakołyków ( a jednak sumienie nadal trochę mnie gryzie).
Wczoraj bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że na Żabińcu już we wrześniu otwierają nowy basen. Fajnie, miałabym blisko i po drodze.
Ale niestety moja radość trwała krótko, albowiem okazało się, że będzie on nastawiony głównie na naukę pływania dla dzieciaczków i osoby starsze nie będą miały tam możliwości popływania sobie. Co prawda pani, z którą rozmawiałam telefonicznie poinformowała mnie, że całkiem możliwe, że ten basen będzie dostępny też i dla osób dorosłych, ale jeszcze na pewno nie w najbliższym czasie.
Podejrzewam, że aż tak pełnej obsady chętnych dzieci do nauki nie znajdą ( a może jednak tak), trudno więc by było, żeby nowy obiekt stał przez wiele godzin pusty i na siebie nie zarabiał. Więc wszystko zależy od liczby chętnych do brania udziału w takich lekcjach, a poza nimi może rzeczywiście w tak zwanym międzyczasie  będą zarabiać na innych „pływakach”. Jak pisałam, byłoby to dla mnie wprost wspaniałe rozwiązanie, bo pływać umiem i lubię, a również i dolegliwości  mojego kręgosłupa no i mojej tuszy byłyby wskazaniem do takich kąpieli. Takie pływanie jest najlepszym naturalnym masażem dla całego ciała, więc nawet 2-3 godziny w tygodniu byłyby dla mnie naprawdę darem niebios.
Ano cóż, poczekamy, zobaczymy……

Wstał dzisiaj piękny piątek i tak już przez najbliższy czas pozostanie.
W związku z tym życzę wszystkim bajecznego odpoczynku, szczególnie dzieciaczkom, bo to już dosłownie ostatnie swobodne dni przed rozpoczynającym się nowym rokiem szkolnym. I znów od wtorku zacznie im się harówka……
Wszystkiego dobrego