Przedstawiam Abrę


 Coś w tym jednak musi być.

Czy pamiętacie, jak podczas padającego deszczu często kręcę paluszkiem młynek w powietrzu i wymawiam tajemne słowa  ABRA – KADABRA???

No i wyczarowałam………

W domu Magdy i Jacka zamieszkała ABRA, wspaniała sunia, rasy posokowiec bawarski.
To imię zostało jej przypisane metrykowo  i chociaż pierwotnie Jacek wymyślił, że sunia, która będzie u ich w domu będzie miała na imię Bomba, ale jednak zadecydowali, że  to imię, wypowiadane gdzieś w przestrzeni, może  spowodować pewne zamieszania, więc pozostali przy imieniu zapisanym w jej metryce, czyli –  ABRA.
No bo wyobraźcie sobie, że ktoś z domowników weźmie sunię na spacer i nagle ta gdzieś się zawieruszy, wtedy będą ją wołać Bomba, Bomba i…….. mogą wzniecić pewne zaniepokojenie pośród przechodniów, którzy mogą zrozumieć, że ktoś gdzieś bombę pozostawił, może powstać panika, rumor, po co do takiej sytuacji doprowadzać?
Pamiętam bardzo podobną sytuację, gdy szłam na spacer z moją bokserką  Tiną i z jej córką, która miała imię Szelma. Szelma była  jeszcze wtedy niedużym szczeniaczkiem, wiec gdzieś tam zawieruszyła się w parku  pośród wysokiej trawy, więc zaczęłam ja wołać Szelma, Szelma, Wszyscy przechodzący obok zainteresowali się oczywiście kogo ja wywołuję i gdy zobaczyli wychodzącą z łąki małą bokserkę, zaczęli się śmiać. Nie wiem, jakiej oni szelmy się spodziewali co prawda, ale samo imię szczeniaka wzbudziła sensację.
Kiedyś, gdy byłam na wystawie z Tiną i z Szelmą, podszedł do mnie jeden z reporterów i spytał, skąd takie imię dla suni wymyśliłam, bez wahania odpowiedziałam: proszę na nią popatrzeć, ona po prostu jest taka szelmą, pełno jej wszędzie i do tego ma taki łobuzerski wisus.
Szelma nie długo była z nami, w wieku półtora roku wyjechała ze swoim panem, a moim kolegą, do Kanady i tam już do końca pozostała, zawsze bardzo mi jej brakowało. Taka fajna była……

No ale miałam przecież pisać o Abrze.
Jaka ona jest? Bardzo wesoła, nastawiona na zabawę sunia, a jej wspaniałe, prawie, że pluszowe uszy zupełnie mnie zachwyciły.
Bardzo ciekawa jestem, czy kiedyś w przyszłości zrobi kynologiczna karierę, czego oczywiście jej życzę z całego serca.
Prócz Abry w domu u Magdy i u Jacka jest jeszcze niezbyt wielki, ale za to bardzo waleczny  piesek Czako i jest też  kicia.
Jak pisałam, Czako jest bardo dobrym stróżem domu i biada komuś, kto sam przekroczy bramę wejściową, może zostać zaatakowany i ugryziony w nogę. Nawet ja, mimo, że Czekuś doskonale mnie zna i lubi,obawiam się go troszkę i przy wejściu do domu, zawsze wielokrotnie powtarzam jego imię, żeby po głosie mnie rozpoznał, żeby wiedział, że to ja, a nie  nikt obcy nie naruszył spokoju tego domu.

Czakusiowi oczywiście nie spodobało się, że ktoś nowy, jakiś inny pies, zamieszkał z nimi i przez pierwszych parę dni bardzo brzydko na nią warczał, jakby chciał jej pokazać: uważaj mała, ja tu rządzę, a ty jesteś tylko małą sunią – przybłędą  i masz się mnie słuchać.
Na szczęście Czako ma bardzo dobry charakter i bardzo szybko pogodził się z obecnością drugiego pieska w domu.
Właśnie wczoraj byłam świadkiem świetnej zabawy Abry i Czeka, te wspólne pod gryzki, wspólne harce, czasami wpadały na siebie z impetem, aby po chwili znów paść sobie w psie objęcia.
Tylko kiciuś chodzi gdzieś z boku, jeszcze do końca widać nie przekonał się do nowego mieszkańca, ale już przynajmniej przed nią nie ucieka, tak, jak to działo się na początku. Też na pewno się do Abry przekona, bo z Czakiem potrafi kicia świetnie się bawić.

Wczoraj był wprost cudowny, słoneczny i niezwykle ciepły dzień.
Całe popołudnie przesiedziałam oczywiście na ulubionym tarasiku, ba, nawet jakieś pół godziny zdrzemnęłam się na kanapie stojącej na tarasie.
Było pięknie, kolorowo, jeszcze sporo pięknych kwiatków na grządkach Magdy rośnie.
Żałowałam tylko, że słonko tak wcześnie zaczęło zachodzić, już po godzinie 17 zaczęło schodzić coraz niżej i niżej, aż wreszcie zniknęło i prawie zaraz potem trzeba było zapalić już lampki na tarasie, bo zapadł zmrok, a potem już zrobiło się całkiem ciemno

Ponieważ u Magdy trwa w tej chwili mały remont, nastąpiły pewne noclegowe kłopoty, więc tym razem nie mogłam pozostać jeszcze dłużej, do następnego dnia i około 20 Magda odwiozła mnie do domu.
Trochę szkoda, ale i tak jestem bardzo zadowolona z wczorajszego dnia, nawdychałam się mnóstwo świeżego powietrza, wolnego od krakowskiego smogu, nabrałam świeżej energii  i co najważniejsze przegoniłam wszystkie wewnętrzne demony. A tego właśnie najbardziej było mi potrzeba.
Powróciłam do domu, a tu cieplutko, milutko. W nocy nawet było zbyt gorąco, aż dwa razy z tego powodu się przebudzałam. Chyba muszę przez te cieplejsze dni na dzień wyłączyć jeden piec, ten w pokoju, bo jest rozgrzany do imentu, a za oknem wcale nie jest zimno, na razie co prawda tylko 13 stopni, ale myślę, że i dzisiaj zajrzy do nas słonko i będzie ciepło, prawie jak wczoraj. Przewidują nawet temperaturę na dzisiaj około 20 stopni.
Prawdziwie złota polska jesień, czyli jak dawniej mawiano Babie lato.
Najwyżej na noc, gdy temperatura już  spada, włączę znów sobie piecyk.

A co to właściwie jest to Babie lato?
To zjawisko, występujące w Europie Środkowej, na ogół w drugiej ołowie września, lub na początku października,  gdy unoszące się w powietrzu w pogodne, jesienne dni, nitki uplecione przez niektóre pająki otaczają spore powierzchnie pól, łąk, roślin łapiąc w nie zagubione i lekko otumanione już jesienią owady.

A nasza polska złota jesień? – to najpiękniejsza część jesieni, gdy co prawda poranki i wieczory są już chłodne, czasami nad ranem występują przymrozki, ale za to w dzień słonce jeszcze dosyć mocno operuje, ale najpiękniejsze są wtedy widoki różnokolorowych liści, gdzie nie gdzie jeszcze wciąż zielonych, ale najczęściej przybierają one już kolory od żółtego, brązowego aż po piękny ciemny kolor czerwieni.
 Te wspaniałe kontrasty drzew najbardziej widoczne są w okolicach górskich. A gdy tak staniesz na szczycie jakiś górskich serpentyn (np w Zawoi) i popatrzysz w dal, przed Tobą rozwija się naprawdę wspaniały kolorowy dywan pięknych jesiennych barw.
I to jest własnie to piękno, które cieszy tak długo, aż wiatr nie pozbiera ostatnich liści z drzew, pozostawiając na nim tylko suche badyle,  na których po pewnym czasie osadza się szron, a potem śnieg.

Jeszcze można sobie pobiegać w sweterku, ewentualnie w lekkiej, przejściowej kurteczce, ale już niedługo…….znów człowiek będzie musiał na siebie wkładać  grube swetry, spodnie, grube kurtki, szaliki, czapki, rękawiczki…….. ech….szkoda gadać.

Ale Polska niestety leży w takiej własnie strefie klimatycznej, że mamy chłodne, ale kolorowe i czasem nawet bardzo pogodne  jesienie i mroźniejsze zimy, ale za to ostatnio przynajmniej lata są wyjątkowo ciepłe, można by powiedzieć nawet, że śródziemnomorskie.

Dzisiaj niedziela, jaki to przyjemny dzień tygodnia, rodzinny, pełen pozytywnych działań i miłych chwil.
Własnie dzisiaj rano, gdy się obudziłam, w pierwszym momencie pomyślałam, że trzeba zbierać się do pracy, ale po chwili sobie uświadomiłam, że to jeszcze nie poniedziałek, jeszcze przede mną dzień wypoczynku.

Takiej własnie kolorowej i bardzo radosnej  niedzieli wszystkim życzę