mała uwaga

 Łokieć tenisisty lub golfisty:

  Schorzenie dotyczy najczęściej pacjentów w wieku od 40 do 60 lat. Łokieć tenisisty (zapalenie nadkłykcia bocznego) lub golfisty (zapalenie nadkłykcia przyśrodkowego kości ramiennej) dotyczy w sumie 1-3% całej populacji.

  Za czynniki wywołujące uważa się często powtarzane czynności ruchowe (np. grę na pianinie, pisanie na maszynie lub komputerze, ruchy rotacyjne) i uprawianie sportu. U podłoża patogenezy zmian zwyrodnieniowych i stwardnienia przyczepów ścięgien mięśni przedramienia leżą powtarzające się mikrourazy.
  Dolegliwości bólowe wahają się od niewielkich po krańcowo silne, uniemożliwiające wszelką aktywność

sobota rano,a ja do pracy…


Sea World, San Diego


Albo to sugestia,albo rzeczywiście już po pierwszym dniu przykładnego zażywania bóle stawowe nieco ustały…


Tylko muszę pamiętać,że mam zażywać regularnie te lekarstewka,co dla mnie jest raczej rzeczą niełatwą.


A tak się cieszyłam,patrząc na osoby w moim wieku,że w przeciwieństwie do nich,  nie muszę się truć medykamentami…..


Nic z tego,wiek uspomniał się o swoje….


Najważniejsze,że pigułki pomagają i będę mogła sobie chodzić do mojej ukochanej pracy…


Dzisiaj też zaraz idę do żabek.


Jak już wspomniałam kiedyś,dzisiaj odbędzie się tam kurs I-szej pomocy dla kierowców,więc spory ruch będzie u mnie.


I dobrze,nie będzie przynajmniej sennie,jak zwykle w sobotę.


I czas przez to szybciej upłynie….


Tylko „czatować” tam się nie da,bo Emil wyłączył mi jawę,a tak zawsze miło w sobotę zaglądnąć było do pokoiku,zwłaszcza,jak nic w przychodni się nie działo.


Trudno,do komunikacji międzyludzkiej pozostało mi gadu-gadu,nie narzekam,bo przynajmniej jest to i kilka stron,które będę miała okazję sobie poczytać,np.moją ukochaną gazetę.


No to nie przynudzam,tylko już się zbieram,bo poranna krzątanina przedwyjściowa zawsze zabiera mi sporo czasu.


A dzisiaj tyle „chłopa” będzie mnie oglądać,


muszę ładnie wyglądać,hihi.


Wszak będę siedziała na honorowym miejscu,czyli w rejestracji.


Cześć.



po lekarskiej wizycie

No i nie mówiłam,że jestem wspaniałą

 udawaczką???

Po wizycie u reumatologa okazuje się,że nic mi nie jest, hehe.

To znaczy na szczęście nie mam takiej poważnej choroby reumatycznej,owszem jakiś tam stan zapalny,nie wiadomo skąd.

Ale dlaczego te bóle rąk i nóg,czemu śpię i śpię jak najęta????

Ale nic to,lekarstwa pomogą napewno,a ja wracam do normalności.

To znaczy dzisiaj pozwoliłam sobie na lekki odpoczynek a jutro…skoro świt…..do pracy,mimo,że sobota.

Ale znów moja kolejka na pracujacą sobotę,wiec trzeba iść,nie ma rady…

Jeszcze muszę odwiedzić kilka innych specjalistów i …SCHUDNĄĆ-takie zalecenia mam od dzisiejszego lekarza.

Hm,może mi ktoś powie,jak mam schudnąć,kiedy ja LUBIĘ JEŚĆ!!!!!

Ale każą to muszę,chociaż z góry wiedzialam,że to będzie pierwsze lekarskie zalecenie.

HeHe.

Łatwo mówić,gorzej wykonać.

Koniec z bułeczkami kukurydzianami,koniec z moim kochanym boczusiem i słodkościami.

Chudy biały serek,chude indycze mięsko i jarzynki…brr okropność.

Starość to jednak straszna pora życia…..

Ale ja się nie dam i już.

okropnie pracowity dzionek

A wszystko przez te łososie.

Bo nagle się okazało,że ich sporo brakuje….

Większe było  zapotrzebowanie,niż ich stan w magazynie…

Wyfrunęły….hihi…..

Trochę trzeba było się więc nagłówkować,żeby wszystko poodkręcać,a potem rozesłać tam ,gdzie trzeba i ile trzeba.

Ufff,okropnie mi to długo zeszło,ale (chyba) się udało.

Jestem dumna z siebie.

Nic to,że w sumie 15-ście  godzin byłam w pracy ( no dobra, tylko 14-ście, bo z godzinę na podróże tam i spowrotem trzeba odliczyć,nawet z okładem godzinę)

Hihi,właśnie szukam pracy na trzecią zmianę…

Ż  A  R  T !!!!

Na Koniec dnia Jacuś Kochany mnie rozśmieszył:wsiadam do auta,którym podwoził mnie na pętlę autobusową,już bardzo zmęczona w sumie po całym dniu i mówię ,zamknę drzwi,ale  chwilkę poczekaj,wiesz ,że jestem niezgrabna…

A Jacek na to : Jasne że nie jesteś z Grabna, tylko przecież jesteś z Krakowa.

Haha,udał mu się kawał,muszę przyznać.

A potem opowiadał ,jak Jańcio nawet przez sen woła "AM",taki głodomór kochany.

Bo to,że rano ledwo się budzi woła"AM",to już normalka.

W żłobku "ciocie" najpierw karmią Jańcia,a potem dopiero inne dzieci,bo inaczej im porywa jedzenie z talerzy….

Ostatnio miał też przygodę z Hondą,ich jamniczką,która nie pozwoliła sobie wyjadać z miski i brutalnie  zębami potraktowała Jańciowe czoło.

Ciekawe,po kim on ma taki apetyt?????

Ale niech sobie je biedaczek,będzie szybciej rósł,na postawnego,przystojnego młodzieńca wyrośnie i będzie czarował tym swoim już szelmowskim uśmiechem nie jedną dziewczynę.

Oj, nie jednej pewnie serce złamie…..

Mam nadzieję,że doczekam tej chwili…

Więc teraz mówię wszystkim dobranoc.

Jutro też jest dzień ( u mnie zacznie się o 6-stej rano i będzie trwał……)

     

serial……..

Meadows and Summits

Dzisiaj skoro świt pędzę do moich żabek.

Zachorowała Ania,więc Jadzia ją zastąpi  popołudniu,a ja muszę otworzyć przychodnię…..

Potem polecę do rybek…

Codzienny kierat.

Koniec odcinka 23459845…zaczynam następny.

Bo wszystko tak jak we filmie,tylko może mniej przygód mnie miłych spotyka,jak w serialu….

Chociaż zawsze pełen jest jakiś mniejszych i większych afer,czasami uśmiechu,czasami łez…

A ten dzień co przyniesie ??? ( prócz bólu głowy,ale od tego jest Ibuprom i poranna kawusia).

Życie,życie jest nowelą…..Klan

Miłego dnia.

Moje noce……

Może i obiecująco  brzmi tytuł mego wpisu ,ale nic tam niestosownego nie będzie ( blog nie jest dostępny dla osób powyżej 18-stu lat- hihi)

Czasami bywają spokojne,prześpię je całe i całkiem wypoczęta rano wstaję,gotowa do pracy.

Czasami bywają takie, jak ta ostatnia,poprostu koszmarna,co godzinę się budzę,wstaję do toalety,wstaję na papierosa,cała spocona..

Chyba będę musiała jakis lufcik w oknie na noc sobie zostawiać,bo kaloryfery grzeją jak oszalałe,nie można się ich dotknąć,takie są gorące,a nie mam możliwości ich przykręcenia…

Nie muszę chyba pisać o skutkach takiej nocy,wstałam taka zmęczona,jakbym wogóle nie spała,głowa ciężka jak z ołowiu,a przedemną bardzo długi dzień pracy.

I co gorsze żadnego widoku na porządny wypoczynek w sobotę czy w niedzielę-w sobotę niestety pracuję,(a będzie ruch w przychodni,bo ……

zanosi się na jakieś szkolenie,więc sporo osób będzie mi się tam kręciło),a w niedzielę….uroczystość rodzinna-chrzciny Jaśka,więc też będę cały dzień na nogach.

Nie,nie narzekam,bo spotkanie z Jaśkiem,no i z rodziną to czysta przyjemność,tylko,że nieco męcząca….

A potem znów przedemną tydzień z wcześniejszym wstawaniem,przed godziną 5-tą rano….( jadę na 7-mą do Kalmara)

Tak więc długo sobie poczekam na błogie lenistwo ……

A tak naprawdę to chyba sobie w trumnie odpocznę,bo narazie na nic ciągle ,już zwyczajowo, nie mam czasu.

Ba,żebym chociaż jakiegoś majątku się dorobiła,nic z tego,pieniądze przelatują mi między palcami,ciągle jakieś wydatki i wydatki.

A zresztą,pieniądze są po to,żeby je wydawać.

Dobrze,ze narazie je mam…

Nie duże,ale zawsze mogę sobie czasami jakiś kaprysik spełnić – a potem żałuję oczywiście,po co wydałam te pieniądze.

No cóż ,trudno jest zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko.

Coś za coś.

No to idę zarobić na to ciasteczko ( czytaj boczuś).

HIHI.

Miłego dnia.

DIABEŁ MORSKI =ŻABNICA

 

Diabeł morski z letnimi warzywami


   

Składniki:
1 średni bakłażan, 3 małe cukinie, po 1 zielonej i czerwonej papryce, 1 cebula jarzynowa, 4 ząbki czosnku, 2 duże pomidory miąższowe, pęczek pietruszki, 4 gałązki świeżego tymianku, 4 listki szałwii, 8 łyżek oliwy, sól, biały pieprz, 2 filety z diabła morskiego (ok. 1 kg), 4 łyżki soku z cytryny, 2 listki laurowe, 1/8 l wytrawnego białego wina albo wywaru rybnego, pęczek bazylii.

Jak przyrządzić?
1. Bakłażana i cukinie umyć,oczyścić i pokroić w grubsze plasterki.
2. Paprykę umyć,oczyścić i pokroić w grubsze paseczki.
3. Cebulę i czosnek obrać i drobno posiekać.
4. Pomidory obrać i pokroić w kostkę.
5. Pietruszkę, tymianek i szałwię umyć,otrząsnąć z wody i drobno posiekać.
6. Olej rozgrzewać stopniowo w dużym garnku. Kolejno podsmażać w nim na średnim ogniu, a następnie wyjmować bakłażany, cukinie, paprykę,cebulę i czosnek.
7. Wymieszać warzywa z pomidorami i ziołami. Połowę mieszanki z powrotem włożyć do garnka i oprószyć solą i pieprzem.
8. Przyprawić solą i pieprzem filety z diabła morskiego, skropić sokiem z cytryny, obłożyć listkami laurowymi i ułożyć jeden obok drugiego na warzywach.
9. Na rybie ułożyć resztę mieszanki warzywnej i przyprawić.
10. Polać po bokach winem lub wywarem rybnym. 11. Garnek przykryć, wstawić na dolną półkę zimnego piekarnika i dusić rybę około 45 minut w temperaturze 220 stopni Celsjusza (przy obiegu gorącego powietrza 200 stopni Celsjusza, gazowy w pozycji 4).
12. Bazylię umyć, otrząsnąć z wody, drobno posiekać i przed podaniem posypać nią uduszoną rybę.

Potrzebne przybory:
Duży garnek, piekarnik, ogólnie dostępne przypory w kuchni, np. nóż.

Jak podawać?
Potrawa świetna na każdą okazję – na obiad, przyjecie rodzinne lub ze znajomymi. Bardzo smaczna, reprezentacyjna i zdrowa!

Uwagi:
Tą szlachetną rybę piecze się w piekarniku pod warstwą letnich warzyw. Przyprawia się świeżymi ziołami – sposób typowy dla kuchni krajów środziemnomorskich. Przyrządzanie ok. 50 minut. 1 porcja = 1945 KJ/463 kcal.

PS. MUSZĘ WYPRÓBOWAĆ!!!!

BIEL PORANKA

http://www.bosko.pl/twoj/galerie/zima/ a za oknem znów  regularna zima…..

Niby nic,takie drobinki śnieżne spadały wczoraj gdy wracałam do domu…

Wogóle zastanawiałam się,czy to śnieg prószy.

A jednak w regularności siła.

Rano budzę się i oczom nie wierzę.

Znów wszędzie bielutko.

Drobinka po drobince,płateczek za płateczkiem i już gotową zimę mamy.

I znów rękawiczki,szalik,czapka,ciepłe gacie…

I znow ślisko,więc kroczek za kroczkiem…

I znów…

Czy ja już pisałam,że nie cierpię zimy???? 

Wnoszę postulat,żeby zimę ograniczyć tylko do miesiąca grudnia.

No bo inaczej święty Mikołaj nie mógłby na saniach przyjechać,i jakoś dziwnie wyglądało by Boże Narodzenie w blasku słońca i w zielonym odcieniu liści ….

Ale to już wystarczy,potem już powinna być wiosna,a po niej lato,trwające powiedzmy do 24 listopada,potem króciutki okres jesieni (ale ciepłej i bardzo kolorowej),kilka dni zimy i znów dłuuuga wiosna.

Wiem,wiem,niezadowoleni byliby amatorzy zimowych sportów……

Dla nich wyodrębniłabym specjalna strefę,gdzie zima trwa na okrągło przez cały rok,wspaniała zima, z dużą ilością białego śniegu,śnieżne stoki narciarskie ,a co najważniejsze łatwy dojazd i ceny poniżej naszych krajowych.

No i czy nie wspominałam już,że mam bujną wyobraźnię???

Niestety,wracam do białej rzeczywistości,ubieram zimowe buty ( już nie mówiąc o innych zimowych częściach odzieży ) i zbieram się do pracy.

Na wiosnę jeszcze troszkę muszę niestety muszę poczekać.

A jak jej nie ma,to ja sobie ją  chociaż tu namaluję i już….dla lepszego samopoczucia…

 

zaczynam nowy tydzień


Minęła już niestety niedziela,zaczynam więc nowy tydzień.


Kolejny w moim życiu….


Wczoraj okazało się,że zdobyłam nową czytelniczkę mojego blogu-Anię M.


Cieszę się,że jednak komuś ten blog się podoba,


Namawiają mnie do…pisania książki.


Chyba zbyt leniwa jestem już teraz na takie przedsiewzięcie,ale przyznam,że w młodych latach pisałam.


Niestety cała  moja literatura ( no i trochę poezja)gdzieś zaginęła.


Kiedyś powiedzieli mi,że Mniszkówna przy mnie wysiada.


Bo oczywiście o czym można najlepiej pisać,jak nie o miłości???


W moich  wspomnieniach z mojego „pisadła”  została tylko scena,gdy  cała paczka przyjaciół pojechała na wycieczkę i mieli nocować w dworku,w którym okazało się,że straszy.


Wszystkie dziewczyny na taką wiadomość okazały wielkie przerażenie,tylko oczywiście moja bohaterka wykazała zimną krew wygłaszając sławetne zdanie,( z którego przez długi czas śmiali się moi znajomi,a szczególnie Janusz) „duchy duchami,ale kolację zjeść trzeba”


Cała JA.


No tak,co tam duchy,pyszne jedzonko jest najważniejsze.


I tak mi pozostało chyba do dzisiaj,bo jak na przykład jest to pyszny boczuś…….


Hm,pewnie dlatego tak „dobrze” wyglądam.


Hihi.


Przyznam,że niekiedy w głowie kiełkują mi nieraz nowe pomysły na niejedną powieść,bo zawsze miałam i mam nadal bujną wyobraźnię,ale jeszcze trzeba by to przelać na papier,chociaż teraz właściwie już mogłabym bezpośrednio na komputerowy ekran,jakie ułatwienie……


Tylko….. ciągle nie mam czasu…


Może kiedyś…gdy przestanę już pracować,a umysł będzie jeszcze w miarę klarowny….


Póki co ,zadawalam się moim blogiem.


Jest teraz 3.50,jestem całkiem wyspana i gotowa do pracy,tylko po co tak wcześnie rano???


Ale przynajmniej może się nie spóźnię??


Tylko dzisiaj muszę uważać,bo 13-ty.


Chociaż już wczoraj przeżyłam  małą przygodę ( czyżby była to zaliczka na dzisiejszego pecha???)


                 


Dzisiaj Imieniny Krystyny,Bożeny,więc gdyby akurat zabłądziła tu przypadkiem jakaś Solenizantka życzę jej samych pomyślności ,szczęścia i wiele,wiele miłości.


Zresztą każdemu mojemu czytelnikowi tego życzę.


Bo co warte życie bez miłości???




Kobieta upadła

Schody,schody schody…..

ruchome……

Straszna przygoda mnie dzisiaj spotkała w Tesco.

Pojechałam tam (na szczęście) z Magdą.

Jedziemy schodami ruchomymi w górę,trzymam wózek,dojeżdżam już do góry,mam wypchać wózek, a tu blokada.

Pcham,pcham ,wózek ani drgnie,a wręcz przeciwnie, pcha mnie do tyłu z niemiłosierną siłą.

Oczywiście nie wytrzymałam konkurencji i runęłam do tyłu jak długa.

Na szczęście za mną jechało dwóch panów,którzy podskoczyli i mnie podnieśli,bo wózek już zaczał się cofać i z trudem Magda go wypchała z tej nieszczęśnej taśmy schodów.

A gdybym tam była sama,tak jak kiedyś????

Strach pomyśleć nawet.

Przecież takie schody powinny mieć jakieś zabezpieczenienie,możliwość wyłączenia ich w takiej sytuacji…

Każdemu może przecież to się zdarzyć!!!!

Byłam tak roztrzęsiona,że nie kupiłam kilku rzeczy,które planowałam.

No cóż,prędko do Tesco pewnie nie pojadę….

Mam złe wspomnienia