trzynastego grudnia – trochę inaczej

                                 

 

Nie, nie będę już więcej wspominać smutków  stanu wojennego, zrobiłam to zresztą wczoraj.

Ale przypominam sobie, że  30 lat temu 13 grudnia była prawdziwa zima.

Jak  już wspominałam,  wieści o wprowadzonym stanie wojennym zastały mnie na

spacerku z psem po Parku Jordana. Tam zawsze spotykałam się z Lechem i jego borzojem,

psy uwielbiały sobie gonić, my spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o tym czy o tamtym.

Co dziwne, pamiętam, że świeciło wtedy piękne słoneczko, które wspaniale ze śniegiem

iskrzyło. To była niedziela, więc nigdzie specjalnie się nie spieszyłam, chociaż raz jeszcze

dodaję, że było raczej mroźno. Fajnie śnieg pod nogami skrzypiał.

A wczesnym  wieczorem na ulicach, tuż koło przystanków tramwajowych stały już koksowniki,

z których buchał ogień,  ludzie chętnie z nich korzystali, tupiąc nogami i zacierając zmarznięte

ręce nieco ogrzewali się przy ogniu. A o 22.00 była już godzina policyjna, tylko jak

wytłumaczyć miałam mojemu pieskowi, że pomiędzy 22, a 6 rano nie wolno mu siusiać???

Ano i z tym jakoś sobie radę dawałam, gorzej było, gdy moja biedna psinę jakaś

większa niestrawność spotkała, wtedy pod strachem na sekundkę na pobliskie plantki

przebiegałam chyłkiem i jakoś nigdy na szczęście kłopotów z MO nie miałam.

Gorzej było z sunią, ona uwielbiała po prostu jeździć samochodem i zawsze z wielką

radością do każdego auta wskakiwała. Kiedyś wracałam ze spaceru, a   na naszej ulicy stały

zomowskie” suki”, widocznie mieli ubezpieczać jakąś demonstrację.

Jedno z aut było otwarte, więc moja kochana Tina  zrobiła hop i już cała radosna była

w środku, wesoło merdając resztkami ogona zdawała się mówić : „no to jedziemy”

Z wielkim trudem ją stamtąd wyciągnęłam, zapierała się ogromnie, bo lubiła bardzo

wycieczki, potem wstrząsnęłam jej psim sumieniem wymówkami ” coś ty zrobiła, do

zomowskiej suki wskoczyłaś, jak mogłaś mi przynieść tyle wstydu” , może coś tam zrozumiała,

bo spuściła głowę i dała się do domu zaciągnąć.

Czyli tak trochę na weselszą nutę wspomnienia moje z tamtych dni wskrzeszam, muszę

więc raz jeszcze przypomnieć, że miałam wtedy kartę mobilizacyjną, więc według jej

zasad miałam zgłosić się w mojej jednostce, czyli w Szpitali Wojskowym.

Oczywiście cała rodzina bardzo mi współczuła, a moja sąsiadka nawet podarowała mi na

drogę pół świeżo upieczonego sernika, żebym miała się czym w podróży posilać ( bo mogli

mnie wysłać np na Wybrzeże). Skończyło się na tym, że gdy pół mojej rodziny odwiozło

mnie na punkt zborny, tam nikt nic nie wiedział o żadnej mobilizacji, więc wraz z tym

sernikiem wróciliśmy do domu i zrobiliśmy sobie  sernikowo- wojenną ucztę.

Na drugi dzień w pracy dostałam następną kartę mobilizacyjną, mimo, że oponowałam, że

jedną już taką posiadam, nie zrobiło to bynajmniej na nikim żadnego wrażenia, a na mnie

oczywiście odbiło się lekkim stressem, bo każda z tych dwóch kart miała inne miejsce

przydziału no i gdzie miałabym się w końcu w razie mobilizacji zgłosić?

Na szczęście mobilizacji nie ogłoszono, obie karty w końcu mi odebrano ( ale ulga!!),

tylko w magazynie wojskowym leżało przygotowane na wszelki wypadek moje

umundurowanie, podpisane moim nazwiskiem , żeby nikt się nie pomylił i  nie wręczył go

komuś innemu. Pamiętam, gdy mi to umundurowanie przydzielano, byłam pewna, że nie

znajdą dla mnie odpowiednich spodni czy bluzy ( już wtedy byłam bardziej ” okrągła”),

niestety nie doceniłam wojska, tam wszystko musi być tip – top, więc i dla nieco

bardziej nietypowych modeli odpowiednie umundurowanie być musiało dopasowane.

Mam nadzieję, że chociażby z racji wieku  no i przydzielonej wcześniej grupy

niezdolności  ” E” ( całkowita niezdolność do odbywania służby wojskowej w ramach pokoju i

stanu wojny) jestem już poza żołnierskim  nawiasem no i moje umundurowanie znalazło

już innego właściciela, chyba, że wcześniej myszy ten  Ewusiny mundur  zjadły.

A swoją drogą, dwa razy byłam na takim wojskowym szkoleniu i najmilej wspominam z

nich…wojskową grochówkę… mniam, pycha, prosto z kotła, niezapomniany smak..

Dosyć wspomnień, dzisiaj za oknem nie ma ani śladu śniegu, a temperatura oscyluje

pomiędzy 8-9 stopni Celsjusza, oczywiście na plusie.

Czy naprawdę mamy zimę??????