Rykigina

                                  

Znów wczoraj „rykigina” się popsuła, zaczęła charczeć i dostała trzęsionki, czyli jak zwykle

jakiś trybik przy szufladzie się przesunął i coś tam blokuje. Nie cierpię tego, bo można

przy tym jego charczeniu nabawić się nerwicy, ale widać już tak ma, że od czasu do czasu

się buntuje i wypacza……..

Dziiiaj, albo najpewniej jutro ma przyjść umyślny pan do naprawy i znów przez dłuższy

czas będzie aparat  hulać jak ta lala, na razie i on i ja mamy techniczną przerwę

A może i aparat poczuł, że nadchodzi świąteczna przerwa, tylko nieco się pospieszył,

bo jeszcze przed świętami mamy porejestrowanych trochę  pacjentów.

Ach ten złośliwy chochlik!!!!.

Czy wiecie ile już forsy zaoszczędziłam, paląc tylko tego mojego elektrona?

Dwie paczki dziennie po 12 zł ( albo i już po 12.80, pewnie już te droższe sprzedają) przez

razy 20 dni….ho ho ho, ładna kwota 500 zł  wychodzi.

Najważniejsze, że ten elektroniczny papieros mi wystarcza i nawet nie przyszło mi do głowy

jakieś inne papierosy kupować. Jeden minus to chyba to, że okropnie wysusza mi gardło,

ale nic to, wystarczy więcej wypić wody mineralnej i wszystko do normy wraca.

Ewentualnie kupęe sobie w aptece tabletki wspomagające ślinę, są faje właśnie w trakcie

podróży z pracy do domu, gdy nie mam pod ręką swojej butelki ( wody, wody, a niech nikt

nic innego nie pomyśli sobie o mnie), te tabletki posiadają chyba kwas cytrynowy ( są

bardzo kwaśne) który podrażnia z kolei ślinianki i suchość w ustach znika prawie natychmiast.

Zawsze lepiej takie tabletki łykać, niż wstrętnego papierosa palić. Tak, bo papierosy są

wstrętne, bo prócz nikotyny ( a ta jest i w elektronie) ma jeszcze całą masę substancji

smolistych, które potem zalegają w płucach i powodują kaszel ( czasami i coś więcej)

Ostatnio rzeczywiście rzadko kaszlę, no chyba że się zakrztuszę.

Wczoraj w onecie czytałam  wspomnienia jednego ze znanych dziennikarzy, który dowiedział

się, że jego złe samopoczucie wynika z tego, że ma guza w płucach. Na szczęście po

dokładnych badaniach tomografem nuklearnym okazało się, że nie jest to guz złośliwy

i najpewniej  cofnie się całkowicie, gdy nie będzie dokarmiane dymem papierosowym.

Wystarczy na to podobno tylko 3 miesiące. Ale nie każdy ma takie szczęście, że jego

guz jest niezłośliwy, pewno wtedy niepalenie też pomoże, ale w mniejszym stopniu.

Ale życzę temu dziennikarzowi, którego nota bene bardzo lubię, aby ta jego walka z

nieproszonym gościem skończyła się pomyślnie.

Tak po prawdzie też powinnam sobie zrobić zdjęcie klatki piersiowej, ale…. wiadomo, pod

latarnią zawsze jest najciemniej, a też i po prostu zwyczajnie się boję.

Pamiętam, że kilka lat temu podczas jakiejś bezsennej nocy ( wtedy zawsze przychodzą

koszmary) ubzdurałam sobie, że na pewno mam raka płuc, ledwo rana doczekałam i zaraz

po przyjściu do pracy ( a pracowałam wtedy w Szpitalu Kolejowym) kazałam sobie zrobić

stosowne zdjęcie, po czym sama go sobie wywołałam ( na wszelki wypadek, żeby mi ktoś

nie podmienił ) i poszłam do szefowej, a gdy ta stwierdziła, że płuca mam czyste ( no prawie,

bo zawsze od palenia papierosów mam wzmożony rysunek oskrzelowy, czyli cierpię na

tak zwane przewlekłe zapalenie oskrzeli), bez guza stwierdziłam ze spokojem:

no to mogę sobie nadal palić te moje papieroski.

Teraz już myślę troszkę inaczej i bardzo będę szczęśliwa, gdy nawet bez tego mojego

obecnego „cumelka” też się będę obywała, ale jeszcze poczekajmy.

 

 

Oj, sporo się dzieje na forum światowym…..sporo…

                      

Wczoraj przyszła bardzo smutna wiadomość z Pragi, zmarł wielki Bojownik o Demokracje,

wielki Przyjaciel Polski, były premier Czechosłowacji a potem Czech Vaclav Havel.

Wielkim smutkiem pokryła się nie tylko Praga, ale i Warszawa i wszystkie te miasta, dla

których idea wyzwoleńcza spod rządów komunistycznych była bardzo bliska.  Havel był

duchowym przywódcą świeżego podmuchu demokracji, jego słowo wiele znaczyło dla innych,

którzy podobnie jak On tą demokrację rozumiał i podobnie jak On o demokrację walczył.

Z drugiej strony przyszła wiadomość z Korei Północnej o śmierci  ich  „wielkiego”przywódcy

Kim Dzong  Ila , dla którego demokracja oznaczała  tylko jakąś odległą ideę, on utrzymywał

swój lud w reżimie, był jednym z nielicznych już przywódców, dla których komunizm był

najlepszym darem, istotnie, pozwalał mu żyć w luksusie, podczas gdy pozostali jego

ziomkowie cierpieli nie tylko biedę, ale i prześladowania. Jednak musiał być „silnym”

przywódcą, skoro jego śmierć wielu Koreańczyków przyjęło  z wielkim lamentem.

No cóż, ongiś po śmierci  Stalina też lament wielki się  rozlegał, mimo, że  był krwawym

reżimowcem. W każdym bądź razie sytuacja w tamtym rejonie robi się niebezpieczna, stąd

już USA, Japonia i Korea Południowa starają się jakoś zmobilizować w bacznej na razie

obserwacji, aby w porę na jakieś ataki móc potem zareagować.

Jak widać polityka jest bardzo trudna i ciągle mobilna, zawsze istnieje zagrożenie

różnymi wojennymi zawieruchami, spowodowane nieodpowiedzialnymi zamysłami

osób, dążących do  narzucania swojej woli innym.

Nasza demokracja jest wciąż jeszcze młoda, jeszcze ciągle się jej uczymy i szukamy

najlepszych rozwiązań, ale niestety też i błądzimy, poddając się niektórym fix ideom

całkiem od zasad demokracji dalekich.

Oby naszym duchowym przywódcą pozostał nadal ideał Vaclava Havla, a nie ideał

narzucającym swoją wolę Kim Dzong Il.

Dzisiaj jesteśmy na „ostatniej prostej” przed Świętami Bożego Narodzenia.

Jeszcze kilka dni i dzielić będziemy się opłatkiem, życząc sobie szczęścia i pomyślności.

Oby te życzenia przyniosły nam spełnienie w przyszłym roku.

To ostatnia niedziela…….

                     

Właśnie, za dawnych „dobrych” PRL-owskich lat ta niedziela była bardzo ważnym dniem

dla społeczeństwa. Tydzień przed świętami taka niedziela była dniem pracującym, czyli

otwartym dla wszelakich zakupów przedświątecznych. Teraz nie jest niczym zwyczajnym, bo

wszystkie niedziele, no chyba, że podlegają pod świąteczne, gdzie jest wyjątek – zamknięte,

są dniem handlowym. Ongiś w taką niedzielę tłumy waliły do domów towarowych i większych

sklepów, czy tzw Delikatesów  (marketów wtedy nie było), bo właśnie w takich dniach

„rzucali” coś dobrego do jedzenia, a to szyneczkę, a to baleronik, albo pomarańcze, cytryny

czy nawet banany. Szok – prawda?

Kiedyś dzieci uważały, że pomarańcze i banany rosną  tylko wtedy, kiedy są święta, bo

raczej w inne szare dni roku były wtedy  niedostępne.

Pamiętam te rozmowy sąsiadek: na odpowiedź gdzie idziesz, szybko odpowiadała do

Delikatesów bo właśnie rzucili cytryny, czy pomarańcze, albo do mięsnego, bo właśnie rzucili

szynkę. A teraz? w każdym sklepie mają taką masę przeróżnego rodzaju mięsiwa i wędlin,

że aż je sprzedają :-). Żart, ale teraz wystarczy mieć troszkę pieniążków i już wspaniałe

 i przepyszne święta przyrządzać można było. Czy to znaczy, ze ongiś święta nie były

takie bogate, ale skąd, Polaków zawsze obowiązywała zasada : zastaw się, a postaw się.

Zresztą zapasy ” na święta” robiło się przez długie miesiące przed świętami.

Gdy człowiek zaglądnął do czyjejś zamrażarki, to ta była „spuchnięta” wprost od

„zdobycznych” szynek, kiełbas i baleronów, które czekały na lepsze czasy.

W lodówce też obowiązkowo  czekały puszki zielonego groszku, też trudne do zdobycia, czy

( w mądrym terminie oczywiście) majonezy i inne ” świąteczne delikatesy”.

Tak wiec stół świąteczny zawsze był bogaty i różnorodny, mimo, że na półkach sklepowych

każdego dnia stał tylko dyżurny ocet. Tu przytoczę anegdotkę podaną przez któregoś z

polityków, który właśnie swojemu wnuczkowi opowiadał o tych czasach i dzieciak ze

zdumieniem spytał : jak to, w całym Makro był tylko ocet?????  Szczęśliwy ten dzieciak, że

nie musi jeść teraz tych czekoladopodobnych wyrobów cukierniczych, jakie jadły ówczesne

dzieciaczki, nie mogące zrozumieć, dlaczego mama nie może kupić „prawdziwej” czekolady,

bo jej się kartki na takową już skończyły. Chociaż na święta czasami i tą prawdziwą

czekoladę czy czekoladki też rzucali, ale wtedy trzeba było mieć szczęście żeby akurat w tym

miejscu się znaleźć, zresztą trudno byłoby być zawsze  w tym samym miejscu , w którym

akurat cos „rzucili”.

Więc wyobraźcie sobie jak bardzo wielkim bohaterstwem, właściwie prawdziwym 

heroizmem  odznaczała się ówczesna mama ( czasem i tata też), żeby wszelakie dobra na

czas na święta zdobyć, żeby w stosownej chwili znaleźć się akurat w stosownym miejscu.

Tu mi się przypomina znów anegdotka: w tych czasach, pamiętam, moja przyjaciółka Majka

pytała mnie, czy nie chcę trochę budyniów, albo kisielów, bo jej mąż zawsze w drodze

powrotnej z pracy stawał w każdej tworzącej się kolejce i w związku z tym znosił do domu

sporą ilość tych właśnie produktów. Fakt, wtedy człowiek kupował nie to, co akurat

potrzebował w danej chwili, ale to co „rzucali”, bo nigdy nie wiadomo było, kiedy następna

taka okazja się nadarzy.  Pamiętam, jak w jakiejś  bramie –  bardzo zimnym przedsionku do

rybnego sklepu miałam stać całą noc ” za karpiem”. który mieli sprzedawać od ósmej rano,

tylko, że kolejka formowała się już od godziny 22 poprzedniego dnia i gdyby ktoś przyszedł

nawet o piątej rano mógłby już nic nie dostać. Na szczęście okazało się wtedy, że moja

siostra Ania znalazła jakieś „dojście do karpi”  i nie musiałam marznąć całą noc w tej bramie.

Tak, przeważnie wiele zakupów robiło się ” po znajomości”, miało się zaufany sklep np.

mięsny, gdzie z przodu sklepu  stała kolejka normalnych, przeciętnych klientów, a z tyłu

sklepu o wiele mniejsza, a jednak kolejka tych „znajomków”

 A panie w takowych sklepach aż puchły od dumy, jakie to one są ważne, bo w końcu

to od nich zależało w wielkiej mierze , kto będzie szczęśliwym nabywcą tych wspaniałości.

A teraz idziesz do rybnego sklepu i już nawet filety z karpia możesz kupić, albo zabitego

całego karpia ( a zabijają w trakcie kupowania, żeby nie powstało wrażenie, że sprzedali ci

karpia śniętego), do wyboru do koloru, zresztą można kupować bez problemu też i inne

pyszne rybki jak łosoś, czy pstrągi dla tych, którzy akurat za karpiem nie przepadają.

A teraz możesz iść do dowolnego sklepu  mięsnego, czy marketu i kupić  dowolnie

wybrany rodzaj szynki, które na ogół różnią się głównie ceną, bo smak ich jest bardzo

podobny. Ba, nawet można kupować szynkę sprowadzoną z Włoch czy z Hiszpanii, które

różnią się  od naszych  i ceną i smakiem.

I kto mi odpowie teraz na pytanie: Które czasy są dziwne, te obecne, czy te przeszłe?

Teraz przedświąteczne zakupy możesz zrobić  w 2 – 3 godziny, dawniej na to potrzebne

było nieraz i kilka miesięcy, ale pamiętam, że nerwowo stałam wtedy  w kolejce i odliczałam

tylko osoby przedemną, zastanawiając się, czy jeszcze starczy i dla mnie jakiś niewielki

chociaż kawałeczek szynki, ale jak potem ta ciężko zdobyta szybka smakowała!!!!

No to na zakupy kochani, dzisiaj markety na pewno przepełnione są wieloma klientami,

bo w sobotę i w niedzielę jest zawsze więcej czasu  na świąteczne zakupy niż w dzień

powszedni, tylko pamiętajcie : NIE ZAPOMINAJCIE O ZAKUPIE PREZENTÓW POD

CHOINKĘ !!!!!!

 

 

żur na kaca

                               

Wcale kaca nie miałam, bo wczoraj  wypiłam tylko jeden kieliszek wódki ( i to pewnie na 5-6

rat), ale z wielka przyjemnością dzisiaj sobie ugotowałam żurek z białą kiełbasą, jajkiem,

kawałkiem wędzonej szynki i oczywiście obowiązkowo z chrzanem tartym, Pychotka,

postawiła mnie na nogi.

Ale od początku : Wigilia zaczynała się o godz 19, nawet trzeba przyznać, że brać biesiadna

zebrała się licznie i bardzo punktualnie.

Po składaniu życzeń przez Dyrekcję zaczęło się łamanie opłatkiem i indywidualne życzenia,

które trochę trwały, zwłaszcza, że na tej firmowej Wigilii było około 70 osób.

Ciekawostka, po raz pierwszy chyba stwierdziłam, że większość tam obecnych osób znam,

zawsze do tej pory widziałam tylko nowe twarze. Sala była pięknie wystrojona, oczywiście

migotała niebieskim światełkiem choinka, a na stole stały śliczne stroiki – bańki.

W tle cichutka i dyskretnie brzmiały kolędy.

Jedzenie było …typowo  wigilijne i …wspaniałe, naprawdę. Uszka tak wspaniale grzybami

pachniały ( jak domowe),  a  deser –  delikatny sernik z nutą makową rozpływał się w ustach.

Wszyscy siedzieliśmy za stołami złożonymi w typowy układ  podkowy :  na najmniejszej

jej gałęzi siedziała Dyrekcji]  po  prawej stronie część młodzieżowa, po lewej inni ( ja to

nazwałam „geriatria”), oczywiście później była „wiosna ludów”, więc każdy przemieszczał

się w różne strony, tylko młodzież trwale na swoich miejscach pozostawała i wesoło

sobie poczynała.

 Później, gdy już wracaliśmy do domu powiedziałam do Kasi ciekawe słowa:

Jeszcze kilka dni, jeszcze kilka nocy i zanim się spostrzeżesz, znów spotkamy się na takiej

firmowej Wigilijnej imprezie, no oczywiście, jeżeli uda nam się na nią doczekać.

( ale na szczęście nikomu na zdjeciu głowy nie obcięłam, więc moze znó będziemy wszyscy]

w tym samym składzie?)

Ale to prawda, czas tak szybko ucieka…..

nie całkiem przeciętny piątek

              

Co prawda dzisiaj pierwszej gwiazdki wypatrywać nie będę, ale dzisiaj mamy……. firmową

Wigilię. Już?, tak szybko??, dopiero co była poprzednia taka Wigilia, jak ten czas

( tu chciałam brzydkie słowo napisać, ale się wstrzymałam) pędzi naprzód, już nie jak mały

samochodzik, tylko tak  jak prawie rakieta komiczna.

Bardzo przyjemne są takie spotkania firmowe, co roku widać coraz to nowe twarze, to dobry

znak, że firma prężnie się rozwija. Często spotyka się na takim spotkaniu osoby, które widzi

się właśnie raz na rok, albo osoby, których praktycznie nie znam, ale każdy każdemu z

opłatkiem życzenia składa, wszyscy są tacy uroczyści i rozpromienieni.

No i należy wspomnieć, że Naczelna Dyrekcja też wreszcie ma czas na miłe wymiany

spostrzeżeń z  normalnym pracownikiem, nikt nigdzie się nie spieszy, pacjent nie woła

pomocy……

Tym razem spotkanie odbędzie się w całkiem innej niż dotychczas restauracji, tam gdzie

byliśmy ostatnio właściciele niezbyt miło odnosili się do „maruderów”, którzy chcieli sobie

do bardzo, bardzo późnych godzin jeszcze pobiesiadować na już całkiem nie  oficjalnej

części wigilijnej , dyrekcja już dawno chrapała we własnych łóżeczkach, a dla  niektórych

impreza wciąć trwała – co się dziwić, wreszcie był na to czas, zwykle wszyscy mijamy się

w biegu. Ja oczywiście nigdy do końca imprezy nie wytrwałam, o „mądrej” godzinie ją

opuszczałam, zresztą zawsze spieszyłam do domu, aby na świeżo opracować fotograficzną

oprawę tego  spotkania,. W tym roku też oczywiście w aparat fotograficzny będę

zaopatrzona, już aparat na tą okazję jest przygotowany…….. tylko muszę bardzo

uważać,żeby nie „obciąć głowy” któremuś z uczestników, bo rok później okazuje się,

że tej osoby nie ma już z nami na następnej Wigilii, smutne, ale prawdziwe.

Wczoraj spotkała mnie wielka „heca” –  otóż jechałam sobie do pracy  taksówką i jak

zwykle nagabywałam kierowcę  do wykonania  badań psychotechnicznych w naszej

przychodni, co prawda miałam trochę obiekcji, czy dobrze robię, że przyczyniam się do faktu,

że ten „staruszek” będzie u nas na badaniach ( zawsze są większe problemy dla osób

starszych przy wykonywaniu testu), ale miło pana zaprosiłam.

Pan oczywiście wyraził zadowolenie, że będzie naszym klientem, po czym w trakcie dalszej

naszej rozmowy okazało się, ze ów „staruszek”……… jest młodszy odemnie o całe 4 lata.

Załamałam się, to ja też tak staro wyglądam????

Ale nic to, kobieta pracująca zawsze mówiła, że na wygląd trzeba sobie zapracować.

badaniach. Czas pędzi to i wygląd się zmienia, nic na to nie poradzimy

O polityce musiałabym napisać cały elaborat, bo to co się wczoraj w Sejmie naszym działo

przechodzi ludzkie pojęcie, tylko wspomnę że Pisowcy jak zwykle całą swoją ” miłość”

do rządu wylewali strumieniami bardzo obficie, zresztą ich oponenci nie pozostawali

w złośliwych uwagach w tyle, ale najbardziej chyba przebijającym wczoraj  niuansem

było przekazanie przez Janusza Palikota  Radosławowi Sikorskiemu pióro, którym Lech

Kaczyński podpisywał Traktat Lizboński, Pisowi szczena wyraźnie spadła na podłogę,

to było mistrzostwo świata.

No i dobra wiadomość dla tych niekoniecznie „Prawdziwych Polaków” Sejm  nie przychylił

się do wniosku Pisowców o udzielenie ministrowi Sikorskiemu votum nieufności.

Radosław Sikorski nadal pozostaje w rządzie. Cieszy mnie ta wiadomość, a was?

narodowa duma pisowska

                                 

Jaki to ptak, co własne kale gniazdo, jaka to opozycja ( partia), która własne

lukratywno –  polityczne interesy rozstrzyga na forum Europejskim, pogrążając swoją własną

Ojczyznę?????  Czy to są na pewno patrioci?????

Wczorajsze „wyczyny” czyli płomienne  polityczne mowy w Radzie Europy na zakończenie

naszej prezydencji  w UniI  pana Tomczykiewicza, Kurskiego i Migalskiego pokazuje wielką

arogancję tych przedstawicieli polskiej prawicy, polityczną arogancje, wrogość wobec rządów

we własnej Ojczyźnie i politycznej tępoty.Niestety, tępoty.

No cóż, trzeba przyznać, że polska prezydencja podobała się zdecydowanej większości

europosłów z wyjątkiem…naszych, którzy dali upust swojej nienawiści z całą wielką radością

i z wielka satysfakcją „dokopali” premierowi Tuskowi.

Co to jednak oznacza?

 No cóż, sami sobie dali świadectwo, Europa to widziała i odpowiednio oceni

Mam nadzieję, ze i polscy wyborcy, którzy za niedługo będą wybierali europosłów takim za 

przeproszeniem „dupkom” zdecydowanie powiedzą N I E !!!!!!!!!

Kaczyzm, jak  to widać, jest najgorszą z istniejących  chorób, która trawi  już nie tylko Polskę,

ale zaczyna nadgryzać Europę, przynosząc Polsce wstydu. Straszna ciemnota z tych

pisowców, i tacy chcą być w parlamencie  Europejskim? Toż to jest obciach przed całym

światem i nawet gonienie Chin  nam już nie pomoże.

Zresztą dlaczego miałabym pracować za garstkę ryżu?? No może raz na miesiąc dostałabym

malutka miseczkę sake, ale ja osobiście sake nie lubię.

Dzisiaj przeczytałam z wielkim zdumieniem, że przybyło 8 punktów poparcia  oszołomom

z Pisu..

Brawo, Polska jednak ku Chinom  chce kroczyć !!!!( czyżby ta sake tak nęciła????) Na

szczęście poparcie dla  PO też jest większe, co prawda tylko o 2 punkty, ale to chyba kosztem

Ruchu Palikota, którego poparcie wyraźnie zmalała.

No cóż Pańska  Łaska na pstrym koniu jeździ.

Dzisiaj debata sejmowa na temat naszej prezydencji , oj znów się będzie działo.

Ciekawe, czy znów jakiś oszołom po tej debacie na Pis się załapie?

Nie wiem, ludzie  ( no oczywiście niektórzy) chyba rzeczywiście wierzą w to,  że Kaczyński to

wielki magik, zakręci pałeczką (?????) i ……..dobrobyt w Polsce natychmiast obrodzi:

najniższa emerytura będzie wynosić 10 tysięcy ( a czemu nie, jestem za), a do każdego

zakupionego litra benzyny ( wódki też) państwo  d o p ł a c i  15 zł.

A prawda jest okrutna ( tu premier ma rację) : gdy rozsypie się Unia natychmiast

rozsypie się też  nasza gospodarka, stracimy wiele rynków zbycia, nie będziemy na

pewno konkurencyjni , a  Pis znów powie, że oczywistą oczywistością winą tego

jest Tusk, a jakże by inaczej ! .  Bo Kaczyński ma inną wizję Unii Europejskiej, taką, w której

to on ma oczywistą rację i wszystkie państwa będące w Unii tej jego racji się podporządkują.

A on, siedząc na wygodnym fotelu w swoim domu , z kotem na kolanach, będzie tylko

wydawał odpowiednie dyspozycje, no, może od czasu do czasu coś tam na Europejskim

forum zamlaszcze, a europosłowie wyć będą z podziwu nad mądrościa Wielkiego Guru.

Dosyć już, już słyszę zgrzytające zęby mojej rodzinki, czytającej, lub już nie czytającej

mojego dzisiejszego wpisu  : Ciotka, czy ty rzeczywiście nie umiesz pisać o czymś innym, niż

o polityce???

Umiem, na przykład o pogodzie, dzisiaj znów ma być bardzo ciepło jak na grudzień.

No to oba moje dyżurne tematy dzisiaj wyczerpałam, mogę iść do pracy. Cześć.

JAROSŁAW CHINY ZBAW !!!

                              

Bo co tam drugie Węgry, to już stanowczo dla naszego Zbawiciela za mało,

on teraz prze do przodu i chce Chiny przegonić w dobrobycie.

Daj mu Panie Boże dobre sny, w których tym przywódcą już jest, bo aż strach sobie

wyobrazić do czego jego bujno – chora wyobraźnia sięgnie.

Właściwie już wiadomo, bo coś w swoim wspaniałym przywódczym apelu mówił, że możemy

stanąć na czele  nawet całego świata. Ot daj takiemu palec, to po całą rękę sięgnie.

Ciekawa jestem tylko, czy ci, co bronili Jarosława przyznają mi ( i nie tylko mi), że całkiem

nie lekko mu się  już w główce pokręciło.

Ale najbardziej żal mi tych biednych oszukiwanych oszołomów, którzy wierzą w Jarosława

co najmniej jak w Boga  i nadal nie widzą, jak bardzo są ogarniani kaczą paranoją..

Ale co mi tam, każdemu wolno wierzyć w to, w co chce wierzyć, chociaż mam pewne

zastrzeżenia, jako, że ta grupa nazywa siebie katolikami, a wyraźnie Boże przykazanie

 mówi: nie będziesz miał innych Bogów przede mną.

Ale ja się tym wszystkim nie przejmuję, idę spokojnie sobie do pracy.

Aha, muszę nadmienić koniecznie oczywiście, że ciągle jestem na tym odwyku od

palenia(????)  czyli na elektronicznym papierosie, chyba się udało mi przestawić, teraz tylko

muszę zmniejszać dawkę aż do zerowej i……

Ale wiecie jak to cieszy, gdy 24zł dziennie zostaje nadal w kieszeni??? Już około 200 zł udało

mi się zaoszczędzić, matko, co ja z tymi pieniędzmi będę robiła??????

Miłego dzionka.

trzynastego grudnia – trochę inaczej

                                 

 

Nie, nie będę już więcej wspominać smutków  stanu wojennego, zrobiłam to zresztą wczoraj.

Ale przypominam sobie, że  30 lat temu 13 grudnia była prawdziwa zima.

Jak  już wspominałam,  wieści o wprowadzonym stanie wojennym zastały mnie na

spacerku z psem po Parku Jordana. Tam zawsze spotykałam się z Lechem i jego borzojem,

psy uwielbiały sobie gonić, my spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o tym czy o tamtym.

Co dziwne, pamiętam, że świeciło wtedy piękne słoneczko, które wspaniale ze śniegiem

iskrzyło. To była niedziela, więc nigdzie specjalnie się nie spieszyłam, chociaż raz jeszcze

dodaję, że było raczej mroźno. Fajnie śnieg pod nogami skrzypiał.

A wczesnym  wieczorem na ulicach, tuż koło przystanków tramwajowych stały już koksowniki,

z których buchał ogień,  ludzie chętnie z nich korzystali, tupiąc nogami i zacierając zmarznięte

ręce nieco ogrzewali się przy ogniu. A o 22.00 była już godzina policyjna, tylko jak

wytłumaczyć miałam mojemu pieskowi, że pomiędzy 22, a 6 rano nie wolno mu siusiać???

Ano i z tym jakoś sobie radę dawałam, gorzej było, gdy moja biedna psinę jakaś

większa niestrawność spotkała, wtedy pod strachem na sekundkę na pobliskie plantki

przebiegałam chyłkiem i jakoś nigdy na szczęście kłopotów z MO nie miałam.

Gorzej było z sunią, ona uwielbiała po prostu jeździć samochodem i zawsze z wielką

radością do każdego auta wskakiwała. Kiedyś wracałam ze spaceru, a   na naszej ulicy stały

zomowskie” suki”, widocznie mieli ubezpieczać jakąś demonstrację.

Jedno z aut było otwarte, więc moja kochana Tina  zrobiła hop i już cała radosna była

w środku, wesoło merdając resztkami ogona zdawała się mówić : „no to jedziemy”

Z wielkim trudem ją stamtąd wyciągnęłam, zapierała się ogromnie, bo lubiła bardzo

wycieczki, potem wstrząsnęłam jej psim sumieniem wymówkami ” coś ty zrobiła, do

zomowskiej suki wskoczyłaś, jak mogłaś mi przynieść tyle wstydu” , może coś tam zrozumiała,

bo spuściła głowę i dała się do domu zaciągnąć.

Czyli tak trochę na weselszą nutę wspomnienia moje z tamtych dni wskrzeszam, muszę

więc raz jeszcze przypomnieć, że miałam wtedy kartę mobilizacyjną, więc według jej

zasad miałam zgłosić się w mojej jednostce, czyli w Szpitali Wojskowym.

Oczywiście cała rodzina bardzo mi współczuła, a moja sąsiadka nawet podarowała mi na

drogę pół świeżo upieczonego sernika, żebym miała się czym w podróży posilać ( bo mogli

mnie wysłać np na Wybrzeże). Skończyło się na tym, że gdy pół mojej rodziny odwiozło

mnie na punkt zborny, tam nikt nic nie wiedział o żadnej mobilizacji, więc wraz z tym

sernikiem wróciliśmy do domu i zrobiliśmy sobie  sernikowo- wojenną ucztę.

Na drugi dzień w pracy dostałam następną kartę mobilizacyjną, mimo, że oponowałam, że

jedną już taką posiadam, nie zrobiło to bynajmniej na nikim żadnego wrażenia, a na mnie

oczywiście odbiło się lekkim stressem, bo każda z tych dwóch kart miała inne miejsce

przydziału no i gdzie miałabym się w końcu w razie mobilizacji zgłosić?

Na szczęście mobilizacji nie ogłoszono, obie karty w końcu mi odebrano ( ale ulga!!),

tylko w magazynie wojskowym leżało przygotowane na wszelki wypadek moje

umundurowanie, podpisane moim nazwiskiem , żeby nikt się nie pomylił i  nie wręczył go

komuś innemu. Pamiętam, gdy mi to umundurowanie przydzielano, byłam pewna, że nie

znajdą dla mnie odpowiednich spodni czy bluzy ( już wtedy byłam bardziej ” okrągła”),

niestety nie doceniłam wojska, tam wszystko musi być tip – top, więc i dla nieco

bardziej nietypowych modeli odpowiednie umundurowanie być musiało dopasowane.

Mam nadzieję, że chociażby z racji wieku  no i przydzielonej wcześniej grupy

niezdolności  ” E” ( całkowita niezdolność do odbywania służby wojskowej w ramach pokoju i

stanu wojny) jestem już poza żołnierskim  nawiasem no i moje umundurowanie znalazło

już innego właściciela, chyba, że wcześniej myszy ten  Ewusiny mundur  zjadły.

A swoją drogą, dwa razy byłam na takim wojskowym szkoleniu i najmilej wspominam z

nich…wojskową grochówkę… mniam, pycha, prosto z kotła, niezapomniany smak..

Dosyć wspomnień, dzisiaj za oknem nie ma ani śladu śniegu, a temperatura oscyluje

pomiędzy 8-9 stopni Celsjusza, oczywiście na plusie.

Czy naprawdę mamy zimę??????

 

Imieniny miesiąca

 

 

 

Dzisiaj dwunasty grudnia, czyli imieniny miesiąca.

Do świąt coraz bliżej, już przynajmniej wiem, co będę w Wigilię robiła, wczoraj

dostałam oficjalne zaproszenie.

Ale wcześniej, bo w ten piątek mamy firmową Wigilię, już rok minął, za chwilkę minie 

następny.

Muszą się spieszyć z tą następną firmową Wigilią, bo ponoć 21 grudnia ma nastąpić koniec

świata, oczywiście w następnym, 2012 roku.

Mój Boże, tylko rok sobie szczęśliwie pożyjemy?

To po co była ta awantura w Unii, skoro za rok już nas nie będzie…….:-(

Oczywiście ja osobiście w to nie wierzę, bo wróżka przepowiedziała, że będę żyła 84 lata,

czyli jeszcze trochę mam czasu na umieranie.

Na razie jutro jest 30 rocznica wprowadzenia stanu wojennego , pamiętam, pamiętam, byłam

wtedy z psem na spacerze w Parku Jordana i tam doszła mnie ta wiadomość. Pamiętam te

nerwy co dalej z nami będzie, kto właściwie komu i dlaczego wojnę wypowiedział.

Pamiętam, że po powrocie ze spaceru wpadła do nas bardzo przerażona koleżanka

mojej siostry tzw Konduktorka ( nie miała dwóch przednich zębów więc wg. mojego  szwagra

 świetnie nadawałaby się  jako kasownik do kasowania biletów tramwajowych), włos miała

rozwiany, obłęd z jej oczów tryskał, i z wielką rozpaczą rzuciła się w objęcia mojej siostry,

jakby ten gest miał jej w czymkolwiek pomóc.

Jej na pewno nie, mnie może prędzej, jako, że już kiedyś pisałam, że posiadałam kartę

mobilizacyjną ( kobiety pracujące w służbie zdrowia też takie dostawały) i zastanawiałam

się gdzie mnie na ten front wywiozą, na szczęście skończyło się na strachu, bo nikt wtedy nie

miał nawet głowy, co robić z takimi babkami jak ja.

Jutro będziemy czcić pamięć, tych, którzy w trakcie stanu wojennego zginęli, lub cierpieli, a

Kaczyński oczywiście jak zwykle przywłaszczył sobie tą rocznicę i będzie ją po swojemu

pompatycznie obchodzić, otoczony wianuszkiem swoich wiernych poddanych wazeliniarzy.

Pójdzie na barykady walczyć o niepodległość i suwerenność, bo w jego  mniemaniu jesteśmy

tych dwóch wartości  całkowicie pozbawieni

Chciałoby się zawołać : „Na Barykady ludu Pisowski. Ty Jarosławie Polskę nam zbaw”

Ale to dopiero jutro, dzisiaj poniedziałek, początek tygodnia, oby był miły. mimo jutrzejszych

pertubacji, które po prostu trzeba przejść jak dziecko przez odrę.

po malutku, za kroczkiem kroczek

       

I znów będzie Nowy Roczek, może już bez smoczka????

No bo kto to widział, żeby nobliwa kobieta, o włosach koloru miedzi smoczka używała?

Toż to powrót do czasów dzieciństwa. A ten smoczek to elektroniczny papieros, do którego

już się przyzwyczaiłam i sądzę, że zaprowadzi mnie on do całkowitego zaniechania palenia

papierosów, skuteczniej niż zażywane dotąd tabletki., A czemu? Zdecydowanie jest mniejsza

przyjemność w paleniu takowego elektrona, bo to nie jest jednak to samo, ale równocześnie

potrafi zapewnić odpowiednia dawkę nikotyny, wystarczającej  dla przywykłego do niej

organizmowi, No i przy takim elektronicznym papierosie człowiek bardziej sobie zdaje z tego

sprawę, jaka to wielka głupota, że dobrowolnie poddaje się on  takiemu nałogowi.

Nie wspomnę oczywiście o oszczędnościach ponoszonych przy paleniu  e – papierosa , bo

co pewien czas trzeba dokupić albo filtry albo liquid ( wkład nioktynowy), ale to

i tak po podliczeniu tego, co w międzyczasie zaoszczędziliśmy przy ewentualnym zakupie

papierosów tradycyjnych ( a ja płaciłam dziennie za 2 paczki  Vogue aż 24zł, ale już jest nowa

cena, droższe są p 80 groszy) jest drobiazgiem.

To jest mój hymn pochwalny nad zmianą sposobu szkodzenia sobie samemu, bo jednak

nikotynę dostarczam mojemu kochanemu ciałku, ale zdecydowanie wolniejsza jestem

od szkodliwości wszelakich spopielanych substancji, które są na pewno o wiele bardziej

szkodliwe, niż nikotyna.

Hanulko! do dzieła, spróbuj, sama zobaczysz, ze warto!!!!!!

Dzisiaj niedziela wolna od V.I.P-a, więc nie muszę się martwić  czy zupa jest słona, czy nie.

Za to strzeliła mi wczoraj rura od WC, zalałam całą łazienkę, straszne, woda sikała

tak, jakby była co najmniej  Niagarą, dzisiaj Maciuś ma sprawdzić, czy uda się jakoś ją

uszczelnić, bo na razie nie można z WC korzystać.

No to odpoczywajmy, bo dzisiaj słoneczko znów pięknie od rana świeci, przynajmniej u nas w

Krakowie.