Na szczęście?? Dla mnie tak, bo moje obowiązki dog- sitter dobiegają już końca, na szczęście.
To znaczy nie mam nadal nic przeciwko Pepie, nadal ją bardzo lubię, ale wciąż mam dużo zastrzeżeń do spacerów z nią. A może tak po prostu zbyt nerwowo do tego tematu podchodzę?
Dzisiejszy poranny spacerek był nieco „przekupny” – że też wcześniej o tym nie pomyślałam, miałam mały przysmak w kieszeni i mimo deszczu udało nam się wszystko co trzeba pozałatwiać. Okropnie potem sunia się wycierała o wszystkie napotkane wycieraczki na klatce schodowej, pewno też, jak i ja, nie lubi być mokra.
W każdym bądź razie przede mną jeszcze tylko jeden popołudniowy spacerek i….z głowy, pozostanie mi tylko Pepa do głaskania, na to zawsze może liczyć.
Wczorajszy mój kostny barometr nie zawiódł, kolano okropnie „naciągało”, wiadomo nazajutrz będzie lało. No i znów kolanko się nie pomyliło, lalo chyba całą noc, cały ranek, tak, że te ostatnie dni swobody dzieciaki nie mają zbyt ciekawe. Za to zapowiadali, że wrzesień tez będzie słoneczny i ciepły.
Byleby tylko nie padało, bo wtedy na te moje „barometrowe kolanka” ( stopy zresztą też) nawet zbawienny Nimesil nie działa.
Ostatnio polubiłam te śmieszne brzoskwinki extra Paraguayo , wyglądają tak, jakby ktoś normalne brzoskwinie potraktował z góry młotkiem, w smaku są bardzo podobne do normalnych brzoskwinek, ale może nieco są słodsze ( co akurat w moim przypadku nie jest wskazane). Najczęściej można je spotkać w marketach ( na straganach z owocami jakoś ich nie widziałam).
Kupiłam je ostatnio w Almie, niestety wciąż są jeszcze bardzo twarde, muszę cierpliwie poczekać, aż dojrzeją. Wczoraj wystawiłam je trochę do słoneczka, ale niestety widać za krótko to słoneczko świeciło na nie, bo dzisiaj nadal mam kamienie, a nie brzoskwinki. Dobrze, że mam w zapasie jabłka i śliwki, jakoś preferuję teraz bardziej owoce niż wstrętną, pachnąca chemią szynkę.
Mój przepis:
do rondelka dałam troszkę tłuszczu ( tym razem była to Rama), pokrojone jarzyny : por, marchewkę, cebulę, korzeń pietruszki i pokrojoną pręgę wołową, chwilę poddusiłam, dodałam kostkę rosołową, 2 kostki cebuli Knorra, 2 kostki czosnku Knorra , dodałam trochę przegotowanej wody i dusiłam 2- 2,5 godziny na małym ogniu ( by się nic nie przypaliło) Zrobiło się pyszne mięsko w sosie jarzynowym, nawet nie trzeba go niczym zabielać, teraz tylko można ugotować makaron, albo kaszę, znakomite obiadowe danie.
Życzę przyjemnej niedzieli.
Lubię, gdy u mnie pada, usłyszeć, że gdzieś tam w Polsce jest słoneczko.
Ostatnio, gdy u mnie było całkiem deszczowo i narzekałam na pogodę, Ulka przysłała mi z Poznania swoje słoneczne promyczki i nie uwierzycie, dotarły! Całe popołudnie było już słoneczne, bez grama deszczu, słowo daję. 🙂

