Uśmiechnięty kwiatek

Dla kogo?  Dzisiaj środa, to oczywista sprawa, że ten  śliczny kwiatek ( chyba anemon?) uśmiecha się do Ulki. No, może nie tylko do Ulki, ale przede wszystkim do niej.
Śliczne są te anemony, czyli zawilce, zawsze wydawało mi się, że to są wczesnowiosenne, widać specjalnie dla Ulki zakwitły także w sierpniu 🙂
Co mam Ci dzisiaj powiedzieć Ulu? Wakacje już się kończą, więc o ile możesz korzystaj z ostatnich w miarę słonecznych dni, spacerując z kijkami, albo podziwiając pogodę na wsi, bo niebawem słotne dni pewnie nadejdą. Co prawda jesień też potrafi zadziwiać pogodą, ale na mój nos, coś tego słońca od czerwca za dużo już było i chyba limit nam się wykończył? A może marna ze mnie wróżka i moje przepowiednie się nie spełnią? Oby!!!!!
Ale tak, czy siak, niezależnie od pogody, przysyłam Ci obligatoryjne już środowe całuski i pozdrowienia z Krakowa 🙂

Na szczęście wczorajsze chimery już mi całkowicie przeszły, a więc dzisiaj pora nadrabiać zaległości i iść rano na zbawienny masażyk. Może po znajomości nie przepadnie mi ten wczorajszy masaż, muszę dzisiaj pięknie się do wszystkich uśmiechać, bo jednak byłaby to dla mnie pewna „szkoda”. Zobaczymy.

Nic szczególnego, o czym mogłabym pisać, nie przychodzi mi jeszcze dzisiaj do głowy, więc pewnie na tym wpis zakończę.
Życząc miłej środy wszystkim, oczywiście

niesamowite – zaspałam

Z wielkim trudem obudziłam się, a właściwie byłam obudzona o 9.20. To jest efekt spania na raty, chociaż dzisiaj pierwszy raz obudziłam się ( prawie nieprzytomna) o 5.30, ale jeszcze udało mi się porządnie zasnąć, skutek znamy,
Najgorsze to to, że dzisiaj miałam o 9 masaż, ale jakoś nie mogę się ciągle wybrać na niego, nawet kawa mi nie pomogła, a głowę mam ciężką, jakby nie swoją..
Dalej mnie boli głowa i ciąży, jakby mi ktoś tam gorący ołów wlewał, chyba dzisiaj odpuszczę sobie ten masaż ( trochę mi szkoda), bo do niczego się nie nadaję.
Czasami człowiek ma tak zwany minusowy dzień i właśnie taki na mnie nastał. Więc biorę dzisiaj urlop na żądanie i od pracy i od zabiegów i idę odpoczywać, muszę ten „skacowany” łeb jakoś wyleczyć, co ciekawe od dłuższego czasu nie piłam alkoholu, a taka właśnie skacowana się czuję, jakbym całą noc piła.
Słowo daję, nic prócz kawy i wody mineralnej nie piłam!!!!!!. Ba, nawet ta poranna kawusia wcale mi nie pomogła.
powtarzam za mistrzem : ‚ czasami człowiek musi, inaczej się udusi”., więc idę się ” dusić we własnym sosie”
Miłego dnia.

kto czeka….

 

…to w końcu się doczeka. Rodzinka przyjechała wczoraj popołudniu. Pierwsza do mieszkania wkroczyła…Pepa. Trochę czuła się zagubiona, chyba w pierwszej chwili nie bardo wiedziała, gdzie jest, wiec się pokręciła, potem nagle dojrzała, że stoję koło niej, więc grzecznie, acz nie całkiem wylewnie mnie powitała, a potem, jak zwykle poleciała do mojego pokoju, żeby sprawdzić, czy jakiegoś pysznego jedzonka tam nie znajdzie. Reszta rodzinki przywitała mnie bardziej kulturalnie, ba, nawet od niezawodnej Mii dostałam małą morską latarenkę, jakie to przyjemne, że dziecko o mnie myślało.
Dom ożył i nawet jakoś te dzwonki do drzwi mi nie przeszkadzały, chyba się za nimi stęskniłam, zdecydowanie za cicho było w domu.

Gdy wczoraj wyglądnęłam za okno stwierdziłam, że jesień już tuż tuż, była istotnie wrześniowa pogoda, chłodno, chociaż słonko świeciło. Dzisiaj już jest o wiele cieplej, niebo niebieskie i prawie bezchmurne,  słonko świeci, wieje lekki wietrzyk , ale jakiegoś szaleństwa z wysokimi temperaturami nie ma.
I całe szczęście, bo właśnie zepsuł mi się wentylatorek, niechcący trąciłam go przedwczoraj podczas odkurzania rurą odkurzacza  i wentylatorek przewrócił się i już nie chciał chodzić. Spróbowałam, czy gdzieś się nie rozłączył, niestety potem przez nieuwagę  zostawiłam go włączonego i chyba definitywnie spaliłam motorek, który chodził, mimo, ze skrzydła nie działały.  Dopiero dzisiaj razem z Basią stwierdziłyśmy, że wiatrak jest gorący, no i stwierdziłyśmy, że przez dwa dni pracował bez udziału skrzydeł. Całe szczęście, że się nie zapalił i nie wywołał pożaru, niestety jest prawdopodobnie do wyrzucenia. No cóż, był to wiatrak na jeden sezon, na wiosnę trzeba będzie pomyśleć o nowym zakupie, może jakimś bardziej stabilny, na jakiejś potężniejszej nodze….
Psuj jestem i tyle, nie da się tego ukryć. I to nie tylko chodzi o pieniądze, które zapłaciłam za ten nieszczęsny wentylator, ale także o to, że jestem taka nieuważna i nie dbam o własny sprzęt. Wypadek – przypadek, ale gdybym go wcześniej odstawiła w kąt do tej szkody by nie doszło, wrrrrrrrrrrrrrrrr.
Ostrą sobie dałam ocenę jak na pierwszy dzień tygodnia, ale tak trzeba, gdy nie ma cię kto ochrzanić, ochrzań się sama.
Życzę wszystkim miłego poniedziałku i miłego tygodnia, tym razem już przepracowanego od poniedziałku do piątku.
A ja mam jeszcze przed sobą cztery masaże!

oczekiwanie….


Cała moja niedziela to oczekiwanie na powrót rodziny. Każde stuknięcie drzwiami samochodu, każdy dzwonek do drzwi ( w telewizji), a ja już czuję się zmobilizowana,
A przyjechać mogą w każdej porze, o każdej godzinie, teraz, popołudniu, wieczorem….
A więc będę sobie oczekiwała w spokoju.
Reszta blogu jutro……..
Ślicznej, słonecznej niedzieli życzę

ostatni dziń swobody i ciszy

 

Jutro najazd ( przyjazd) rodzinny. I znów się będzie działo, oj będzie się działo.
Na razie są jeszcze w podróży, zwiedzają po drodze jeszcze co się da, więc spodziewam się ich dopiero jutro pod wieczór.
Ostatnio w ogóle jest cicho w domu, trzy dni temu odwiedził mnie Ksawer, wczoraj na chwilę przyszła moja bratowa.
Nawet telefon milczy, bo Magda pojechała z Jackiem i Jaśkiem gdzieś do rodziny, zajęta towarzyskimi obowiązkami nie bardzo ma czas do cioci zadzwonić.
Ale nie, dzisiaj rano już się odezwała i właśnie wybierała się na grzybki. Mam nadzieję, że sromotników nie nazbiera. Zresztą będzie zwiedzała pod czujnym okiem jej teściowej, która podobno na grzybach dobrze się zna. No, ale uważać trzeba, bo wystarczy tylko jeden trujący  grzybek i…strach nawet pomyśleć, co by się mogło zdarzyć.

A  co poza tym? W polityce zagranicznej raczej  niewesoło, wygląda to bardzo niebezpiecznie. Na nic tłumaczenia niektórych polityków, dziennikarzy i socjologów, przypomina mi się, że tuż przed wybuchem wojny w 1939 też politycy próbowali tłumaczyć nieobliczalne zachowania Hitlera i uspakajali, że nigdy nie odważy się na wypowiedzenie wojny, tym czasem w niedługim czasie wszystko to okazało się tylko czczym gadaniem. Oby nie było tak i w tym przypadku, bo Putin, podobnie jak kiedyś Hitler, ma całkowicie ekspansywne pomysły na przemianę geopolityczną świata.
Już weszło do mojego zwyczaju otwieranie rano portalu Onet, aby niespokojnie  sprawdzić, czy gdzieś słowo WOJNA nie zostało już ogłoszone.
Natomiast nasza polityka wciąż jest jeszcze na urlopie, ale niebawem, bo już za dwa tygodnie na pewno wejdzie na polską wokandę i wtedy też zacznie się na nowo polsko – polska wojna na szczycie.
Mamy więc jeszcze niecałe 2 tygodnie na pozorne, spokojne życie, potem wszystko znów zacznie stawać na głowie.
No i dzieci też pomału muszą zapominać o wesołym czasie wakacji, niedługo w szkolnej zasiądą ławie
Zresztą pogoda też nam się bardzo wyraźnie pogorszyło, wieje dosyć chłodny wiatr, co może być po tych nieznośnych kanikułach wypoczynkiem, ale może też i oznaczać znamiona rychło  nadchodzącej jesieni.
Miłej soboty życzę, szczególnie tym jeszcze odpoczywającym. A kto może niech szybko na grzybobranie bieży, bo podobno urodzaj w naszych lasach panuje na te piękne i pyszne leśne  dobra.

Dzisiaj dzień iście świąteczny

 

Dzisiaj Kościół Katolicki obchodzi dzień Wniebowzięcia Matki Bożej, która po śmierci została przez Aniołów zabrana do Nieba, a Apostołowie darmo szukali Jej ciała, zamiast ciała znaleźli w miejscu Jej śmierci kwiaty.
Dlatego też i ten dzień nazywane jest dniem Matki Bożej Zielnej, rolnicy przynoszą do Kościoła w formie wieńców uplecionych  ze zbiorów zebranych na polach.
W dniu Wniebowzięcia Matki Bożej wierni przynoszą do Kościoła wieńce utworzone z kwiatów, owoców, ziół i warzyw, aby je poświęcić, te zioła potem są suszona i używane jako lekarstwo dla ludzi, albo przydomowych zwierząt.
Największa uroczystość z tej okazji odbywa się w Częstochowie na Jasnej Górze, gdzie jest wielu pielgrzymów, wielu z nich doszło tam w pielgrzymkach na piechotę, ofiarowując Najświętszej Panie swoje intencje, gdzie na pewno też wiele osób modlić się będzie za pokój na świecie, szczególnie teraz, w tak bardzo niebezpiecznych ostatnio czasach.

Dzisiaj obchodzimy też Święto Wojska Polskiego, którego data 15 sierpnia jest ustanowiona na pamiątkę zwycięskiej bitwy warszawskiej w  1920roku.
Tego roku obchody mają bardzo wielki wachlarz  parad naszych wojsk na ziemi i na niebie, będzie można oglądać ją w naszej telewizji.
Już o godzinie dziesiątej rano prezydent Polski Bronisław Komorowski złożył wieniec pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, potem odegrano pieśń „Jak to na wojence ładnie”, odbyła się również Msza święta za Ojczyznę.
Po wszystkich pokazach  odbędzie się wielki wojskowy piknik, mam nadzieję, że żaden oszołom nie ośmieli się zaburzyć tego naszego narodowego święta.

Coraz bardziej niebezpiecznie dzieje się od wczoraj na Ukrainie, oprócz rosyjskiej, rzekomej  misji pomocy pod sztandarem Czerwonego Krzyża ( te ciężarówki przewoziły jedynie wodę pitną, kaszę i skondensowane mleko i właściwie każda ciężarówka była właściwie do połowy pusta), przedostały się tam w nocy rosyjskie wojskowe wozy pancerne, co może niestety oznaczać rozpoczęcie działań wojennych pomiędzy Rosją i Ukrainą.
Putin pokazał tym całemu świata swój środkowy palec, pokazał, że za nic ma wszelakie nałożone na niego ekonomiczne  restrykcje, on będzie przeprowadzał swoje zamierzenia według własnego planu, co może być początkiem nie tylko wojny z Ukrainą, ale zaczątkiem III ciej wojny światowej..
Zresztą całkiem nie tak dawno przewodniczący Nacjonalistycznej Liberalno Demokratycznej Partii Rosji wieszczył, że niedługo wszystkie kraje nadbałtyckie wraz z Polską zostaną zmiecione z mapy Polskiej, wystarczy tylko jedno skinięcie głowy Jego wysokości cara Putina (bo za takiego się on ma)
Strach się bać!!!

Ale póki co, cieszy się tym pięknym i słonecznym Świętem. Może ten pokój na ziemi zostanie u Najświętszej Panienki wymodlony?

Wowka nie przemówił

 

A taka byłam ciekawa, co nowego nam naopowiada, niestety, zawiodłam się 😦

Nic ciekawego się nie dzieje, w Krakowie chłodno po całonocnych ulewach i wichurach, zresztą te wichury w całej Małopolsce nieźle narozrabiały, łamały drzewa, wyrywały dachy……

Dzisiaj masaże mam popołudniu dopiero,  a potem trzy dni przerwy i od początku.
Jak widać nie mam o niczym ciekawym dzisiaj pisać, widocznie wichura moją wenę porwała, może jutro będzie lepiej?
No to do jutrzejszego świątecznego dnia.

no i….

 

No i mamy kolejną środę. Niby taka sobie środa, ale,nie, to dzień mojego blogowego spotkania z Ulką.
Kiedyś napisała mi, że czeka na nasze tutaj spotkania, ja też na nie zawsze  czekam.
Hallo Poznań, Hallo Ulka!!!! Ślę Tobie pozdrowienia i całuski z Krakowa, może nie tak bardzo pogodnego jak jeszcze niedawno, ale….
Pamiętasz te urokliwe krakowskie uliczki i ten specyficzny krakowski  klimacik, właśnie takie urokliwe więc pozdrowienia Ci przesyłam.
Mam nadzieję, że wreszcie kiedyś osobiście odwiedzisz te  stare, krakowskie mury i pooddychasz tym „świeżym” krakowskim powietrzem.
Na razie posyłam Ci pięknie uśmiechniętego słonecznika, wprost z Magdusinego ogródka.

Wczoraj dotarła do nas bardzo smutna wiadomość prosto z Hollywood : zmarł wspaniały, bardzo lubiany aktor Williams Robbins. Na pewno każdy widział go w jego wspaniałych filmach, ja tylko wspomnę dwa: Stowarzyszenie Umarłych Poetów, w którym gra charyzmatycznego profesora literatury w jednym z prestiżowych średnich  szkół w USA, a także film Pani Daubtfire, w którym gra bardzo kochającego swoje dzieci ojca, bardzo zagubionego po separacji ze swoją żoną, występującą  o ograniczenie praw rodzicielskich ojcu dzieci i w związku z tym podejmuje się w przebraniu sześćdziesięcioletniej babci do podjęcia do pełnienia  obowiązków gosposi w swoim dawnym domu, tylko po to, by być codziennie blisko swoich dzieci.
W obu rolach był perfekcyjny, pewnie i podobnie jak i w swoich innych filmach, w których występował, ale wczoraj z wielką przyjemnością akurat te dwa filmy sobie raz jeszcze przypomniałam.
Wielka szkoda, że tak wspaniały aktor tak wcześnie odszedł. Wydawało się, że ma wszystko, sławę, pieniądze, swoją rodzinę, a jednak coś spowodowało, że targnął się na swoje życie. Jaka jedna myśl, jakiś jeden nierozważny krok i…… Życie jest jedno, mógł jeszcze wiele dać z siebie innym, mógł nie raz jeszcze rozśmieszyć, lub zadziwić, niestety, sam przerwał swoją linię życia……

Dzisia w nocy lało ( teraz też jest deszczowo) i …. dla mnie bardzo dobrze, bo spałam dzisiaj jak dziecko, z trudem o ósmej rano oko swoje otwarłam i nadziwić się nie mogłam, że już tak późno  (bo na dziewiątą idę na masaż). W każdym bądź razie była to bardzo dobrze przespana wreszcie noc, chociaż przypuszczam, że bez kawusi poranek się nie obędzie.
Tak, teraz już rzadziej piję kawę, nie mam jak dawniej porannej nieodpartej ochoty na ten napój, no chyba, że ktoś mi ją zrobi, bo zawsze twierdzę, że kawa zrobiona przez kogoś i poddana pod mój nos jest o wiele lepsza, niż  ta robiona przez samą siebie.
Troszkę takiego deszczyku dobrze nam wszystkim zrobi, byleby tylko nie trwało to za długo.
No to pędzę do swoich obowiązków i miłego dnia życzę wszystkim.

ale fajna była burza była wczoraj.

 

Może nie trwała ona długo, ale była bardzo konkretna. Ulewa była ogromniasta, nawet czasami przechodząca w niewielki grad, który bębnił po parapetach.
Wichrzysko było przy tym tak wielkie, że z trudem zamykałam wszystkie okna w mieszkaniu, stawiały one  opór i musiałam używać siły, by je zamknąć.
Raz nawet huknęło zdrowo, gdzieś chyba blisko mnie, więc spanikowałam troszkę i nie tylko wyłączyłam telewizor i komputer, ale również i wyłączyłam listwę antyprzepięciową. Ale na szczęście całkiem niepotrzebnie, bo to był tylko jeden taki porządny huk i na tym się skończyło. Za to po burzy z radością otworzyłam okno, nareszcie było czym odetchnąć. Potem też jeszcze chwilkę popadało, ale nie było już tak strasznie, jak chwilę wcześniej.
Na szczęście czas kanikuł podobno już bezpowrotnie się kończy, teraz nadchodzą ciepłe letnie polskie dni, ale nie wiem, na jak długi czas mają one u nas panować.
Martwi mnie tylko, że ta wichura połamała kwiatki Magdy w jej ślicznym ogródku, ale niestety powtórzę za niedościgłą autorką: ” sorry,taki mamy klimat”
Jak to dobrze, że udało mi się uwiecznić je na zdjęciach w zeszłą niedzielę.
A tu na zdjęciu ciekawostka, zielone jeszcze szyszki rosnące na chmielu wijącym się po daszku nad tarasem. Piękne, prawda?
Zresztą okazuje się, że wczorajsza wichura troszkę narozrabiała, połamała drzewa, niszcząc stojące auta, niektóre ulice były wręcz nieprzejezdne, gdzie niegdzie nastąpiły podtopienia…..  znów żywioł dał o sobie znać, okazał swoją nieujarzmioną silę.

Wczoraj zaliczyłam następny, już trzeci masaż i jest coraz lepiej, aż dziw, będę zdrowa? Bylebym znów tego nie zaniedbała. Bo tak u mnie już jest: duch ochoczy, ale ciało jest mdłe 🙂

Po wczorajszej burzy i po wczorajszych  opadach deszczu dzisiaj rano jest nawet chłodno ( w Krakowie nawet  tylko17 stopni), lubię takie orzeźwiające powietrze, bo przy tych kanikułach wydawało mi się, że mózg mi się za chwilę zagotuje. Pewnie jeszcze temperatura podskoczy troszkę do góry, ale na pewno nie będzie przynajmniej tego zaduchu. Za chwilkę zbieram się na następny zabieg, ale dzisiaj spokojnie, serce mam na swoim miejscu 🙂
Czy już kiedyś nie pisałam, że ja do tropików się nie nadaję?
Teraz rozumiem, czemu w krajach śródziemnomorskich między godziną 10-11 a 3-4 popołudniu jest sjesta i wszystko co możliwe jest  pozamykane, trudno przecież w takich warunkach pracować. Za to wszystkie knajpki pracują tam do późnych  godzin nocnych,  ba, czasami są nawet zamykane tuż nad ranem, bo i klienci orzeźwieni chłodniejszym powietrzem i alkoholem chętniej w nocy właśnie biesiadują.
U nas taki sposób życia się raczej nie przyjmie ( no może tylko z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę), bo jednak większość Polaków pracuje od samego rana, a pracownik i musi być w swojej pracy  rześki i zwarty 🙂

No to tyle byłoby z moim wpisem na dzień dzisiejszy.
Na koniec zamieszczam żart rysunkowy:

DOBREGO DNIA

100 Lat 100 Lat niech Daria żyje nam

Co prawda „osiemnastkę” Darii obchodziliśmy w pięknych okolicznościach przyrody 2 dni temu, ale prawdziwy dzień narodzin Darki jest właśnie dzisiaj, 11 sierpnia.
Pamiętam ten dzień osiemnaście lat temu, gdy rano  skoro świt Ela zbierała się do szpitala, a Maciek odwoził ją tam autem. Trochę było nerwowo w domu  (wtedy jeszcze wszyscy mieszkaliśmy razem), a kilka godzin przyszła wiadomość : Ela powiła córkę. Pamiętam, gdy pierwszy  raz  zobaczyłam tą kruszynkę obwiniętą w rożek, to już osiemnaście lat od tamtego dnia minęło????
Czego mam Ci życzyć dzisiaj Darusiu. Przede wszystkim powodzenia w szkole, pomyślnie zdanej matury z tak wielką ilością punktów, byś mogła osiągnąć swój cel, czyli dostanie się na  medycynę na UJ. Życzę Ci wielu oddanych Ci prawdziwych przyjaciół, na których w każdej sytuacji będziesz mogła liczyć, wielu pogodnych i wesołych chwil w nadchodzącej przyszłości i spełnienia wszystkich tych najbardziej ukrytych przez Ciebie marzeń.

Poranek niedzielny  spędziłam jeszcze z solenizantką, potem poszłam sobie do Magdy, gdzie byłam aż do późnego wieczora. Było pięknie i słonecznie i chociaż gdzieś w bardzo wielkiej dali trochę pomruczało i postraszyło burzą, ani jedna kropelka z nieba na szczęście nie spadła. W sumie było może i duszno, ale późnym popołudniem wiał lekki wietrzyk, który przynosił orzeźwienie.

Jadąc w sobotę do Modlnicy Maciek miał wielkie kłopoty z przejazdem z  powodu wyścigu Tour Pologne, wszystkie główne i te mniejsze też  ulice Krakowa były zablokowane, myślałam, że powrót do Krakowa będzie łatwiejszy, wszak wyścigi już się skończyły. Nic bardziej mylnego, wczoraj przy wjeździe  do Krakowa od Ronda Ofiar Katynia zaczynały się wielkie korki, a ulica Czarnowiejska była całkowicie zablokowana sznurem samochodów. Przy zbiegu ulic Czarnowiejskiej i ul Piastowskiej,  mimo działających świateł, stała grupa policjantów, którzy nie wiedzieć czemu przejęli kierowanie ruchem na tych ulicach i….zrobili całkowity zamęt, auta stały, trąbiły a oni uparcie przepuszczali tylko jeden p as ruchu, innych stopując. Dosłownie, gdyby auta jeździły tam według świateł przejazd byłby o wiele sprawniejszy. Ale ponieważ zablokowana była ulica Czarnowiejska, automatycznie zablokowane zostały Aleje, tak, że przejazd, który normalnie w niedzielę trwałby 20 minut przedłużył się do godziny, a może i dłużej.

A tak w ogóle to dwudniowe przebywanie na świeżym powietrzy tak mnie odurzyło, że wczoraj po przyjeździe do domu prawie zaraz padłam ze zmęczenia do łóżka no i spałam aż do………drugiej w nocy, czyli kolejna noc zarwana, pewnie tak już pozostanie mi na zawsze.
Pewnie, że jeszcze potem, tak około 5-6 na chwilę jeszcze się zdrzemnęłam, ale i tak obudziłam się o ósmej jakby nieco „zaczadziała”.
A  dzisiaj znów normalny powszedni dzień przed nami.
Po południu idę na kolejny masaż kręgosłupa. Jednak coby nie mówić jest znaczna poprawa, już pomału zanika „efekt Azji” czyli uczucie, jakby ktoś nasadzał mój kręgosłup na pal i nim wkręcał się w moje lędźwie.

Ostatnio bardzo ciekawe zjawiska można na naszym nieboskłonie zobaczyć. Księżyc jest w tej chwili nie tylko w pełni, ale jest też i  w swoim perygeum, czyli w
punkcie na swojej orbicie najbardziej zbliżonej do Ziemi, więc nie tylko jaśniej świeci, ale jest też bardziej dla ludzi widoczny. Do tego w tych dniach ma nam się ukazać prawdziwy deszcze meteorytów ( ile to naszych życzeń będzie się spełniało), też piękne zjawisko do obserwowania.
A co  tych spełnionych życzeń pomyślanych podczas spadania gwiazdy to sama wiem, że to prawda: gdy byłam piękna, bardzo młoda  i bardzo zakochana, siedziałam ze swoim chłopakiem na ławce nad Wisłą i rozmawialiśmy o jego  nadchodzącym w ciągu najbliższych dni wyjeździe na Śląsk. Nie muszę dodawać, że byłam tym faktem bardzo zasmucona, nawet nie jedna  łezka z oka mi spadła, bo gdy ktoś jest zakochany chce taką osobę mieć stale około siebie. I nagle powiedziałam na głos: ciekawa jestem czy……nie dopowiedziałam do końca życzenia, bo w tym momencie spadła z nieba piękna gwiazda. On wyjechał, ale zgodnie z moim życzeniem rok później znów siedzieliśmy razem na tej samej ławeczce nad Wisłą, znów byłam szczęśliwa, było dokładnie tak, jak w moim niewypowiedzianym do końca życzeniu.
Coś jednak  prawdy w tym jest w tym powiedzeniu o spełnianiu się życzeń widząc spadającą gwiazdę.
Teraz pewnie moje życzenie byłoby całkiem inne, bardziej życiowe, bardziej materialne niż romantyczne jak kiedyś, ale czy uda mi się odnaleźć taką spadająca gwiazdę?

Nadchodzi nowy tydzień, a więc wypada mi wszystkim życzyć  miłych jego siedmiu dni, tym bardziej, że przed nami znów dłuższy nieco weekend
Przyjemnego poniedziałku też życzę.