czas studniówek

 

Jedna „moja” maturzystka Daria już wczoraj balowała na studniówce, druga „moja” maturzystka Matylda  będzie balować w przyszłą sobotę.
Od mojej studniówki minęło już 48 lat, a wciąż pamiętam…
Dzień wcześniej przyplątał mi się okropny katar, cały nos miałam zapuchnięty. Mój przyjaciel Janusz znalazł na to metodę, wsadził moją buzię pod koc  ze spodeczkiem pociętej cebuli, co ciągle dosypując świeżą porcję i szczelnie  moją głowę tym kocem owijając. Myślałam, że tam się uduszę, a zapach cebuli powodował, że moje oczy płakały, jak po jakiejś wielce wyrządzonej krzywdzie. Siedziałam pod tym kocem chyba z godzinę, może dłużej, ale……. kuracja zadziałała, rano kataru już nie było, no, może tylko lekko waniałam cebulą :-).
Na studniówkę poszłam z dwoma panami, właśnie z Januszem i jeszcze z kolegą mojej siostry, ze Zbyszkiem, czym chyba wzbudziłam wśród koleżanek lekkie zdziwienie?. Oczywiście nie było mowy o żadnych strojach, trzeba było być ubranym w białą bluzkę i w skromną, za kolana czarną spódnicę, ewentualnie dopuszczona była lekka fryzurka, ale nie tam jakieś „tapiry”, wszystko skromnie, jak na panienkę przystało. Oczywiście studniówka odbywała się w sali gimnastycznej szkoły, do której chodziłam. Kiedy to było???? no troszkę czasu temu, w 1967roku obowiązywały jeszcze bardzo ostre szkolne  restrykcje. Dopiero na komersie można było nosić elegancką długą sukienkę i oficjalnie  wolno było się  napić  kieliszek wina. Oczywiście obowiązkowo grono nauczycielskie i grono rodziców pilnowało, aby wszystko odbywało się zgodnie z przepisami, nie pozwalali na żadne „odstępstwa” Ale grunt to mieć dobre pomysły – na szczęście rodzice nie chodzili za młodymi np do WC, a tam zawsze gdzieś za umywalka jakas butelczyna sprytnie ukryta była 🙂 Potem tylko starsi się dziwili, że młodzież taka rozochocona, ale wszystko szło na karb dobrej zabawy. Zabawa trwała oczywiście tylko do słusznej godziny, czyli do 22.00, potem wszyscy rozeszliśmy się do domu.
Oboje panowie odprowadzili mnie do domu ( no, po prawdzie Janusz mieszkał w tej samej kamienicy), ale szliśmy spokojnym, spacerkowym krokiem przez Planty, więc po dom dotarliśmy dopiero po 23 i pani dozorczyni musiała nam otworzyć bramę. Tu Zbyszek, podpuszczony przez Janusza zaczął swoje przedstawienie, klęczał na progu bramy, wyznawał mi miłość, całując mnie po rękach i głośno wzdychając, ku wielkiej mojej i Janusza uciesze, a ku wielkiemu oburzeniu bardzo religijnej pani dozorczyni, która omalże z oburzenia palpitacji serca dostała, bo kto to widział, żeby panienka z dobrego domu takie brewerie po nocy urządzała, w dodatku w towarzystwie aż dwóch młodzieńców???
Ale za to miała o czym następnego dnia w maglu opowiadać, bo właśnie w maglu i w sklepiku na przeciwko mojego domu, który prowadziły swoją działalność siostry Felicjanki, wszystkie takie sensacje omawiano. No, wyobrażam sobie, jak mnie obsmarowały, pewnie suchej nitki na mnie nie pozostawiły.
I takie właśnie całkiem zabawne wspomnienia na mnie dzisiaj przyszły, zupełnie, jakbym wtedy żyła w jakichś zamierzchłych i mrocznych czasach. Może i tak było ( w porównaniu z dzisiejszymi czasami), ale to wcale nie znaczyło, że młodzież wtedy była taka całkiem poważna, też ją na jakieś żarty stać było, a im bardziej wprowadzała w zdumienie starszych, tym bardziej z tego miała uciechę.

O polityce dzisiaj ani słowa, bo jestem po prostu zawiedziona i zła. I tyle na ten temat.
O pogodzie też pisać nie będę, bo jest nijaka.
Ale przynajmniej dobrze i długo mi się dzisiaj spało.

Miłej niedzieli.