Kryzys?

Nic nie zapowiadało mojego wczorajszego kryzysowego dzionka. Wstałam całkiem radośnie, wypoczęta, doszłam szczęśliwie do pracy, chociaż trzeba powiedzieć, że musiałam kilkakrotnie po drodze odpoczywać na ławeczce, bo akurat zrobi się znów zaduch.
Ale podjęłam się swojej pracy i nagle….poczułam się, jakby ktoś wypompował ze mnie całe powietrze. Było mi duszno i słabo, mimo, że w mojej pracowni zamontowany już jest klimatyzator, całkiem fajnie nawet dmucha chłodniejsze powietrze. Może aparatowi nawet to posłużyło, bo wyraźniej mniej się zawieszał, niż poprzednio (chyba tylko dwa razy musiałam error usuwać) , za to mi ciągle było duszno, a przecież temperatura nie była aż tak oszałamiająco wysoka, jak ongiś bywało.
Ponieważ musiałam zawiesić swoją kartę bankomatową, nie mogłam wracać jak zawsze Boltem, czy Uberem, musiałam zdać się na miejskie taksówki. Byłam bardzo zmęczona i nie podjęłabym się powrotnej drogi autobusem, zwłaszcza, że od przychodni do przystanku jest dosyć daleko.
I tu rozpoczęły się schody, bo nijak nie mogłam dodzwonić się do Barbakanu, którym często jeździłam, dostawałam jakieś dziwne komunikaty, zresztą koleżance też nie udało się tam dodzwonić, musiałam zdać się na jakąś inną firmę, więc musiałam prawie jeszcze pół godziny na transport poczekać.
Przyjechał całkiem miły pan w średnim wieku, niestety był bardzo gadatliwy, a szczególnie lubił opowiadać o swoich chorobach – akurat coś dla mnie, myślałam, że przez to okno taksówki wypłynę na zewnątrz. Ale ponieważ jestem dobrze wychowana, starałam się jakoś wysłuchać i nawet grzecznościowo wdać się w konwersację, ale to jeszcze bardziej mnie tylko zmęczyło. W dodatku potem pan zaczął mi opowiadać o jakichś zielonych czy niebieskich ludzikach, które z Ukrainy do nas dotarły, jako zrzut ludzi Putina – prawdziwy obłęd, a taksówka jechała i jechała, wydawało mi się, że już w nieskończoność tak będzie……
Do domu dotarłam całkowicie już wypompowana, nawet komputera nie odpaliłam, tylko położyłam się na łóżku i natychmiast zasnęłam.
Rzeczywiście obudziłam się około 11 w nocy, ale tylko po to, by iść do łazienki, rozścielić łóżeczko i po przebraniu się w nocną bieliznę, natychmiast dalej spać. Może i ze dwa razy w nocy się przebudziłam, ale radośnie jednak do rana przetrwałam, dopiero kawa i poranne wejście na mój komputer (już nie mówiąc o porannym telefonie od Magdy) jakoś na normalne tory życia mnie przywróciły.
Nawet do hurtowni gtm zatelefonowałam, z zapytaniem, czemu jeszcze nie przelali moich pieniędzy na moje konto, okazało się, że sprawa jest przesłana do rozpatrzenia do księgowości hurtowni Dziwne, co oni chcą rozpatrywać, skoro sprawa jest prosta, nie dokonałam zakupu, powinien być zwrot pieniędzy. Ale okazuje się, że na taki zwrot muszę czekać 14 dni.
Ot, znowu biurokracja, brać chcą natychmiast, za to z oddawaniem niewykorzystanych pieniędzy zwlekają – nasza polska rzeczywistość.
Ale najważniejsze, że już nie mam kłopotów z Alior Banku, chociaż jeszcze nie dostałam żadnego potwierdzenia, że moje pieniądze tam wpłynęły i że zamykają w związku z tym moje kredytowe konto. Pewnie na to też będę musiała odczekać regulaminowy, bankowy czas. ECH !!!! szkoda nawet gadać jak to wszystko u nas w Polsce żółwim tempem się załatwia.
Ale najważniejsze, że wstał nowy dzionek, niby chmurzasty trochę, ale w miarę ciepły, nawet słonko też się już pokazało, co prawda jeszcze nieśmiało, ale pokazuje przynajmniej swoja obecność na niebie.
No i moja psychiczno – zdrowotna kondycja jest o wiele korzystniejsza, niż wczoraj, pewno to jest skutkiem dwóch wypitych przeze mnie kaw.
No to życzę przyjemnego i szczęśliwego piątku (na szczęście dzisiaj nie jest trzynasty dzień miesiąca) i wiele radosnych godzin na dzisiaj i na cały weekend.