a jednak czarownica !!!

Moje zaklęcie Abra Kadabra wczoraj jednak zadziałało. Koło 10.30 pojawiło się słonko i nasze spotkanie w bardzo miłe zresztą j atmosferze przebiegło jednak nie wewnątrz kawiarni, a w ogródku kawiarnianym.
Deszcz przyszedł z powrotem, ale dopiero kilka godzin później, tak, że nawet do pracy suchą nogą doszłam.
Przyznam, że trochę bym zawiedziona tym terenem, na którym znajdują się te kawiarenki. Wciąż sprawiają wrażenie, jakby ten teren po byłej fabryce papierosów był w ciągłej w rozbudowie. Jest tam dosyć surowy klimat, może wieczorem, gdy zapalają się lampki jest trochę przyjemniej, ale…
Właściwie to powinien tam znaleźć się jeden gospodarz, który potraktuje ten dosyć rozległy teren jak całość, a potem właśnie dokonać podziału na te małe jednostki kawiarniane. Na pewno dodatnio wpłynęło by to na klimat, który by tam wtedy zapanował. Byłoby przytulniej. A może właśnie nie? Może ta pewnego rodzaju dzikość terenu, odzwierciedlająca to, co kiedyś tam istniało, jest rodzaju relikwią dziejów starego, zapomnianego już Krakowa, no przynajmniej tej jego części ?
No, ale gdy nie wiadomo o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze.
Dlatego tam każdy gospodarz sam sobie rzepkę skrobie i jest tak , jak jest, ale to też ma swój urok, przecież nie zawsze wszystko „pod sznurek” musi być urządzone, Francja – elegancja? no może rzeczywiście niekoniecznie!
No i po co ja się tak wymądrzam i koniecznie przed szereg chcę wyjść?
Jeżeli się komuś nie podoba, może tam nie przychodzić.
Ale może miałam zbyt wielkie wyobrażenie i moje zderzenie z rzeczywistością nieco mnie rozczarowało…..
A ja jednak następnym razem też umówię się z kimś tam miłym na Dolnych Młynów, a tak wogóle to MARUDA jestem i już!
Ale przecież najważniejsi są ludzie, z którymi się spotykamy.
Stolik, to stolik, krzesełko więcej lub mniej wygodne to tylko mebel, który i tak na tym właśnie miejscu pozostanie, ale w pamięć zawsze zapadną te miłe, wspólne chwile.
A te były naprawde bardzo sympatyczne.
Rodziców Diany już kiedyś osobiście spotkałam, ale Beatkę i Sława znałam tylko z Facebooka, to było nasze pierwsze spotkanie w realu i…….. okazało się, że ta internetowa znajomość doskonale przełożyła się na całkiem realną sympatię, czułam się w ich towarzystwie tak, jakbym znała ich już od dawna. I to nie dlatego, że zostałam przez Beatę sowicie obdarowana darami natury: dostałam piękny słoik z ziołami przez Nią zbieranymi, dostałam syrop z szyszek przez Beatkę robiony, teraz żaden kaszel już mi nie będzie straszny no i Sław zrobił pyszną nalewkę ajerkoniakową, którą w domu od razu wypróbowałam, wyborna. Również i Rodzice Diany obdarowali mnie wiśniami w czekoladzie, czułam się tak, jakby na Dolne Młyny św Mikołaj przyjechał wczoraj z prezentami.
Tylko ja nie miałam dla nich żadnego prezentu……….. 😦
Oczywiście była też i Diana z Ksawerym, ale największą Gwiazdką tego naszego spotkania była oczywiście Zelda. Bardzo już wydoroślała nasza Zeldunia, już nie jest tym potulnym, ufnym niemowlakiem, rozdającym uśmiechy na prawo i na lewo, stała się bardziej asertywna , potrafi mieć już swoje zdanie, które umie wyegzekwować. Owszem, obdarzyła mnie uśmiechem od czasu do czasu, ale najważniejszą osobą w tym towarzystwie dla niej była jej mama, co jest chyba normalne raczej dla dzieci w tym wieku, zaczynają się wstydzić osób, które nieco mniej znają, są mniej wobec nich ufne. Dlatego nawet nie próbowałam jej wziąć nawet na ręce, nie chciałam niepotrzebnie ją deprymować.
Oczywiście nasze spotkanie zakończyło się, a jakże, wspólnym zdjęciem, pamiątką z mile wspólnie spędzonych chwil.
Ponieważ, jak pisałam, zostałam obdarowana prezentami, moja siatka zrobiła się bardzo ciężka, więc musiałam taksówką wrócić do domu, gdzie zostawiłam bagaże i pojechałam na Żabiniec, do pracy.
Dalej była piękna słoneczna pogoda i nawet zrobiło mi się nieco gorąco w tej mojej tunice, ale do czasu, niestety deszcz znów dał o sobie znać i z pracy wracałam już w całkowitej ulewie, jak to dobrze, że istnieją taksówki!
Za to wczoraj w pracy „zabawiłam się” ….w psychologa. Miałam pacjentkę, której pierwsze słowa po wejściu do mojego gabinetu były „Boję się” Nie był to pierwszy już taki przypadek, z którym się spotkałam, nie wiem czemu, ale wyraźnie ten duży, nieco „warczący” aparat robi na niektórych ludzi duże wrażenie.
Pani okazała się bardzo miłą osobą, po moich słowach, „proszę się nie bać, wszystko będzie dobrze” wdała sie ze mna w długą rozmowę, która okazała się dla niej zbawienna, bo udało się jej pokonać ten niepotrzebny lęk przed badaniem, które przeszło przez to całkiem dobrze, a poza tym rozmawiając z nią o różnych naszych kobiecych i ludzkich kłopotach sama w pewnym sensie sobie pomogłam w opanowaniu niektórych moich własnych lęków, obaw, porównując niektóre zbieżne nieraz problemy. Chyba nie ma człowieka, który by takich obaw nie posiadał , trzeba tylko potrafić sobie je uprzytomnić i rozwiązać, a taka właśnie rozmowa z tą moją pacjentką okazała się swoistą terapią i dla niej i przy okazji dla mnie.
Pani też zadowolona była z naszej rozmowy, która nieco się przedłużyła, ale akurat nie miałam w tym momencie żadnego innego pacjenta i mogłam jej czas poświęcić. Na koniec pani serdecznie mnie uścisnęła i stwierdziła, że powinni mnie w przychodni zatrudnić na etacie psychologa, bo świetnie nadaję się do tej roli. No przesada oczywiście, ale czasami okazuje się, że sama empatia jest nieraz korzystniejsza niż źle, tylko podręcznikowo pojmowana wiedza o psychice innego człowieka. Bo drugiego człowieka trzeba umieć wysłuchać, zrozumieć, wstawić siebie w jego ramy myślenia, odczuwania, bo przy tym można naprawdę wiele i o sobie samym się dowiedzieć, wydobyć ze swojej duszy to, co chcemy nieraz przed samym sobą ukryć i w pewnym sensie odnaleźć siebie od nowa.
Takie oczyszczenie własnych myśli przynosi potem wielki spokój.
To właśnie jest ciekawe, że taka rozmowa dwóch całkiem nieznających się dotąd osób okazała się dla nich dwustronną terapią.
Tak więc wczorajszy dzień był dla mnie niesamowity, bardzo miły i przy tym bardzo ciekawy, śmiało mogę powiedzieć, że był bardzo udany i nawet ten popołudniowy deszcz nie potrafił mnie dobrego humoru pozbawić.
Nie tylko dlatego, że w bardzo miłym towarzystwie spędziłam przedpołudnie, zyskałam nowych serdecznych Przyjaciół, ale również odnajdując w sobie nowe pokłady empatii, byłam komuś pomocna i przy okazji w pewnym sensie sama siebie na nowo odkryłam, czegoś się o sobie samej nauczyłam.
A co dzisiejszy dzień przyniesie?
Tego nie wie nikt, dzień dopiero się rozpoczyna, na razie owiany jest tajemnicą.
Jak to kiedyś powiedział w znakomitym psychologicznym w sumie filmie Forest Gump, życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo, jaką czekoladkę z niego się wybierze.
Ale i tak słonka i pogody ducha na dzisiaj życzę.
Oj, coś za dużo tej psychologicznej filozofii w moim dzisiejszym wpisie zamieściłam 🙂
Ale może to i jest lepsze, niż polityczna rozprawka ??????
Na pewno bezpieczniejsze!!!
Wszystkiego dobrego 🙂