w poniedziałek rano Ewa pisze:

 

Wczoraj z okazji 90 siątej rocznicy zamachu na prezydenta Narutowicza zadałam sobie trudu i na You Tubie odtworzyłam sobie film Jerzego Kawalerowicza „Śmierć Prezydenta”.
Przyznaję, byłam pod wielkim wrażeniem i  z wielkim przerażeniem znalazłam  w nim całą masę analogii do czasów obecnych.
Ta nienawiść, ta podburzana gawiedź  przez przeciwników  wyniku wyborów, ta niechęć do prezydenta, ponieważ  mimo wielu politycznych zabiegów i nawet pewnego rodzaju szantażu nie  został wybrany prezydentem  przedstawiciel prawicy. Nie mógł zostać, ponieważ   ostateczny przeciwnikiem Narutowicza  był hrabia  Zamoyski, był  on obszarnikiem,  i miał wielu przeciwników pośród zwyczajnego ludu, chłopów no i oczywiście partii lewicowych. Jego pięć dni prezydentowania napiętnowane były rozruchami, a nawet morderstwem kilku młodych socjalistów. Nie było to jednak jakimś ostrzeżeniem dla prawicy, że nienawiść prowadzić może do krwawego zakończenia.
Nie trzeba było długo czekać, nacjonalista Eligiusz Niewiadomski wykonał na prezydencie wyrok prawicy, wyrok śmierci, przestał im przeszkadzać.
A czy przyszła wtedy skrucha, chociażby refleksja nad tym, co uczynili, bo właściwie to nienawiść prawicy była motorem tego   politycznego mordu.
Raczej nie, skoro pogrzeb Niewiadomskiego był prawdziwą manifestacją, podczas której tego właśnie mordercą prawica ogłosiła bohaterem.
A czy teraz nienawiść nie wyprowadza jak kiedyś ludzi na ulicę?, nie ma nienawistnych okrzyków, zarzucanie prezydentowi Komorowskiemu jak ongiś zdrady, zaprzaństwa i tego, że nie jest katolikiem? Do tego jeszcze dołączyć trzeba obelgi i kalumnie rzucane na premiera, jasne, przecież Kaczyńskiemu nie udało się wygrać ani prezydenckich, ani parlamentarnych wyborów. Czy przyjdzie kiedyś czas opamiętani w polityce, zarówno zresztą po prawej, po lewej i po środkowej stronie? Bo nie daj Panie Boże, by znów miała powtórzyć się historia sprzed 90 ciu lat. A historia niestety lubi się powtarzać.

Oglądałam zresztą wczoraj jeszcze jeden ciekawy film w necie ( bo jak wiecie ostatnio jestem bardzo sprawą zainteresowana) , mianowicie przepowiednie Nostradamusa na rok 2012, I co? Właściwie trochę tam straszą w tym filmiku, ale najważniejsze jest to, że zakończenie filmu jest całkiem optymistyczne, bowiem to, czy dojdzie czy nie do Armagedonu w dużej mierze zależy od nas samych, od naszego zachowania i sprawa nie jest wcale na ostrzu noża postawiona, że koniec świata będzie i nic tego nie zmieni. Jeżeli my się zmienimy na dobrych i uczciwych ludzi, a mamy na to jeszcze całe 4 dni, koniec świata może zostać odroczony…….

Zastanawiałam się nawet co robić, bo w piątek akurat wypada mi zmiana popołudniowa w pracy ( zastępstwo za Jarka)  i w związku z tym martwiłam się o mój  późno popołudniowy, a właściwie już wieczorny  powrót z pracy do domu, niepotrzebnie, bo okazuje się, że gdyby rzeczywiście ten koniec świata miał nastąpić, dzień zaczął by się ( a raczej nie zaczął by się )  już całkowitymi  ciemnościami, bo rano nie wzeszłoby już słonce.
A tak na prawdę nasuwa się pytanie, czy człowiek wierzący powinien wierzyć w gusła i zabobony? To, czy będzie czy nie koniec świata nie leży przecież w gestii ludzi do tego nie powołanych. O tym, kiedy to nastąpi zadecydować może tylko Bóg i dzięki tej pokrzepiającej myśli poszłam spokojnie wczoraj spać.
I to samo będę sobie powtarzać w czwartkowy wieczór, gdy będę kładła się do łóżka. W końcu już kilka takich” końców świata” przeżyłam

Dzisiaj też  do pracy idę na inną niż zazwyczaj w poniedziałek zmianę, mianowicie na rano, dzisiaj znów przyjeżdża ten miły pan doktor od dziecinnych kręgosłupów – jak to dobrze, że będę miała okazję przed tym końcem świata jeszcze z nim się pożegnać 🙂 Teraz już żartowałam, bo jak widać jednak mieszane uczucia mną targają w ten ponury, szary poniedziałek.
Zatem życzę przyjemnego przedświątecznego tygodnia, za tydzień już Wigilia.