marcowa piosenka w środę

Śpiewam dzisiaj marcową melodię Uleczku, bo taki piękny miesiąc do nas właśnie zawitał, a ponieważ akurat marzec rozpoczął się w środę, obowiązkowo na linii nutowej oczywiście róża musiała zagościć, jakże by mogło bez róży ten piękny dzień tygodnia obchodzić. A gratis dołączam dwa złote serduszka, które nas dzisiaj połączą.
Miłej, ciepłej i  słonecznej środy Uleczku 🙂 Z tym słonkiem to co prawda różnie dzisiaj będzie, ale grunt, by humorek dopisywał!!! To jest najważniejsze, bo tylko on  nawet najbardziej pochmurny dzień nam opromieni.

Co prawda dzisiejszy dzień z założenia jest smutny, bo z wiecznością jest powiązany i każe nam dzisiaj zastanowić się nad sensem naszego życia, nas wszystkich i każdego z osobna, ale…no właśnie, czy takie rozważania koniecznie muszą być posępne i przynoszące same  złe  myśli?
Nie koniecznie, to wszystko przecież zależy od naszego nastawienia, od tego, jakie są naszego oczekiwania w stosunku do tej nadchodzącej wcześniej, czy później wieczności. Jedni wierzą w życie wieczne, inni w nie wątpia, albo w ogóle nie wierzą…..
I znów przemawia tutaj przeze mnie myśl, która zakwitła w mojej głowie tuż po przeczytaniu książki pod tytułem „Dowód”, o której już kilkakrotnie w moim blogu wspominałam. Może jednak warto wierzyć? Warto dzisiaj posypać swoją głowę popiołem i uznać, że  co prawda nasze życie tu na ziemi kiedyś się skończy, ale przed nami czeka nas niewyobrażalne ludzkim mózgiem szczęście.

No a teraz, bardzo niechętnie, ale przyznam się, że dałam się wypuścić  wczoraj w maliny, gdy „wygrałam” podczas prezentacji główny prezent w postaci masażera, poduszek relaksujących, naczyń kuchennych firmy  ponoć włoskiej i jakiś olbrzymiego odkurzacza z funkcją prania. Wszystko dobre, wygrana, to wygrana, ale za te prezenty musiałabym przez 36 miesięcy spłacać firmie około 167 zł miesięcznie, czyli za wszystko zapłaciłabym 6012 zł.
A gdy po konsultacji z Magdą i z Maćkiem dowiedziałam się, że za te wszystkie przedmioty zakupione w normalnych sklepach wydałabym maksymalnie 600 – 800 zł, no może tysiąc, mina mi zrzedła.
Firma bardzo ochoczo przywiozła mi te graty do domu i teraz mam problem z ich odesłaniem. Bo okazuje się, że teoretycznie mam prawo aby  do 10 dni zrezygnować z zakupu bez podania przyczyny, ale… firma znajduje się w Białymstoku, a nie w Krakowie, to primo, a secundo, co najważniejsze, zgłosiłam akces odstąpienia od umowy telefonicznie i dowiedziałam się, że pan prezes będzie dopiero w poniedziałek i wtedy do mnie oddzwoni.
Tere fere kuku, jeżeli on w ogóle zadzwoni, to na pewno wtedy, gdy okres karencji będzie już skończony i poinformuje mnie, że już na odejście od umowy jest za późno. Telefonowałam raz jeszcze do tej firmy, aby spytać się, czy adres podany w internecie jest aktualny, na co dowiedziałam się od pani, że ona tego nie wie, bo…ona tylko odbiera telefony. No tak, najwyraźniej ona nie wie, gdzie pracuje, tylko ciekawe, czy wie, pod jaki adres ma się udać po wypłatę. No chyba że wpłacają jej na konto, a wtedy adresu znać nie musi, ale chyba chociaz sprawdza, kto i ile jej tych pieniędzy na konto przesyła?   Zachowanie tej pracownicy  już jest jawnym dowodem na przekręty tej podejrzanej firmy, ale…mądry Polak po szkodzie…..
No dobra, napiszę teraz znane z piosenki słowa : to” to taka głupia to ja już nie jestem, no może głupia, ale taka to już nie”
I co z tego wynika? Dzisiaj pocztą za potwierdzeniem odbioru prześlę do tej firmy rezygnację z mojej umowy, a na wszelki wypadek, gdyby z jakiejś przyczyny nie chcieli mojej rezygnacji przyjąć, na wszelki wypadek zgłoszę na poczcie prośbę o potwierdzenie odbioru SMS-em, jest taka opcja, więc ją wykorzystam.
No a teraz muszę jeszcze zamówić jakąś firmę przewozowa zamówić i opłacić (trudno, za głupotę się płaci)  i te 5 paczek, które mi przywieźli, ochoczo odeślę i to tez jeszcze w tym tygodniu, żeby potem nikt mi nie zarzucił, że już termin rozwiązania umowy minął i muszę spłacać to badziewie.
Dokładnie, badziewie, bo taka firma naciągaczy kupuje te przedmioty gdzieś w Niemczech za psie pieniądze, przepakowują w jakieś niby firmowe kartony  i potem sprzedają  takim naiwnym emerytom jak ja, z wielokrotnym przebiciem.
Dobra, raz jeszcze przyznaję, że to był olbrzymi błąd z mojej strony, zatraciłam nie tylko zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy, ale i czujność, a teraz muszę za to zapłacić przynajmniej swoimi nerwami, jeżeli uda mi się nie spłacać kredytu, mam nadzieję, że po rozwiązaniu z tą firmą mojej umowy bank odstąp od kredytu, który mi udzielił.
I tu mój apel do wszystkich mądrych ludzi, a szczególnie do emerytów, którzy zawsze są łatwym łupem dla naciągaczy:
NIGDY, ALE TO NIGDY NIE CHODŹCIE NA ŻADNĄ PREZENTACJĘ, nawet gdyby obiecywali Wam nie wiadomo jakie darmowe prezenty.
Ja wczoraj w ramach darmowego prezentu dostałam jakiś ręczny odkurzacz do samochodu, który pewnie po jednokrotnym, no może dwukrotnym użyciu i tak się zepsuje.
Właściwie to wstyd nawet powinno mi być, że dałam się nabrać i nawet nie powinnam w moim blogu o tym wspominać, ale wstyd wstydem, ale wiem, że nie jestem jedyną ofiarą tych  oszustów i muszę przestrzec innych, by nie popełnili tego błędu, który ja zrobiłam.
Wszak błądzenie jest cechą ludzką, a czasami, jak widać w moim przypadku, naiwność i wiara w ludzi, że nie koniecznie muszą od razu cię oszukać, jest niestety dosyć częstym zjawiskiem, a na tym właśnie takie firmy bazują.
Już wiedzą, że w prosty sposób trudno jest namówić kogoś do takiego zakupu masażera, to wymyślają niby wygraną, człowiek to zachłanna istota i na taki bajer szybciej przecież się daje złapać. No i daje, co widać powyżej.
Dobra, już, nie piszę o tym dłużej, bo ze wstydu moje policzki aż płoną, a też muszę się troszkę uspokoić, bo wczoraj wieczorem wydawało mi się, że z tych nerwów dostanę chyba zawału serca. Na szczęście nie zachorowałam, dzisiaj obudziłam się normalnie, już  bez sercowych ekscesów, tylko chciałabym mieć to wszystko już za sobą.
A gdy jakaś firma para medyczna do mnie następnym razem zatelefonuje, odeślę ich….na Berdyczów !!!!

OJ EWA, EWA, STARAŚTY, A GŁUPIAŚTY !!!!!!!

Wczoraj był ogromny wiatr, tak silny, że gdy stałam na światłach, aby przejść na druga stronę ulicy, musiałam trzymać się słupka, bo wiatr mną miotał i na siłę wpychał na jezdnię. Czasami porywy wiatru były rzeczywiście potężne, co wcale  nie ułatwiało chodzenie po ulicy. Od razu przypomniała mi się bajka o Tadku Niejadku, którego wiatr porwał w górę, ja co prawda może i nieco mniej jem, ale nie na tyle, żeby w górę się wznieść, jednak wczoraj miałam spore trudności, aby ten wiatr pokonać.
Dzisiaj wiatr chyba nieco zelżał, ale za to jest buro – ponuro, żadnych oznak wiosny, a już było tak pięknie…….
No cóż, na wiosnę jeszcze musimy poczekać.
Życzę wszystkim spokojnej środy i dobrych, mądrych decyzji.