ponura sobota

 

Wstał ponury, mżysty dzionek, jeden z takich, których nie lubię.
Dlatego na przekór złemu losowi, złej pogodzie dzisiaj u mnie motylki fruwają
Zresztą rozpadało się wczoraj wieczorem i całą noc deszcz chlupał i chlupał, słyszałam jak walił o parapet.
Wiedziałam, że tak będzie, moje niezawodne stópki wczoraj mi o tym przypominały.
Mimo, że zażyłam Nimesil, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa, tak właśnie działa mój „prywatny barometr” – jest niezawodny.
Umówiłam się wczoraj z Zojką na Rynku w Krakowie, jeszcze tam jakoś całkiem nieźle doszłam. Chwilę poczekałam na nią pod Adasiem, czyli pod pomnikiem Mickiewicza, kultowym miejscem do spotkań różnorakich, bo jest łatwo rozpoznawalny nie tylko dla Krakowiaków, ale i dla turystów też.
Kiedyś ludzie siadali na stopniach pomnika, teraz jest on pięknie ogrodzony łańcuchem, ale wokoło postawione są ławeczki, można sobie na nich na chwilkę przysiąść.
Po Rynku snuły się grupy młodych Anglików, ubranych w jednakowe, szare bluzy z napisem nazwy szkoły, do której w Anglii uczęszczali i pod spodem wyszyte było Kraków 2017. ładnie to wyglądało, chociaz niektórzy z nich na te bluzy poubierane mieli kurtki, jednak było nieco chłodnawo, nawet i dla nich, którzy do takiej burej  pogody są raczej przyzwyczajeni. Za to byli okropnie głośni, bardzo głośno rozmawiali, prawie, że do siebie wykrzykiwali i co chwilę wybuchali salwami śmiechu – ot, jak to młodzi, radośni ludzie.
Podziwiałam stragany z kolorowymi kwiatami, które wyglądały już bardzo wiosennie, radośnie, a w jednym z takich stoisk kwiaciarka wystawiła już malutkie palemki- znak, że Święta Wielkanocne już za pasem.

Parę minut po 15- stej dołączyła do mnie Zojka i razem poszły o tej Galerii Lilou na ul .w Tomasza. Rzeczywiście, było w czym wybierać, ale zdałam się na poradę Zojki i wybrałyśmy małego srebrnego słonika (na szczęście) na niebieskiej kokardce – to teraz jest podobno modne. Żadne srebrne, czy złote bransoletki, tylko właśnie wstążki młodzież na ręce zakłada.
Po wyjściu ze sklepu pożegnałyśmy się, każda poszła w swoją stronę. I właśnie wtedy zaczęły się moje „schody” z chodzeniem, miałam wrażenie, że pod stopami nie mam ani skóry, ani podeszwy, tylko samymi kośćmi uderzam o twarde podłoże.
Na szczęście jeszcze deszcz wtedy nie padał, więc mogłam na chwilę przysiąść sobie na ławce na Plantach i podziwiać tłumy spieszących się, lub spacerujących ludzi.
Po małych zakupach w Rossmannie wsiadłam do tramwaju, po drodze wstąpiłam do malutkiego sklepiku, a właściwie do kiosku koło Placu Wolności i pomału wróciłam przez Park do domu, jeszcze zresztą przysiadając na chwilkę na ławeczce, bo nogi ciągle  nie chciały odpuścić.
Oj, ale będzie padało, pomyślałam, to nie nieuniknione i…oczywiście, że miałam rację, lało potem jak z cebra. Co prawda nie wiem, skąd bierze się  takie powiedzenie – leje jak z cebra, ale tak było.
Ale i tak okazało się, że nie wszystko jeszcze kupiłam, jeszcze parę rzeczy potrzebuję, więc teraz szybciutko pędzę do sklepu i do piekarni, a potem wracam do domu i zabieram się za obiad, bo dzisiaj będę miała na obiadku V.I.P.a
Mam nadzieję, że deszcz ie przeszkodzi mi w moich zakupach:-)
Życzę wszystkim milej i spokojnej soboty, przez najbliższe dni nie ma co liczyć co prawda na słonko ale….

PUK PUK PUK ………słyszycie???, to wiosna już puka do okien. Za dwa dni otworzymy je szeroko i zaprosimy ją do naszych ogródków, do naszych mieszkań.
Koniec zimo, musisz  już odejść, już nie czas na Ciebie!!!