trochę mieszane odczucia

 

Jak już pewnie wiecie z poprzednich moich wpisów, wybrałam się wczoraj wraz z Magdą z Blogu (taka nazwa już chyba na zawsze będzie Jej przypisana) do restauracji Sissi , mieszcząca się przy ul. Krupniczej.
No i?……. właśnie mam całkiem dziwne odczucia. Restauracja owszem miła, kilkoma schodkami schodzi się w dół, do przestronnej, ale dosyć prostej, nawet powiedziałabym surowej  w wystroju sali, stamtąd przez inną, już mniejszą salkę z olbrzymią ladą – wystawę na kamienne podwórko, trzeba przyznać, że całkiem sympatyczne, też o dosyć prostym wyglądzie. Pogoda była taka trochę nijaka, ale ponieważ to podwórko tworzy pewnego rodzaju studnię, pomiędzy otaczającymi go  kamienicami, było tam dosyć chłodnawo. Na szczęście podano nam pledy, aby się troszkę okryć. Jeszcze 2-3 tygodnie temu byłoby tam zapewne bardzo przyjemnie, wczoraj słonko ledwo tam gdzieś dochodziło, ale nie na tyle, by doskonale go ogrzać.
Menu tej restauracji nie było imponujące, to znaczy była bardzo mała możliwość wyboru jedzonka. Bardzo kusiła mnie dorada w papilocie z pergaminu, pieczona w piecu, ale ponieważ dowiedziałam się, że jest to wybitnie oścista ryba, więc z niej zrezygnowałam.
Zamówiłyśmy z Magdą  sałatkę z rukoli z grilowanym kurczakiem z gruszką, oraz z kiełkami i prażonymi orzeszkami.
Przyznam, że byłam tą potrawą dosyć rozczarowana, wyraźnie w poprzednim wcieleniu nie byłam ani królikiem, ani krówką, bo ta zielenina niezbyt mi smakowała. Owszem kilka kawałków kurczaka było mięciutkich i całkiem dobrze przyprawionych, ale reszta była po prostu „sucha”. Co prawda podano osobno oliwę do polania, ale i ona nie bardzo zmieniała smak zieleniny, w porównaniu na przykład ze sałatką Anara, która tak chwaliłam kilka dni temu po mojej wizycie w Trattorii koło mojej pracy, wypadła bardzo blado. Tamta sałatka była po prostu bardziej przysmaczona i stanowiła jedność, wszystko było ze sobą „powiązane”, tu każdy listek rukoli i każdy kiełek był  tylko osobną zieleniną. W przeciwieństwie do mnie Magdzie, ta sałatka bardzo smakowała, szczególnie zaś wyróżniła kiełki z zielonego groszku, no cóż o guście i o smakach podobno się nie rozmawia.
Ale raz jeszcze podkreślam, możliwe, że ta sałatka była dobra, tylko może ja mam jakieś uprzedzenie do takich zielonych dań?
Wcześnie podano malutką kawę w malutkiej czarce, niestety, gdy dolałam do niego mleka, kawa natychmiast zrobiła się zimna, a ja zimnej kawy nie lubię. Na deser skusiłam się na jedną małą gałkę lodów orzechowych, które podobno, jak przeczytałam w internecie, miały być wspaniałe, ale okazały się całkiem przeciętne, żaden specjał, dobrze, że tylko zamówiłam jedną gałkę, bo potem tylko miałabym jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Przykro mi Magda, że tak „obsmarowałam” wczorajszą naszą ucztę, co najmniej jakbym była Makłowiczem, albo innym recenzentem krakowskich restauracji, ale już kiedyś postanowiłam, że będę w swoim blogu pisała prawdę, tylko prawdę i całą prawdę.
No dobra, skoro całą prawdę, to napiszę jeszcze (chociaż Magda radziła mi nie wpisywać tego do blogu) kupiłyśmy w ty przy restauracyjnym  sklepie połówkę na pół chleba żytniego na zakwasie. Czyli każda z nas zabrała ze sobą do domu ćwiartkę tego, czego przynajmniej ja nie powinnam zjeść. Oczywiście musiałam w domu popróbować smak tego chlebusia, niewątpliwie najlepsza była skórka, taka chrupiąca, jak lubię, miąższ był dla mnie nieco zakalcowaty. Ale to też kwestia gustu.
Oczywiście Magda wczoraj znów rozmawiała z osą, grzecznie poprosiła ją, by ta sobie gdzie indziej odfrunęła i….. zadziwiające, osa znów Ją posłuchała
No proszę, jakie zdolności psychologicznego oddziaływania  na owady ma moja Koleżanka 🙂 Aż trudne do uwierzenia, ale prawdziwe.
Niestety Magda w przyszły piątek już opuszcza Kraków. Co prawda mamy w planie jeszcze jedną wizytę w restauracji, którą Ona wynalazła, ale obawiam się, że po dzisiejszym wpisie nie bardzo będzie chciała jeszcze gdziekolwiek ze mną iść , skoro się okazałam taką malkontentką 😦
A może jednak nie będzie tak najgorzej?? W każdym bądź razie mam nadzieję, że  na pewno do swojego następnego przyjazdu do Krakowa zdąży zapomnieć, co ja n temat Sissi tu dzisiaj po nawijałam i znów gdzieś razem się wybierzemy.
Bo w tych naszych spotkaniach nie najważniejsze jest przecież jedzonko, ale to, że świetnie się rozumiemy i świetnie nam się razem ze sobą  rozmawia, co najmniej jakbyśmy się już długie lata znały, a przecież znamy się de facto dopiero 3 tygodnie. Ale tak to jest, gdy bratnie dusze się razem spotkają i lubią swoje towarzystwo.

Jeszcze na moment wracając do tych lodów i tego chlebusia (bo sałatka nie była raczej tucząca), może moje wczorajsze, dosyć spore jak na moje nogi spacerki do autobusu i potem przez bardzo długą ulicę do Sissi zniwelowały te moje skonsumowane kalorie? Ale o tym dowiem się dopiero w poniedziałek, gdy stanę znów na wadze.
Mam oczywiście, jak pamiętacie, w domu swoją wagę, niestety rozregulowaną i zawyżającą kilogramy ( w porównaniu do innych wag, na których się ważę, jest to około 1,5-2 kg, czyli w moim przypadku sporo ), ale ostatnio staram się ważyć zawsze na tej samej wadze u….weterynarzy obok pracy (ha ha, ale to prawda) i przynajmniej mam zawsze porównanie, czy przybieram, czy stoję w miejscu, czy waga się obniża. To nic, że ta waga przeznaczona jest dla zwierząt, ale jest dobrze ustawiona, a to, że tam się regularnie ważę jest świadectwem mojej działalności w dziedzinie odchudzania. Zresztą, gdy ostatnio ważyłam się na wadze lekarskiej w przychodni na Rusznikarskiej wartości są prawie takie same.
Zresztą coraz częściej słyszę słowa „ale ty schudłaś, niedługo to cię nie będzie widać”. Najbardziej rozbawił mnie wczoraj Jarek z pracy, który mnie już bardzo dawno nie widział i zawołał „to naprawdę ty???” To o czymś świadczy, prawda?
Ale najważniejsze jest to, że już się w wydatny sposób rozruszałam i chociaż, przyznaję się bez bicia, czasami we mnie tkwi jeszcze ta iskierka błogiego lenistwa (a po co iść, można przecież podjechać), staram się ją zwalczać i pomału mi się to udaje. A może z czasem będzie jeszcze lepiej i rozpocznę solidne, piesze dalsze wędrówki? No ale do tego muszę jeszcze te 10 kg schudnąć, ale żeby schudnąć, muszę chodzić, więc kółko się zamyka. Byleby tylko właśnie w tym zamykającym się kółku się nie zagubić i nie zniechęcać.
Dobrze wiem, że wyczynowca, ani uczestnika maratonu ze mnie już nie da się zrobić i muszę brać swoje siły na zamiary, ale to nie znaczy, że mam osiąść na laurach. Może dla kogoś ta droga, którą dzisiaj pokonałam to był mały pryszcz, ale dla mnie był to jednak spory wyczyn, przyznam, że byłam nawet troszkę zmęczona i musiałam na moment przystanąć, bo bałam się, że za chwilę się  wywrócę. Na szczęście dotarłam na miejsce bez żadnych przykrych dla mnie incydentów. Jest takie powiedzenie: „grosz do grosza, a zbierze się kokosza”, dla mnie takim przysłowiowym groszem jest każdy krok, który mimo bólu pokonuję. A te moje kroki pomału zbierają się w coraz dłuższe spacery,
Kiedyś, jeszcze przed moją operacją oglądałam program poświęcony właśnie takim osobom jak ja, którzy cieszyli się każdym nawet najmniejszym osiągnięciem. Bo osoby, dla których chodzenie nie przysposabia żadnych kłopotów mogą nie rozumieć tych, dla których nieraz trochę więcej spacerów przynosi ból, ale także i pewien sposób upokorzenia „jestem gorsza, niż inni”, a takie bariery myślowe bardzo w życiu przeszkadzają i z czasem zniechęcony nimi człowiek nie ma nawet siły z tym walczyć. Ważne jest, żeby się samemu przełamać i do tego jeszcze wiedzieć, że jest ktoś, kto cię w tym duchowo wspiera.
Od razu przypomina mi się Marta z Jastarni, dziewczyna urodziła się z rozszczepem rdzenia kręgowego, przeszła w swoim życiu sporo operacji, ale zawsze miała koło siebie troskliwych rodziców, a szczególnie mamę, która ją wspierała w walce z kalectwem. Marta już jako małe dziecko jeździła wraz z mamą na  nieraz wielomiesięczne turnusy rehabilitacyjne, prócz tego sporo ćwiczyła w domu. Dzisiaj Marta ma 20 lat. Co prawda jeździ na wózku inwalidzkim, ale jest aktywna życiowo, mieszka zresztą poza domem, w miejscowości, gdzie studiuje właśnie rehabilitację dla osób niepełnosprawnych, jeździ nadal na obozy rehabilitacyjne nie tylko w kraju, ale poza naszymi granicami, ale już sama, bez pomocy rodziców, działa w różnych społecznych klubach i to z nimi właśnie bierze udział w przeróżnych takich spotkaniach,  a ostatnio widziałam nawet jak surfowała żaglówką po zatoce. Wspaniale wyglądała na tym swoim wózku stojącym na żaglówce, zdjęcie takie zamieściła na Face Booku i podpisała”a kto powiedział, że dla niepełnosprawnego jest coś niemożliwe”? Jest możliwe, dla tych, którzy tego pragną, Martusiu. Do tego Marta jest niezwykle uśmiechniętą i pogodna dziewczyną, tak, jakby kalectwo wcale nie jej dotyczyło, jakby nie było dla niej  żadną przeszkodą w życiu. I na pewno musi przełamywać o wiele więcej barier psychicznych niż człowiek całkowicie zdrowy, ale umie je ze wrodzonym wdziękiem pokonywać, ona po prostu umie cieszyć się życiem.
I to właśnie Marta jest dla mnie wzorem godnym naśladowania, chociaż ona ma nade mną tą przewagę, że jest młoda i łatwiej się do nowych warunków przysposabia, ja jestem nieco już przesiąknięta tą gorzką, długą rzeczywistością, która nagle teraz dla mnie zaczyna się zmieniać na lepsze.
I obym tego nie roztrwoniła !!!!
Zresztą każdy z nas nosi na plecach swój krzyż życia, jeden krzyż jest mniej uwierający, inny bardziej, ważne jest to, by tak go ułożyć, by nie za bardzo nam dokuczał, po prostu by był znośny dla każdego jego właściciela, a że czasami bardziej daje się we znaki, to tylko pozostaje  przypomnieniem, że nie wszystko w życiu musi być łatwe, czasami trzeba się z tym pogodzić, czasami zawalczyć…..

Gdyby ktoś zapomniał, to z radością przypominam, że dzisiaj mamy wolny dzień od pracy, przeznaczony do wypoczynku, albo czynnego, albo może i biernego, jak kto woli.
No to miłej soboty wszystkim życzę