same niespodzianki

Pierwsza niespodzianka oczywiście środowa dla Ulki. Jest róża, ale tą różę dzisiaj przynosi Jej w pysiu śliczny francuski buldożek, pewnie troszkę podobny do Oli, za którą pewnie Ulu  tęsknisz? Bo jak nie można tęsknić za takim wesołym urwipołciem, który jest wyjątkowo towarzyskim pieskiem?
Ulu całuję Ciebie jak zwykle serdecznie z Krakowa w tą naszą ulubioną środę. Co by znaczyły te środy, gdyby nie Ty,  nie ja i mój blog?
Byłyby tylko zwyczajnym, powszednim dniem tygodnia, a teraz jest po prostu dla nas dniem świątecznym, wesołym naszym spotkaniem, przynajmniej na stronie blogu. Jesień już opanowuje pomału Kraków Ulu, ale nie jest to na szczęście żadna szaruga, tylko trochę wietrzne, czasami nawet słoneczne dni. Zmieniło się tylko o tyle, że trzeba już wkładać na siebie więcej i to cieplejszych rzeczy.
Myślę, że i Tobie pogoda w spacerkach służy Ulu, czego życzę Ci z całego mojego krakowskiego serca.

No to pora na drugą niespodziankę : SŁOWO SIĘ RZEKŁO, KOBYŁKA U PŁOTU!!!!!
Obiecywałam, obiecywałam, wreszcie podjęłam „jedna słuszną decyzję” i wylądowałam wczoraj na basenie.
Znalazłam taki odpowiedni, gdzie można wchodzić, co prawda o określonych godzinach, ale w dowolnie wybranym terminie. Jest to basen przy Uniwersytecie Pedagogicznym. Całkiem przyzwoity, na szczęście na mojej zmianie pływało w nim tylko około 6 osób.
Poprosiłam ratownika o asekurację przy wchodzeniu i wychodzeniu z basenu. Okropnie strome są tam niestety schodki, więc zeszłam dwa- trzy szczebelki na dół, usiadłam na pupie na brzegu i pomału zniżałam się do momentu, gdy mogłam zacząć pływać. Pan ratownik(diablo przystojny!!!) spytał tylko, czy potrzebuję „makaron” do pływania, ale jakoś się obeszło bez takiej pomocy, przecież ja pływam już od dziecka. No to pływałam sobie tam i z powrotem na głębokościach od 1.2m do 1.80m. Na początku było całkiem fajnie, chociaż woda znosiła mnie albo ku brzegu, albo w stronę linek oddzielających tory. Potem byłam już chyba bardzo zmęczona, bo nagle prąd rzucił mnie na głębie i zachłysnęłam się wodą, aż wylądowałam głową trochę poniżej tafli. Oczywiście udało mi się jakoś podpłynąć do drabinek, ale jednak  trochę się zakrztusiłam, co do przyjemności raczej nie należy, a co się wody napiłam to moje. Po prostu troszkę przeszarżowałam (chociaż w wodzie zawsze raczej jestem bardzo ostrożna). Już teraz wiem, co czuje człowiek, który się topi, a zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu!
Jak już pisałam, byłam trochę zmęczona, bo jednak dłuższy czas nie pływałam i te 45 minut było już dla mnie jak na pierwszy raz za dużo, więc poprosiłam pana ratownika (tego sexi) o asekurację przy wychodzeniu po tych drabinkach. Przyznam się bez bicia, nie było łatwo,(znów te ostre schodki!), może następnym razem uda mi się lepiej opanować tą sztukę. Ćwiczenie podobno czyni z człowieka mistrza. A najważniejszy jest przecież pierwszy krok, potem dochodzi się do perfekcji. No nie, na główkę na pewno skakać nie będę (zresztą jest umieszczony plakatem z zakazem skakania na główkę) ale…. pożyjemy, zobaczymy.
Do domu jakoś dotarłam (nie, nie taxi, ale przyznam, że kawałek podjechałam autobusem, potem już dalej na nóżkach) i dopiero wtedy zobaczyłam, jak jestem diabelnie zmęczona. Bolały mnie wszystkie mięśnie i brzucha i nóg, bolały ramiona (pewnie od tej żabki), biodra, a nawet bolały mnie dłonie.
Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ogromną sobie krzywdę tym unieruchomieniem zrobiłam. Teraz mięśnie znów muszą się przyzwyczaić do pracy.
Teraz nie mogę im pozwolić, by znów ustały nieruchome.
Czyli jednym słowem, biorę się za normalne życie, nadrabiam spore zaległości. Czy za późno? Lepiej teraz niż nigdy.
A że pływać zawsze lubiłam….. tylko jednak muszę bardziej rozważnie rozkładać swoje siły i nie koniecznie na tę głębię wypływać, bo wciąż zapominam, że jestem jakby nie było starsza pani i siły już nie te same, co kiedyś.
I może jednak nie powinnam samotnie chodzić na basen, zawsze lepiej, gdy ktoś bliski jest w razie czego obok, ale z drugiej strony, tak trudno kogokolwiek namówić jest na taki wspólny wypad.
W każdym bądź razie ani dzisiaj, ani jutro na pewno na basen nie pójdę, muszę trochę „zapomnieć” te moje przygody no i znaleźć sobie jakąś bratnią duszę. No i muszę trochę rozluźnić te ciągle jeszcze naciągnięte wczoraj mięśnie.

Dzisiaj jeszcze chłodny dosyć dzień, mam nadzieję, że weekend będzie ciut cieplejszy, przynajmniej tak zapowiadają. Nie będą to już temperatury sprzed tygodnia, ale takie ciepłe i słoneczne 20-22 stopnie by się przydały. No i żeby ten chłodny wiatr tak nie dokuczał, wczoraj czułam już jesień, a tu kalendarzowo wciąż lato przecież trwa!.
Miłego dnia wszystkim życzę.