Dziwaczek po raz drugi

To jest tak piękny kwiatek, że musiałam raz jeszcze zamieścić go u siebie, tym razem w całkiem innej projekcji, niż wczoraj.
Ha, ha, zdjęcia rentgenowskie robi się na ogół w dwóch projekcjach, przednio-tylnej i bocznej i także Madzia zrobiła zdjęcie tego kwiatka w dwóch projekcjach, wiedziała, komu te zdjecia przesyła 🙂
Szkoda tylko, że nie można w blogu zamieścić jego pięknego zapachu, tak pięknie by tu swoją woń rozpostarł……

Wczoraj jednak się przemogłam i ubrałam swoją nową kreacje. Było, nie było, trudno, jeszcze trochę wałeczków mi pozostało, ale przecież zdaję sobie sprawę, że Claudią Schiffer raczej nie zostanę :-).
Z niecierpliwością czekałam w tej swojej nowej kreacji na mojego pana doktora i… trzeba przyznać, że zrobiłam i na nim i na jego żonie, która go podwiozła pod przychodnią duże wrażenie. Oboje bardzo serdecznie mi gratulowali takich osiągnięć. Doktor nawet powiedział: no proszę, teraz połowę pani Ewy mamy 🙂
Miłe to było, owszem i podłechtało trochę moją kobiecą próżność, ale i bardziej przy okazji mnie zmobilizowało. Już szukam w necie odpowiedniej korygującej bielizny.
A o mojej obietnicy też pamiętam, teraz i rano i wieczorem trochę się gimnastykuję, muszę w końcu rozruszać te zastane mięśnie.

Jak już pisałam, doktora pod przychodnie podwiozła żona i jego czwórka dzieci. Śliczne mają te maluszki. Najstarsza ma już 8 lat i jest śliczną blondynką ( a pamiętam, jak się urodziła), średnia to też taka zadziorna nieco blondynka w wieku 5 lat i prócz tego ma jeszcze 2 maluszki bliźniaki, córeczkę i synka. Widać, że to bardzo zakochana w sobie rodzinka. Rodzice traktują siebie z miłością i olbrzymim wzajemnym szacunkiem, a maluchy wprost przepadają za swoimi rodzicami, którzy odwzajemniają im tę prawdziwą miłość.
Miło bardzo patrzeć na taką wzorową rodzinkę.

Niestety wczorajszy dzień skończył się deszczem, ba nawet taką ulewą, że chyba nie było ani jednego człowieka na ulicy, wszyscy pochowali się do swoich mieszkań. Podejrzewam, że nawet na Rynku Głównym w Krakowie, czy na Starym Kazimierzu, gdzie piątkowy i sobotni  wieczór tętni życiem, musiało być wczoraj nudno i ponuro, żadnych śmiechów, żadnych odgłosów rozmów……..
Za to jak wspaniale się spało przy szumie spadającego deszczu.
Nawet mój wiatraczek poszedł już wczoraj do lamusa, już w tym roku mi się nie przyda.
Pomału trzeba się przyzwyczajać do nadchodzącej jesieni, która w kalendarzu już pokaże się w następnym tygodniu.
I znów  za Zdzisławą Sośnicką 23 września zaśpiewamy sobie : „Żegnaj lato na rok, stoi jesień za mgłą”…….
A co mam w planach? Dzisiaj po odpoczywam sobie trochę po trudach zeszłego tygodnia, nie zapominając oczywiście o gimnastyce, ale czy plany będą do końca spełnione? nie wiem, bo zawsze coś niespodziewanego może wypaść.
Na basen się nie  wybieram, bo w sobotę jest tam pewnie zawsze sporo osób, a basen jest całkiem mały, wolę iść wtedy gdy pluszcze się tam 2-3 osoby.
Aha, umówiłam się już na basen z Piotrkiem, tym kolegą od wspólnych bariatrycznych perypetii, ale obawiam się, że ten basen nie bardzo mu do gustu przypadnie, będzie dla niego za krótki. Ale może raz się tam ze mną wybierze. Oczywiście jeszcze spróbuję namówić na wspólne basenowe party Darkę, która niestety już krótko w Krakowie pozostanie, pod koniec miesiąca jedzie do swojego nowego domu w Zabrzu.
Ale jakoś muszę coś z tym basenem pokombinować, w najgorszym razie pójdę tam sama, chociaż przyznam, że raźniej będę się czuła z kimś przy boku.

Życzę przyjemnej i leniwej soboty

wiadomość od Magdy z Blogu

 

 

Nareszcie znów złapałyśmy kontakt. Okazuje się, że zaraz po przyjeździe Magda napisała do mnie kilka słów, a ja ten jej mail…przegapiłam.
Zupełnie nie mam pojęcia, jak to się mogło stać, bo wszystkie maile przychodzą wprost na mój komputer za pomocą IncrediMail, ale widocznie przegapiłam i już. Na szczęście wszystko się wyjaśniło i nawet chwilę porozmawiałyśmy wczoraj telefonicznie, a potem dostałam od niej 3 maile, w jednym z ich był ten piękny kwiatek, którego tutaj zamieszczam, mam nadzieję Magda, że się nie obrazisz?
Ten kwiatek ma bardzo dziwną nazwę Dziwaczek Jalapa, dziwaczek peruwiański (Mirabilis jalapa)  jest to  gatunek byliny z rodziny dziwaczkowatych  Pochodzi z tropikalnego Meksyku, ale również jest uprawiany u nas w Polsce. Jej kwiaty charakteryzują się pięknym zapachem, dlatego nadaje się do obsadzania altanek. I jest po prostu śliczny, nieprawdaż???
Bardzo się cieszę, że nasz kontakt się nie przewał Madziu i ciągle oczekuję Cię w Polsce, chociaż wiem, że musisz jednak od mieszkać swój czynsz w swoim włoskim domku, no i pewnie Twój mąż również za Tobą już się stęsknił…….
Ale spokojnie, ja sobie cierpliwie poczekam.

Wczoraj przyszła  przesyłka, moja sukienka. Rzeczywiście jest śliczna, ale niestety ciut siebie przeceniłam i jest troszeczkę przyciasnawa. Mogłam wybrać te 2 numery więcej. Przyznam, że troszkę się sobą rozczarowałam, ale może i to dobrze, bo byłam zbyt pewna siebie, a teraz muszę zapowiedzieć pełną mobilizację.
Nie jest tak źle, oczywiście w nią wchodzę, ale troszeczkę w klatce piersiowej i w brzuchu „pije”. Oczywiście, że ją nie oddam, to ja muszę się do niej dopasować, a nie ona do mnie!!!!!. I oczywista oczywistość, że to zrobię!!!! Chociażby nie wiem co, nawet kosztem jedzenia tej wstrętnej zielonej sałaty.
No troszkę przesadzam, ale prócz basenu postanowiłam od dzisiaj wieczorem włączyć… gimnastykę. Na początku 10 minut rano i 10 minut wieczorem wystarczy. To już naprawdę lepsze, niż sałata!!!!!  Boże, jak ja nie cierpię tej sałaty!!!!!
A skoro tyle udało mi się już stracić………….trzeba to kontynuować, bo mam wrażenie, że ostatnio ciutek sobie pofolgowałam.
Nie, nie, kilogramów nie przybywa, ale za wolno ubywa i to w niewielkich ilościach. Trzeba więcej się zebrać w sobie i kontynuować rozpoczęte dzieło! A jak sobie coś postanowię, to tak musi być i już!!!! Nie ma zmiłuj się!!!

Dzisiaj piątek, ostatni dzień tygodnia, ale jakże dla mnie miły, dzisiaj przyjeżdża mój ulubiony doktor ortopeda od dziecinnych kręgosłupów. Och, jak dawno go już nie widziałam, chyba z 3-4 miesiące.
Bardzo lubię z nim współpracować, jest taki bardzo konkretny i bardzo przy tym sympatyczny.
Pacjenci, czyli rodzice i dzieci też go bardzo cenią, chociaż zdarzają się przypadki, gdy coś komuś akurat się nie spodoba, jak to wśród ludzi bywa.
Ale ogólnie oceniany jest jako wspaniały fachowiec od schorzeń kręgosłupa, zwłaszcza wśród małych dzieci i młodzieży.
Gdyby więc ktoś miał podobne problemy z dziećmi, czy z wnukami szczerze go polecam. Wiem, że on pracuje w Warszawie, ale również przyjeżdża do Krakowa, Białegostoku i chyba jeszcze do Poznania, czy Wrocławia nie pamiętam dokładnie. Gdyby był ktoś zainteresowany, proszę do mnie „zastukać”, chętnie dam namiary na kontakt z panem doktorem.
Zresztą wiem, że  przyjmuje też starsze osoby z podobnymi kłopotami, z tym, że w przypadku dzieci jest łatwiej wyprowadzić je z kłopotów, dopóki jeszcze rosną i do końca nie ukształtuje się układ kostno- mięśniowy. Wtedy interwencja, nie koniecznie operacyjna, może przynieść pozytywne skutki.

Ciekawostka: Wczoraj musiałam znów włączyć mój wiatraczek, bo pogoda znów osiągnęła apogeum (chociaż trzeba przyznać, że nieco niższe, niż w lipcu, czy w sierpniu), ale zrobiło się duszno. A niech sobie jeszcze troszkę popracuje, zanim nie schowam go na zimę do lamusa,
Dzisiejszy piątek (piąteczek, jak mówi nasz Jasiek) też ma być pogodny, ale na szczęście już z całkiem normalną temperaturą, około 20 stopni.
Teraz pędzę do pracy, a potem już…….weekend.
Dobrego dnia.

no to sobie znów popływałam wczoraj w basenie.

 

Ten Lemon Basen jest naprawdę fajny, chociaż dobrze, że miałam ochronę w postaci Darki, bo kilka razy jednak się poślizgnęłam. A ja  panicznie boję się takiego upadku.  Jeszcze tfu, tfu, odpukać w niemalowane drewno, potrzebne jest mi złamanie biodra i unieruchomienie na długi czas. Więc idę ostrożnie, bo strzeżonego Pan Bóg strzeże!
Nie wiem, czy odważę się jednak sama na basen iść, bo ciągle ta moja lekka niepełnosprawność mi przeszkadza! A na ratownika oczywiście nie było co liczyć, gdzieś tam siedział z panienkami poza obrębem basenu na krzesełkach w ogródku obok  i wesoło flirtował. Owszem, dwa razy na moment zaglądnął, ale tylko na minutkę. Gdyby ktoś się tam rzeczywiście topił, raczej nie miałby szans go uratować. Nie rozumiem skąd taka niefrasobliwość ratowników, którzy przecież dostają za to pensję, by doglądać kąpiących się, a nie flirtować poza basenem z panienkami.
Fakt, trudno tam się raczej utopić, bo woda była głęboka od 1 do 1,5m, ale gdyby się jednak ktoś poślizgnął, upadł i zachłysnął wodą, teoretycznie  mogłoby dojść do  nieszczęścia.
Ten cały ośrodek Lemmon to kompleks różnych budynków, w większości mieszkalnych, a w jednym jego skrzydle umieszczone jest fitness i basen.
Pewnie mieszkańcy tego kompleksu mają wygodę, że nawet codziennie po pracy mogą sobie popływać w tym niewielkim baseniku.
Na szczęście wczoraj tłoku nie było, prócz mnie i Darki pływały jeszcze dwie mamy ze swoimi niemowlaczkami. Ale frajdę miały te dzieciaczki, od razu było widać, ze uwielbiają pływać. Tak fajnie trzepotały nóżkami i rączkami w wodzie(oczywiście podtrzymywane przez własne mamy), a buziaki ich rozpromieniał wprost uśmiech od ucha do ucha u słychać było leciutkie popiskiwanie z radości zażywanej kąpieli.
Natomiast bardzo spodobało mi się to, że dla maluchów stały w przebieralni  przygotowane przewijaki, co na pewno było ułatwieniem dla mam maluszków.
Basen nie był taki znów drogi, bo po zniżce dla mnie jako dla seniora, a dla Darki dla ucznia/studenta, za 75 minut pobytu na basenie zapłaciłyśmy tylko po 12 zł na głowę. Oczywiście czas pobytu liczył się od chwili otrzymania kluczyka, aż do jego oddania, czyli również w to wchodziło rozbieranie i ubieranie. Na szczęście teraz jeszcze jest pora, gdy człowiek nie wkłada na siebie całej masy ubrań, więc ten proces przebierania nie trwa długo.
W szatni szafki były zamykane na elektroniczny kluczyk, który na żyłce zawiesza się na ręce. I znów Darka przyszła mi z pomocą, jak potem odkodować te moje drzwi, trzeba było najpierw do specjalnej blokady zawieszonej na szafkach przyłożyć kluczyk, a potem już kluczyk przykładało się do własnej szafki, która się otwierała. Pewnie bym tego nie wiedziała i mokra musiałabym wyjść na hol, by mi ktoś pokazał, jak szafkę otworzyć.
Tak to jest, gdy się za często nie ma doświadczenia z niby prostymi elektronicznymi zabezpieczeniami. I co najlepsze, wcale się tego nie wstydzę, że nie wiedziałam, wszak człowiek całe życie się czegoś uczy.
Ale przyznam, że wróciłam do domu troszkę zmęczona. Oczywiście wracałyśmy też autobusem, na szczęście było ciepło i chwilkę mogłam odpocząć sobie na ławeczce.

A dzisiaj z niecierpliwością czekam na moją nową sukienkę, którą sobie kupiłam ze strony internetowej.Tak długo się zastanawiałam, którą z dwóch wybranych sukienek zamówić, a tu nagle odkryłam całkiem inną, która tak mi wpadła w oko, że natychmiast telefonicznie ją zaklepałam, pani  już wczoraj ją wysłała kurierem, a dzisiaj popołudniu będę mogła ją zmierzyć.

Musiałam się nią tutaj pochwalić, bo bardzo podoba mi się i fason (wyszczuplający) i kolor, który jest ostatnio jest chyba najbardziej modny, odkąd Pierwsza Dama w takim w Wielkiej Brytanii wystąpiła.
Broń Boże, chyba nikt nie podejrzewa, że od niej po małpowałam, po prostu ten kolor bardzo mi się spodobał i spośród kilku innych ten właśnie  wybrałam.
Oczywiście toczka, tak jak pani prezydentowa, nie włożę na głowę, czymś się muszę jednak wyróżniać.
No i oczywiście nie włożę takich pięknych czarnych szpilek, jak ta panienka na zdjęciu, bo raczej ubierając je, leżałabym już po kilku krokach z rozwalonym nosem. Kiedyś gdy byłam młoda, owszem, nosiłam szpilki (no może nie takie wysokie), ale teraz preferuję tylko wygodne obuwie na płaskim obcasie. Ba, dobrze powiedziane, preferuję, ja, zważywszy na moje schorowane stopy, w innych butach nie potrafiłabym nawet się poruszyć,.
Musze niestety chodzić tylko w butach typu miękki pantofel, a takie są właśnie do kupienia w sklepie dr. Orto.
I muszę się z tym po prostu pogodzić i już.
Tak samo, jak muszę się pogodzić z pewnymi moimi ograniczeniami ruchowymi i pewnego rodzaju niepełnosprawnością, związaną i z wiekiem i z moimi zmianami zwyrodnieniowymi.
Dobry czas dla mnie już minął, więc i tak cieszę się, że całkiem się nie poddaję i ciągle walczę.
Chociaż przyznam, że po takim basenie okropnie bolą mnie dzisiaj biodra i barki, wciąż jeszcze mam spięte mięśnie, może z czasem je rozluźnię.
Cóż, pesel też już daje o sobie znać, chciałaby dusza do raju, a tu same przeszkody…..
Ewa, przestań narzekać, wypij swój Nimesil i ciesz się tym, co już osiągnęłaś i próbuj dalej poprawiać swoją kondycję…….

Dzisiaj dzień podobno  tak upalny, jak jeszcze te nie dawno w lecie. Ale to już ostatnie podrygi tego lata, jeszcze kiedyś, niedługo z łezką będziemy wspominać te ciepłe dni, gdy podczas jesiennej szarugi ze zgrzytającymi zębami będziemy szarym porankiem do pracy mknąć.
Wspaniałego czwartku życzę.

środa z różą, lecz bez Uli

 

Ale dzisiejsza absencja Uli w moim blogu jest usprawiedliwiona.
Wczoraj w komentarzu napisała, że  wyjeżdża na kilkudniową wycieczkę i nie zdąży niestety tu dzisiaj zaglądnąć.
Już wczoraj podesłała mi środowe pozdrowienia.
Nic nie szkodzi, nawet się cieszę, że  sobie pojechała, akurat trafiła na wspaniałą, prawie letnią pogodę.
Ale wiem, że zaraz po przyjeździe na pewno tu zaglądnie i swoją różę do siebie przytuli.
Dobrej wycieczki Ulu Ci życzę, wspaniałego humoru, dobrego towarzystwa, a w takim będziesz przebywała, skoro jedziesz z własnym Klubem.
Oglądaj i zwiedzaj co tylko się da i wracaj w dobrej kondycji i w dobrym humorze potem do domu.
Różyczka  tutaj przecież na Ciebie czeka!!!

Wcale nie zapomniałam o moich zobowiązaniach, co to, to nie, po prostu musiałam je odłożyć na później.
Ale dzisiaj umówiłam się po pracy z Darią (córką Maćka), ma podjechać na przystanek przy ul. Prądnickiej i już razem jedziemy na ten nowy basen w Lemmon Fitness. Bardzo się cieszę, że ją namówiłam, bo zawsze będzie nam raźniej jechać tam we dwójkę.
Muszę tylko spakować (i niestety targać ze sobą)  idąc do pracy wszystkie precjoza do kąpieli ( kostium, buty, ręcznik), by potem nie tracić czasu i nie wracać się do domu, tym bardziej, że mamy stamtąd bezpośrednio autobus linii 164.
Ale przynajmniej może znów mi kilka deko spadnie w dół?
Tym bardziej, że już mam na oku śliczną sukienkę, już nie letnią, a raczej jesienną, z długim rękawem, bardzo zresztą elegancką.
A nic tak nie poprawia dobrego humoru, jak ruch w wodzie i zakup nowego ciucha! Szczególnie, gdy ten rozmiar sukienki tak diametralnie się zmienił.
Specjalnie kupię ciut mniejszy rozmiar, by mieć motywację do dalszego gubienia tych centymetrów w biodrach i w pasie!!!
Będzie kilka okazji do pokazania się w nowych kreacjach, pierwsza taka już w październiku, gdy będą urodziny Jaśka, a potem Wigilia dla pracowników (mam nadzieję, że wzorem ubiegłych lat ona się i w tym roku odbędzie) no i oczywiście Święta Bożego Narodzenia.
Może warto pomyśleć nawet o 2 sukienkach?, zobaczę, wszystko zależy od many, many.
Wczoraj postawiłam Lotka i….. znów około 23-ciej, już po losowaniu, powiedziałam sobie: może następnym razem? Ani jednej cyferki nie trafiłam!!!! Ale będę wytrwała, kiedyś przecież muszę wygrać. A może jeszcze dodatkowo skuszę los i zagram Extra Pensję? Takie 5000 zł miesięcznie przez 20 lat to by mi się dopiero przydało!
A ile sukienek  i nie tylko sukienek mogłabym sobie wtedy kupić! Ho, ho, ho…….
A może jednak los szykuje mi psikusa i następną kumulację wygram? Tym bardziej, że we wczorajszej edycji znów nikt szóstki nie trafił.
Kiedyś, gdy leciałam do USA  w odwiedziny do mojego stryja (kiedy to było? och, jakieś 31 lat temu) koleżanka na pożegnanie napisała mi wiersz, który tak się kończył „gdy się w życiu nic nie zmienia, pozostają nam marzenia, I tak się nie tarzasz w puchu, nie upadaj więc na duchu”
Często te słowa Asiu sobie przypominam, zwłaszcza, gdy czeka mnie następne losowanie, nie upadam więc  na duchu, bo wierzę w swoje szczęście.
Ale faktem jest to, że w puchu to ja się raczej nie tarzam, więc dlaczego miałbym sama siebie pozbawiać marzeń???
 Zresztą jedno moje wielkie marzenie , utrata wagi już się spełniła, chociaż jeszcze nie do końca, jeszcze trochę pozostało przede mną….

Dzisiaj zapowiadają bardzo wysokie, jak na tę porę roku temperatury, nawet około 28 stopni, więc życzę wszystkim miłej i słonecznej środy.

całkiem niemiły poniedziałek

 

 

 

A tak pięknie i słonecznie się ten poniedziałek zapowiadał.
A tu nagle moje kiszki zastrajkowały i………szkoda nawet pisać.
W każdym bądź razie całe popołudnie (z jedną niewielką przerwą), aż do prawie do nocy przespałam.
Czyli znów mam wyjęty jeden dzień z życiorysu, a to wcale nie wiadomo, ile tych dni jeszcze przede mną.
W każdym bądź razie wszystkie moje plany na poniedziałek wzięły w łeb, bo gdzie  z bolącym brzuchem miałabym latać?
To  był tylko  następny skutek nierozważnej diety, coś mi tam nie pasowało, może zjadłam za dużo?
Nie będę się tym frapowałam, po prostu muszę więcej uważać i już.
Ale jest i jedna dobra strona tego wczorajszego incydentu: dzisiaj na pewno bez żadnych obaw stanę na wadze i…..
Właśnie ta mała literka  „i” jest taka ważna.
Wczoraj się mierzyłam i okazuje się, że w samych biodrach mam aż o 25 cm mniej. To sporo.
No i z rozmiaru 58 zjechałam do rozmiaru 50. Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie to cieszy.
Nic, tylko kupować teraz nowe kreacje, bo krawcowa, która zwężała mi spodnie powiedziała, że już nie warto robić żadnych przeróbek, bo to jest nieopłacalne, teraz muszę niestety sprawiać nowe ciuchy.
Tylko, że jest to kosztowne, a tym Lotku nie mogę jakoś dobrych liczb skreślić 😦

Wieczorem spadł w Krakowie deszcz. A dzisiaj od rana pochmurnie, chociaż temperatura ma się wydatnie podnieść, gdyż podobno wraca….lato. Pojutrze ma osiągnąć apogeum 30 stopni. Czyli pod sam koniec lato jeszcze chce raz dać o sobie znać, nie odpuszcza!
To dobrze, może przynajmniej zima nie będzie taka ostra?

To tyle na dzisiaj, gdy coś ciekawego będzie się działo, na pewno w swoim pamiętniku – blogu opiszę. Na razie jakaś stagnacja mnie dopadła.
Miłego wtorku!!

Bardzo udany obiad

 

Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu mam talent……

To teraz mogę już zdradzić wczorajszą potrawę obiadową, która podałam  Vipo-wi .
Otóż była to faszerowana papryka, ale wcale nie typowo mięsem z ryżem, ale bryndzą, zmieszaną z serem Lazur, odrobinką śmietany,tak, by łatwo było ten ser i bryndzę ze sobą połączyć, posypałam potrawę czosnkiem z kostek Knorra.
Papryką trzeba przekroić wzdłuż na pół, usunąć gniazda z pestek, posolić, napełnić farszem, na wierzchu można dać papryczki chili, ale ja dałam pomidory suszone w oliwce i posypać pokruszonymi igiełkami  rozmarynu (dodają fantastyczny aromat), Polać wierzch troszkę oliwką (ja dawał ta wierzch tą z suszonych pomidorków) i zapiekać w piekarniku o temperaturze 180 stopni około 20-30 minut (aż będą miękkie).
Dodatkowo dałam do tego dania malutkie ziemniaczki posypane czosnkiem  . Potrawa naprawdę była wyborna i bardzo syta!!! Przyznaję, zjadłam dwa małe ziemniaczki i dwie połówki papryki. Potrawa była trochę ostra,więc popijaliśmy wodą mineralną, ale myślę, że białe winko też pewnie by do tej potrawy bardzo pasowało.
Potem, po jakimś  wypiliśmy jeszcze kawę rozpuszczalną z mlekiem i siedzieliśmy wsłuchując się w stare przeboje Radia Pogoda.
Czas nam bardzo miło płynął i zanim się zorientowaliśmy, już pomału zapadał wieczór, więc przyszła pora się rozstać.
A ja zasiadłam przed komputerem, by znaleźć jakieś pyszne i ciekawe danie obiadowe na następny proszony obiad 🙂
Ale jeszcze kilka dni do realizacji pozostało…. jeszcze mam czas. Oczywiście danie musi być tak dobrane, żebym niewielką jego porcję też mogła zjeść, bez zbędnych wyrzutów sumienia.

A dzisiaj mija już pięć miesięcy od mojej operacji. Cieszę się, że mam ją za sobą, że się na nią zdecydowałam. Teraz spowolniłam trochę utratę wagi, ale bynajmniej tym się nie martwię, chociaż gdy zobaczyłam wczoraj na Face zdjęcie mojego kolegi niedoli – Piotrka, oniemiałam. Prawie w ogóle go nie poznałam. Po starym wcieleniu  Piotrka pozostał tylko kolor włosów. Teraz z niego zrobił się super przystojny mężczyzna. Zdecydowanie ma o wiele większe sukcesy w odchudzaniu niż ja, ale cóż, młodość mu sprzyja. Teraz właściwie powinien już zaprzestać utraty wagi, bo naprawdę wygląda super, tak jakby nigdy w życiu nie był otyły. Tylko teraz utrzymać tą wagę, co nie jest takie trudne, bo jednak żołądek nadal jest bardzo mały i większych porcji nie przyjmuje. Ja niestety w stosunku do niego mam około 3 miesiące straty w usprawnieniu ruchowym, on szybciej niż ja się „pozbierał” i zaczął jeździć na rowerze, sporo  też chodził,  zdecydowanie więcej zażywał ruchu niż ja. Ja na to potrzebowałam mniej więcej 3 miesiące, możliwe, ze było to u mnie też uwarunkowane psychicznymi zahamowaniami.  No i bardzo długo moje stopy mnie bolały, utrudniając chodzenie. Grunt, że teraz tę przeszkodę pokonałam i chociaż na rower się nie wybieram, ale postaram się w inny sposób rozwijać się fizycznie zgodnie z moimi możliwościami.  A nawet jeżeli nie uda mi się jeszcze więcej utracić wagi, trudno, może tak właśnie ma być?
Chociaż jeszcze te 10 kilogramów chętnie bym zgubiła, na pewno  byłoby mi jeszcze łatwiej, niż teraz.
A różnicę czasami widzę nawet w pozornie mało znaczących sytuacjach, na przykład spadnie mi coś na ziemię, a ja bez namysłu schylam się i podnoszę, przedtem nie było to możliwe, bo brzuszysko mi przeszkadzało.
Poczekam następny miesiąc i wtedy zobaczymy co dalej będzie się działo z tym  moim problemem. Teraz, gdy już zaczynam chodzić i gdy wdrażam basen, może być całkiem fajnie  i do przodu 🙂

Dzisiaj pogoda śliczna od rana i taki cały ma ten tydzień być, a w czwartek znów  podobno na termometrze będzie 30 stopni. To chyba jakiś obłęd. Będziemy uprawiać cytryny i pomarańcze?
Miłego poniedziałku, miłego całego tygodnia

sobota pełna niespodziewanych gości

Wczoraj zapowiadała się całkiem spokojna sobota, a tu akurat stała się nagle całkiem przyjemną sobotą towarzyską.
Najpierw odwiedził mnie V.I.P. przynoszący mi same witaminki, czyli jabłuszka i brzoskwinki i całkiem mało witaminową, ale pyszną szyneczkę.
Potem na kawę zaprosił się Maciek z Wiką – było bardzo przyjemnie.
Czyli słoneczko świeciło wczoraj i na niebie i w moim pokoju, było ciepło, pogodnie i wesoło.
A dzisiaj? też będzie wesoło, bo zaprosiłam V.I.P.a na niedzielny obiadek.
A co będzie podane? Na razie cicho sza, jutro wszystko opiszę, mam nadzieję,że będzie smakowało!!!
Jedno tylko mogę zdradzić, na pewno nie będzie to tym razem żaden makaron.
Mięso też nie, ale tyle jest przecież ciekawych innych potraw, zwłaszcza jesienią, gdy warzyw  tyle wokoło.
Zresztą mięso jest całkiem niezdrowe, a warzywa jednak mają sporo cennych wartości, chociaż po obróbce cieplnej na pewno część tych wartości tracą.
Ale przecież nie mogę stale jeść surowizny. Już kiedyś pisałam, że w poprzednich wcieleniach nie byłam ani krówką, ani królikiem.
Więc tak muszę kombinować, by swój brzuszek zadowolić i przy okazji jeść w miarę zdrowo, chociaż od czasu do czasu pewne ustępstwa zrobić można, byle nie za często i nie za bardzo kalorycznie.
Kurcze, już jakiejś obsesji chyba dostaję na temat jedzonka, więc chyba przestanę o tym pisać, bo jeszcze mnie ktoś posądzi, że całkiem zwariowałam, a ja  dostałam tylko lekkiego hopla na ten temat.
Dobra, nic nie piszę więcej ani o jedzonku, ani o polityce, bo znów czegoś po wczorajszym dniu nie rozumiem, a wszystko wydaje mi się tylko wyborczą kiełbasą, zarówno w wykonaniu PIS, jak i PO. To są chyba jakieś swoiste zawody: kto da więcej i kto więcej osób do swoich obiecanek przekona. Cieszę się tylko, że to na szczęście nie ja  nic nikomu muszę obiecywać i potem ponosić, albo wcale nie ponosić tego konsekwencji, bo po co na przykład takimi drobiazgami się zajmować, gdy są inne, czysto ideowe problemy?
Bo obiecać bardzo łatwo, wywiązać się z obietnic niestety już trudniej, oczywiście, gdy obiecujący ma jakiś swój honor.
A gdy jeszcze ktoś nie ma nawet zamiaru w przyszłości spełnić tych swoich obietnic, tylko teraz mają one służyć przede wszystkim własnym celom?
Stop, więcej ani słowa!
To jak zwykle swój wpis kończę życzeniami miłej niedzieli, dobrego odpoczynku, by znów nabrać nowych sił i  pozytywnych myśli na nadchodzący nowy tydzień.

sobota, jak to sobota

To tylko szósty dzień tygodnia, przeznaczony do sprzątania, gotowania, odpoczynku, spacerów, biegów na przełaj, pływania lub uprawiania innych sportów – niepotrzebne skreślić.
A jakie Ty masz plany na dzisiejszy piękny dzień? U nas słonko pięknie świeci, aż prosi się o spacerek.
Ale już czuć tą jesień, chociaż w kalendarzu jeszcze wciąż lato, to chyba jakieś nieporozumienie, kto układał te kalendarze?
W każdym bądź razie dzisiaj po tak krótkim moim wpisie (czasami nie ma odpowiedniego tematu) życzę wszystkim dobrego odpoczynku.

nowa dostawa

Dostałam wczoraj od mojej Koleżanki Elusi dostawę nowych, pięknych zdjęć, które robiła samodzielnie swoim aparatem fotograficznym.
Więc od razu jeden z nich już dzisiaj wkleiłam do swojego blogu, prawda, że śliczny jest ten kwiatek?.
No nie tylko kwiatek jest śliczny, zdjęcie również, tylko musiałam go pomniejszyć, bo oryginalny rozmiar by się w moim blogu nie zmieścił, reszty nie poprawiałam, bo jak można po artystce cokolwiek poprawiać?.
Dziękuję Ci Elu  

Dzisiaj moja Koleżanka Magda od Blogu niestety opuściła już Polskę i wraca do swojego domku do Włoch.
Jak było łatwo przewidzieć, nie zdążyłyśmy raz jeszcze się spotkać, bo nadmiar obowiązków, głownie rodzinnych jej na to nie pozwolił, ale przedwczoraj telefonowała do mnie, aby się pożegnać i umówić się na nasze następne spotkanie, gdy znów do Polski przyjedzie, mam nadzieję, że nie długo da na siebie czekać.
Oczywiście w tak zwanym międzyczasie będziemy ze sobą w kontakcie, mam jej maila no i numer telefonu, na pewno znajdziemy chwilę czasu, by troszkę porozmawiać, chociaż to nie jest to samo, co nasze bezpośrednie spotkanie. Ale i na to przyjdzie czas, bo właśnie czas tak szybko leci….
BON VOYAGE MAGDA, DO SZYBKIEGO NASTĘPNEGO SPOTKANIA. Już czekam i tęsknię za naszymi miłymi rozmowami.

Jak to nie można czasami za wiele planować, bo często się zdarza, że nie dochodzą one do skutku.
Jak już pisałam, wynalazłam ten wspaniały basen z łagodnym zejściem i pierwotnie miałam w planach pójść w piątek, czyli dzisiaj tam sobie popływać. Ale okazało się, że niestety dzisiaj będę pracowała popołudniu za Jarka, który będzie w tym czasie w innej placówce, muszę już być w pracy
około 13-13.15, więc mogłabym nie zdążyć na czas. Ale ważne jest też to, że po takie pływalni jestem ogromnie zmęczona i muszę sobie trochę odpocząć, a tu się nie da, bo już mam sporo badań na jutro zarejestrowanych i muszę być zwarta i gotowa do pracy. W takim bądź razie odłożę sobie taką wizytę na basenie na przyszły tydzień, bo podejrzewam, ze  kolei w sobotę może być zbyt dużo ludzi na pływalni, a ja potrzebuję spokoju, a nie słuchania wrzasków dzieciaczków i obijania się o inne osoby. Co się odwlecze, to nie uciecze, jak mówi polskie przysłowie, więc sobie cierpliwie poczekam na swoją kolejkę.

Miało być dzisiaj słonecznie i ciepło, a jest tak sobie i ponuro, czyli znów nie udało się przewidzieć prognostykom pogody. Trudno.
Za to dzisiaj sobie nieco dłużej pospałam, ci wcale nie oznacza, że jestem całkowicie wyspana, ale trzeba się pomału zbierać, żeby za niecałe trzy godziny być zwarta do pracy.
Miłego dnia

szukam innych opcji

 

Wcale nie chcę zrezygnować z basenu, ale szukam innych opcji, czyli basenu dla osób z ograniczeniem ruchowym kończyn, czyli dla takich jak ja.
Po co mam się stresować przed każdym wejściem do basenu? Pływanie ma być przyjemnością, a nie ma być powodem do stresów.
 Wczoraj popołudniu bardzo ten przedwczorajszy basen jednak odchorowałam i to co ciekawe nie z powodu bólu mięśni, chociaż też je jeszcze wieczorem odczuwałam, ale z powodu bólów brzucha, spowodowanych basenowym stresem. Już taka jestem, niestety i nic na to nie poradzę.
Znalazłam jeden taki basen w Krakowie (prócz oczywiście Parku Wodnego), napisałam maila i teraz czekam na odpowiedź, czy możliwy jest dostęp do basenu w dowolnie wybranym czasie. Oczywiście, że będę musiała dojeżdżać, ale od czego jest w końcu miejska komunikacja?
Ten basen bardzo mi przypasował, bo są do niego delikatne schodki z poręczą i nie muszę wtedy już nikogo prosić o pomoc, co jest troszkę upokarzające. Poczekam na odpowiedź, bo wtedy nawet 2-3 razy w tygodniu mogłabym tam jeździć. No i mam nadzieję, że nie będzie tam wody z takimi wirami, jak na poprzednim basenie, brrr, jeszcze wciąż pamiętam ten moment podtopienia, to był koszmar.
Naprawdę to nie są jakieś moje kaprysy, muszę stopniowo te moje ruchowe ograniczenia rozruszać, nie mogę od razu stać się super sprawna, skoro  już tyle lat  taką nie byłam, a do tego wciąż jeszcze dochodzą psychiczne ograniczenia „ostrzegawcze”: uważaj, nie potknij się, nie wywróć się, wchodź i schodź pomału, bo spadniesz, lub upadniesz. Te uprzedzenia są tak bardzo w moim mózgu zakorzenione, że naprawdę bardzo ciężko z nimi się rozstać.
To też musi następować stopniowo i bardzo łagodnie. Czyli jednym słowem muszę sama dla siebie być dodatkowo jeszcze psychologiem, który opanowuje różne obiekcje.
Każdy pewnie ma jakieś tam swoje lęki, jeden do tego się przyznaje, drugi nie, nie jestem pod tym względem inna, ale  postanowiłam je zwalczać.
Uważam, że i tak bardzo dużo w ostatnim czasie dla siebie zrobiłam i jestem z tego bardzo dumna.
Pływanie jest bardzo ważnym elementem zarówno odchudzania, jak i pewnego rodzaju masażu dla mojego ciała, zarówno dla stawów, jak i dla tej zbyt wielkiej teraz skóry. Zresztą to jest właściwy jeden mój sposób fizycznej działalności, bo o biegach i o  długich spacerach na razie nie myślę. Przy dłuższych dystansach okropnie się męczę, zaczyna mi się kręcić w głowie i mam wrażenie, że zaraz wywrócę się na twarz, po prostu ciągnie mnie do przodu i nagle zaczynam przyśpieszać kroku i…nieszczęście gotowe.
Dlatego muszę nauczyć się chodzić od nowa, spokojnym i miarowym krokiem, z głową podniesioną do góry, a nie jak teraz ze schylonym karkiem, żeby sprawdzać, czy chodnik jest prosty i czy o coś nogą nie zahaczę, bo stopy czasami odmawiają mi posłuszeństwa i zamiast podnosić je do góry, zaczynam je wlec za sobą, a wtedy łatwo jest już o potknięcie się. To też wszystko wynika ze stanów lękowych, ale pomału je staram się opanowywać.
Przecież nie od razu Kraków zbudowano, do wszystkiego można dojść pomału i bezstresowo, a kiedyś…. kto wie, kto wie.

 Ciekawostka: Jarosław Kaczyński został wybrany Człowiekiem Roku XXV Forum Ekonomicznego.
Pozostawiam to bez komentarza, bo cóż można dodać, prócz zdziwienia?
Podobnie mógłby zostać na przykład Misterem roku 2015, albo największym Przyjacielem wszystkich Polaków………
Zresztą wydało się potem, że wcale nie został wybrany jednogłośnie, jak to ogłosił Karnowski, a potem sam Kaczyński, została przyznana mu ta nagroda, owszem, wygrał 9 głosami na oddanych 34, z tym, że pozostałe zostały oddane  na różne instytucje i osoby, a przewaga była tylko 2 głosami.
Zresztą wiele osób, którzy byli w Kapitule sami byli zdziwieni tym wyborem i odżegnywali się od takiego głosowania. Uznali to głosowanie na Kaczyńskiego za zwykłe lizusostwo, a prezydent Kwaśniewski nazwał to nawet  wazeliniarstwem. I chyba miał rację????
Tylko obawiam się, że przez takie wazeliniarstwo właśnie Kaczyński otrzyma władzę absolutną, a to będzie już całkowita klęska dla Polski.

Dobra, nie ważne, co będzie, to będzie. Dzisiaj mamy czwartek. 10 września. Za oknem słonko od samego rana, no i pogoda ma się poprawić.
Dostałam właśnie już odpowiedź na mojego maila z tego nowego basenu, jutro, albo w sobotę pojadę tam się rozglądnąć.
Miłego dnia. Dzisiaj idę na poranną zmianę.