same niespodzianki

Pierwsza niespodzianka oczywiście środowa dla Ulki. Jest róża, ale tą różę dzisiaj przynosi Jej w pysiu śliczny francuski buldożek, pewnie troszkę podobny do Oli, za którą pewnie Ulu  tęsknisz? Bo jak nie można tęsknić za takim wesołym urwipołciem, który jest wyjątkowo towarzyskim pieskiem?
Ulu całuję Ciebie jak zwykle serdecznie z Krakowa w tą naszą ulubioną środę. Co by znaczyły te środy, gdyby nie Ty,  nie ja i mój blog?
Byłyby tylko zwyczajnym, powszednim dniem tygodnia, a teraz jest po prostu dla nas dniem świątecznym, wesołym naszym spotkaniem, przynajmniej na stronie blogu. Jesień już opanowuje pomału Kraków Ulu, ale nie jest to na szczęście żadna szaruga, tylko trochę wietrzne, czasami nawet słoneczne dni. Zmieniło się tylko o tyle, że trzeba już wkładać na siebie więcej i to cieplejszych rzeczy.
Myślę, że i Tobie pogoda w spacerkach służy Ulu, czego życzę Ci z całego mojego krakowskiego serca.

No to pora na drugą niespodziankę : SŁOWO SIĘ RZEKŁO, KOBYŁKA U PŁOTU!!!!!
Obiecywałam, obiecywałam, wreszcie podjęłam „jedna słuszną decyzję” i wylądowałam wczoraj na basenie.
Znalazłam taki odpowiedni, gdzie można wchodzić, co prawda o określonych godzinach, ale w dowolnie wybranym terminie. Jest to basen przy Uniwersytecie Pedagogicznym. Całkiem przyzwoity, na szczęście na mojej zmianie pływało w nim tylko około 6 osób.
Poprosiłam ratownika o asekurację przy wchodzeniu i wychodzeniu z basenu. Okropnie strome są tam niestety schodki, więc zeszłam dwa- trzy szczebelki na dół, usiadłam na pupie na brzegu i pomału zniżałam się do momentu, gdy mogłam zacząć pływać. Pan ratownik(diablo przystojny!!!) spytał tylko, czy potrzebuję „makaron” do pływania, ale jakoś się obeszło bez takiej pomocy, przecież ja pływam już od dziecka. No to pływałam sobie tam i z powrotem na głębokościach od 1.2m do 1.80m. Na początku było całkiem fajnie, chociaż woda znosiła mnie albo ku brzegu, albo w stronę linek oddzielających tory. Potem byłam już chyba bardzo zmęczona, bo nagle prąd rzucił mnie na głębie i zachłysnęłam się wodą, aż wylądowałam głową trochę poniżej tafli. Oczywiście udało mi się jakoś podpłynąć do drabinek, ale jednak  trochę się zakrztusiłam, co do przyjemności raczej nie należy, a co się wody napiłam to moje. Po prostu troszkę przeszarżowałam (chociaż w wodzie zawsze raczej jestem bardzo ostrożna). Już teraz wiem, co czuje człowiek, który się topi, a zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu!
Jak już pisałam, byłam trochę zmęczona, bo jednak dłuższy czas nie pływałam i te 45 minut było już dla mnie jak na pierwszy raz za dużo, więc poprosiłam pana ratownika (tego sexi) o asekurację przy wychodzeniu po tych drabinkach. Przyznam się bez bicia, nie było łatwo,(znów te ostre schodki!), może następnym razem uda mi się lepiej opanować tą sztukę. Ćwiczenie podobno czyni z człowieka mistrza. A najważniejszy jest przecież pierwszy krok, potem dochodzi się do perfekcji. No nie, na główkę na pewno skakać nie będę (zresztą jest umieszczony plakatem z zakazem skakania na główkę) ale…. pożyjemy, zobaczymy.
Do domu jakoś dotarłam (nie, nie taxi, ale przyznam, że kawałek podjechałam autobusem, potem już dalej na nóżkach) i dopiero wtedy zobaczyłam, jak jestem diabelnie zmęczona. Bolały mnie wszystkie mięśnie i brzucha i nóg, bolały ramiona (pewnie od tej żabki), biodra, a nawet bolały mnie dłonie.
Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ogromną sobie krzywdę tym unieruchomieniem zrobiłam. Teraz mięśnie znów muszą się przyzwyczaić do pracy.
Teraz nie mogę im pozwolić, by znów ustały nieruchome.
Czyli jednym słowem, biorę się za normalne życie, nadrabiam spore zaległości. Czy za późno? Lepiej teraz niż nigdy.
A że pływać zawsze lubiłam….. tylko jednak muszę bardziej rozważnie rozkładać swoje siły i nie koniecznie na tę głębię wypływać, bo wciąż zapominam, że jestem jakby nie było starsza pani i siły już nie te same, co kiedyś.
I może jednak nie powinnam samotnie chodzić na basen, zawsze lepiej, gdy ktoś bliski jest w razie czego obok, ale z drugiej strony, tak trudno kogokolwiek namówić jest na taki wspólny wypad.
W każdym bądź razie ani dzisiaj, ani jutro na pewno na basen nie pójdę, muszę trochę „zapomnieć” te moje przygody no i znaleźć sobie jakąś bratnią duszę. No i muszę trochę rozluźnić te ciągle jeszcze naciągnięte wczoraj mięśnie.

Dzisiaj jeszcze chłodny dosyć dzień, mam nadzieję, że weekend będzie ciut cieplejszy, przynajmniej tak zapowiadają. Nie będą to już temperatury sprzed tygodnia, ale takie ciepłe i słoneczne 20-22 stopnie by się przydały. No i żeby ten chłodny wiatr tak nie dokuczał, wczoraj czułam już jesień, a tu kalendarzowo wciąż lato przecież trwa!.
Miłego dnia wszystkim życzę.

Fajny poniedziałek

 

To był naprawdę fajny poniedziałek. Pogoda odpowiednia, humor też, samopoczucie idealne, nic dodać nic ująć.
Nawet włączanie alarmu przy wychodzeniu z pracy nie przysporzyło mi sporo kłopotów, chociaż cały czas z lękiem nadsłuchiwałam, czy nie zacznie wyć, bo wtedy znów pewnie bym spanikowała. Co poradzę na to, że taki nerwus ze mnie się zrobił? Nie lubię alarmów i już, wolno mi!
A jaki poniedziałek, taki ma być i cały tydzień, czyli zapowiada mi się fantastycznie.
Co prawda musiałam się już nieco cieplej ubrać, ale na pewno nie tylko ja. Gdy wiał czasami dosyć gwałtowny wiatr, robiło się całkiem zimno, aż „mróz” po kościach hulał, ale gdy wychodziło słoneczko, było całkiem przyjemnie.
Cóż, zmienia nam się pora roku, taka jest kolej życia, po gorącym lecie przychodzi jesień, tylko jedno w tym wszystkim dla wszystkich jest drażniące, że ta temperatura nie spadała delikatnie, przygotowując nas do nadchodzących zmian, ale spadała gwałtownie. No dajcie spokój, tydzień temu było ponad 30 stopni, dzisiaj było około 12-15 stopni, a w Zakopanem…. spadł nawet śnieg i na Kasprowym Wierchu zanotowano temperaturę około minus(!!!)jeden stopnia.
Ale ta temperatura około 15 stopi nie jest jeszcze najgorsza, gdyby nie ten nieprzyjemny, chłodny wiatr. Ale przyjdzie jeszcze bardziej zimny czas i wtedy na prawdę miała powody do zmartwienia.
Na razie całe szczęście, że nie pada deszcz i mogę sobie spokojnie do i z pracy spacerować.
Mam z tego coraz większą frajdę, jeszcze troszkę i zacznę chodzić na dłuższe spacery.
A Dzisiaj stanę na wagę i dowiem się, czy moje dotychczasowe spacery mają wpływ na moją wagę.
Oczywiście cudów się nie spodziewam, ale może nawet chociaż ten jeden kilogram mniej wskażą wskazówki, a to już jest powód do radości.
Właściwie to jestem kobietą szczęśliwą, bo co tydzień mam powód do mojej małej radości.
A teraz moim ulubionym zajęciem jest przeglądanie stron z modnymi ubraniami i bardzo się cieszę, gdy okazuje się, że mogę tam nawet coś dla siebie ciekawego wybrać. Co prawda na razie tylko przeglądam, a nie kupuję, bo nie ma co szaleć, skoro nadal zamierzam chudnąć.
Nie wiem tylko jak jeszcze długo miałoby to trwać, ale….. gdy zobaczę, że już więcej nic  siebie nie wykrzeszę, pomyślę o stopniowym zapełnianiu szafy. Tylko, że to wszystko takie niestety jest drogie…..
Dzisiaj u Moniki była koleżanka z Warszawy – chirurg plastyczny i rozmawiałyśmy o ewentualnej plastyce mojej skóry po skończonej mojej kuracji. Ale to jeszcze na razie nie teraz, jeszcze muszę poczekać na odpowiednią wagę.
I tak uważam, że już sporo zrobiłam i nadal robię i nie chce osiąść na laurach.
I wierzcie mi, naprawdę o wiele lepiej mi się chodzi, chociaż od czasu do czasu Nimesil dla zabezpieczenia moich kostek i stawów zażywam.
Jestem wstępnie na piątek umówiona z Piotrkiem, tym, który był razem ze mną operowany. Jak już kiedyś pisałam, on ma jeszcze lepsze rezultaty niż ja, schudł już blisko 40 kg. To będzie nasze pierwsze spotkanie po szpitalu, więc będziemy mieli pewno sporo wspólnych tematów i wiele sposobów do wymiany swoich doświadczeń. A takie wsparcie „współziomka” w nieszczęściu, a raczej w szczęściu, jakim jest nasza wspólna nadeszła zmiana  jest i jemu i mnie bardzo potrzebne.
Tylko faktem jest to, że łatwiej się chudnie, gdy się ma te trzydzieści parę lat, niż sześćdziesiątkę z okładem na karku.
On startował z dużą aktywnością zaraz po zabiegu, ja mimo, że byłam ciut chudsza, byłam niestety ociężała, bardzo słabo się poruszałam.
A może po prostu byłam zbyt leniwa? Nie wiem, dopiero teraz do mnie dociera, jak wiele traciłam życia na niczym. A teraz po prostu chce mi się żyć!!!!! A to jest przecież najważniejsze!!!!

Pewnie się dziwicie, że nie wspomniałam  o referendum. Otóż nie brałam w nim udziału, bo po prostu nie rozumiałam sensu zadawanych tam pytań, a skoro nie rozumiałam, więc i nie mogłam optować.
Pewnie wiele osób też nie zrozumiało podobnie jak i ja, więc frekwencja we wczorajszym referendum była wprost żenująca, tylko około 7.5 procent  Polaków do niego przystąpiło.
Szkoda tych niepotrzebnie wydanych pieniędzy  i chyba po raz pierwszy skrytykuję bardzo złą decyzję prezydenta Komorowskiego, który nie wiedzieć dlaczego dał się komuś podprowadzić i ogłosił to nieszczęsne referendum.
Wczoraj pani Beata Szydło z wielką satysfakcją ogłosiła, że PO poniosła wczoraj olbrzymią porażkę.
Nie tylko PO pani Szydło, to był środkowy palec pokazany przez społeczeństwo wszystkim po kolei politykom. Czyżby pani zapomniała, że sama pani skierowała petycję do nowego prezydenta z prośbą o referendum z pytaniami pisowców? Gdyby nie senat, pewnie i następne referendum też skończyłoby się fiaskiem.
Ale to są tylko moje poglądy, a ponieważ z obecnej polityki już nic nie rozumiem, to więcej na ten temat zdania nie zabieram.
Życzę miłego dnia, spieszę już się ma dopołudniową zmianę, pacjenci czekają!

A więc

 

Nie zaczyna się zdania od A więc. To zacznę inaczej.
Wczoraj kuchnia Ewy W. serwowała pastę (makaron) z pesto. Ale nie tylko pesto było składnikiem tego dania.
Najpierw na kapce  oliwki podsmażyłam czosnek i cebulkę, do tego dodałam suszone pomidorki w oliwce z żurawiną, wkroiłam też kilka oliwek, oczywiście dodałam bazylię, oczywiście wymieszałam to z pesto, a na koniec wkroiłam serek Lazur Blue, wszystko porządnie podsmażyłam, odlałam nadmiar tłuszczu (z pomidorków też wytopiła się dodatkowo oliwa, więc całość byłaby za tłusta) i całość wymieszałam z  razowym makaronem  typu wstążki, wszystko jeszcze raz przemieszałam na patelni, dodałam trochę pieprzu i inne dostępne przyprawy  i dałam wszystko do salaterki. Oczywiście osobno podany był jeszcze ser parmezan do posypania makaronu. Całość była pyszna, V.I.P-owi bardzo smakowała moja potrawa, mnie też, ale przyznam, że była bardzo syta i nie dało się zjeść większej ilości niż mała miseczka.
Jeszcze jedna porcja pozostała mi na dzisiejszy obiad.
Potem razem z V.I.P – em oglądnęliśmy sobie Familiadę, ale ponieważ nic ciekawego później w TV nie było, posłuchaliśmy naszego ulubionego Radia Pogoda.
I tak nam miło czas minął, nawet nie wiadomo kiedy zrobiło się na tyle późno, że V.I.P. poszedł sobie do swojego domku, a mnie na chwilę zmorzył błogi sen, albowiem wlazłam pod kocyk, by coś tam na Ipli sobie oglądnąć, a to zawsze u mnie kończy się drzemką.
Ale trzeba przyznać, że był to towarzysko bardzo przyjemny dzień.
Co prawda humor psuł potem gwałtowny wiatr, który nagle się zerwał i trzaskał oknami. I znów musiałam siedzieć w domu w swetrze.
Ale przypominam sobie, że miałam nie narzekać na pogodę, wiadomo po tych upałach trochę trudniej przystosować się do dużo niższej temperatury, bo ten skok w dół jest bardzo wyrazisty. Ale pociechą jest to, że kiedyś znów przyjdą cieplejsze dni.

Dzisiaj idę do pracy na popołudniu i chwile dłużej w niej sobie posiedzę, gdyż muszę potem zastąpić koleżankę, tak, że będę po raz pierwszy od dłuższego już czasu wracała nie za dnia. Nie lubię takich powrotów, bo gdy jest ciemno cały Żabiniec gwałtownie się wyludnia i trochę nieprzyjemnie jest wtedy wracać, zawsze może zdarzyć się jakaś niemiła przygoda. Oby nie.
Ale pomału trzeba się dostosować do tego, że wieczór zapadać będzie coraz wcześniej. I tak będzie aż do wiosny, niestety.
Ale w końcu i ona kiedyś nadejdzie…..
No to co, wszystkiego dobrego na poniedziałek i na cały nadchodzący tydzień, niech on będzie szczęśliwy.

obiat

Dobra, wiem, że to słowo pisze się z literą d na końcu,  ale ja tylko powtarzam za klasykiem.
Bo jednym z bulem (przez u zwykłe)  się błędy ortograficzne wypomina, innym nie, chociaż jakby nie było też obecny prezydent chce żądzić (napisane przez z z kropką). Dziwne, że to akurat nikomu nie przeszkadza!
A nie ważne, dzisiaj jest niedziela, nie ma co sobie polityką głowy zaśmiecać. Ani też ortografią nie należy się przejmować, chociaż jakoś ja nie robię raczej błędów ortograficznych, ale przyznam, że czasami mam takie przyćmienie, jak dane słowo napisać i wtedy sobie sprawdzam w słowniku ortograficznym. Zresztą, gdy człowiek pisze na komputerze, wszelakie błędy, nawet te literowe ( a te mi się dosyć często przydarzają) od razu są podkreślane czerwonym wężykiem. Wystarczy potem sprawdzić i wszystkich błędów się pozbyć. Dlatego wskazane jest, by dzieci chodzące do pierwszych, czy drugich klas sporo w world-zie pisały, bo w ten sposób  łatwiej opanują zasady bardzo trudnej polskiej pisowni, niż ucząc się regułek na pamięć. Chociaż czytając komentarze w postach  na forum zauważyłam, że sporo młodych ludzi popełnia kardynalne wręcz  ortograficzne błędy i nawet nie zadają sobie trudu, żeby je później naprawić. A nie ma nic gorszego, jak niechlujstwo językowe, które działa na mnie jak przysłowiowa płachta na byka.
No dobrze, wracamy dzisiaj do naszego obiadu. Dzisiaj też na obiad został zaproszony V.I.P. i oczywiście będzie podana pasta z…….a to na razie tajemnica, bo V.I.P. czyta mój blog, a nie chcę by wcześniej wiedział z czym tą pastę podam :-).
Tak więc szczegóły podam dopiero w jutrzejszym wydaniu mojego blogu, mam tylko nadzieję, że będę miała się czym pochwalić !!

Dzisiaj cisza referendalna, a więc ani słowa o tym, co się dzieje w komisjach wyborczych i ani słowa o moich referendalnych opcjach, po prostu nie ma tematu i już.
Pogoda jest nie specjalna, chyba musiało nawet padać, bo ulice są mokre. Za to na pewno dobrze mi się spało. Co prawda obudziłam się około szóstej rano, chwilkę pomarudziłam przy komputerze i poszłam jeszcze chwilkę pokimać, dobrze że V.I.P. obudził mnie prze godziną 11-stą telefonem, pewnie jeszcze bym sobie dłużej pospała. Ale taka pogoda sprzyja chyba dobremu spaniu, bo i domownicy i nawet pies dzisiaj trochę sobie pospali dłużej. Trzeba wykorzystać jakoś przecież ten wolny czas, w tygodniu wstają wcześnie rano.
No dobrze, wyraźnie przecież widać, że dzisiaj nie mam żadnego ciekawego tematu do poruszenia, mimo, że lekki złośliwy wkręt polityczny już dopełniłam. Ech, jestem politycznie niepoprawna!!
Kończę więc ten mój elaborat, może jutro uda mi się coś więcej napisać?

Miłego niedzielnego odpoczynku wszystkim życzę

trochę mieszane odczucia

 

Jak już pewnie wiecie z poprzednich moich wpisów, wybrałam się wczoraj wraz z Magdą z Blogu (taka nazwa już chyba na zawsze będzie Jej przypisana) do restauracji Sissi , mieszcząca się przy ul. Krupniczej.
No i?……. właśnie mam całkiem dziwne odczucia. Restauracja owszem miła, kilkoma schodkami schodzi się w dół, do przestronnej, ale dosyć prostej, nawet powiedziałabym surowej  w wystroju sali, stamtąd przez inną, już mniejszą salkę z olbrzymią ladą – wystawę na kamienne podwórko, trzeba przyznać, że całkiem sympatyczne, też o dosyć prostym wyglądzie. Pogoda była taka trochę nijaka, ale ponieważ to podwórko tworzy pewnego rodzaju studnię, pomiędzy otaczającymi go  kamienicami, było tam dosyć chłodnawo. Na szczęście podano nam pledy, aby się troszkę okryć. Jeszcze 2-3 tygodnie temu byłoby tam zapewne bardzo przyjemnie, wczoraj słonko ledwo tam gdzieś dochodziło, ale nie na tyle, by doskonale go ogrzać.
Menu tej restauracji nie było imponujące, to znaczy była bardzo mała możliwość wyboru jedzonka. Bardzo kusiła mnie dorada w papilocie z pergaminu, pieczona w piecu, ale ponieważ dowiedziałam się, że jest to wybitnie oścista ryba, więc z niej zrezygnowałam.
Zamówiłyśmy z Magdą  sałatkę z rukoli z grilowanym kurczakiem z gruszką, oraz z kiełkami i prażonymi orzeszkami.
Przyznam, że byłam tą potrawą dosyć rozczarowana, wyraźnie w poprzednim wcieleniu nie byłam ani królikiem, ani krówką, bo ta zielenina niezbyt mi smakowała. Owszem kilka kawałków kurczaka było mięciutkich i całkiem dobrze przyprawionych, ale reszta była po prostu „sucha”. Co prawda podano osobno oliwę do polania, ale i ona nie bardzo zmieniała smak zieleniny, w porównaniu na przykład ze sałatką Anara, która tak chwaliłam kilka dni temu po mojej wizycie w Trattorii koło mojej pracy, wypadła bardzo blado. Tamta sałatka była po prostu bardziej przysmaczona i stanowiła jedność, wszystko było ze sobą „powiązane”, tu każdy listek rukoli i każdy kiełek był  tylko osobną zieleniną. W przeciwieństwie do mnie Magdzie, ta sałatka bardzo smakowała, szczególnie zaś wyróżniła kiełki z zielonego groszku, no cóż o guście i o smakach podobno się nie rozmawia.
Ale raz jeszcze podkreślam, możliwe, że ta sałatka była dobra, tylko może ja mam jakieś uprzedzenie do takich zielonych dań?
Wcześnie podano malutką kawę w malutkiej czarce, niestety, gdy dolałam do niego mleka, kawa natychmiast zrobiła się zimna, a ja zimnej kawy nie lubię. Na deser skusiłam się na jedną małą gałkę lodów orzechowych, które podobno, jak przeczytałam w internecie, miały być wspaniałe, ale okazały się całkiem przeciętne, żaden specjał, dobrze, że tylko zamówiłam jedną gałkę, bo potem tylko miałabym jeszcze większe wyrzuty sumienia.
Przykro mi Magda, że tak „obsmarowałam” wczorajszą naszą ucztę, co najmniej jakbym była Makłowiczem, albo innym recenzentem krakowskich restauracji, ale już kiedyś postanowiłam, że będę w swoim blogu pisała prawdę, tylko prawdę i całą prawdę.
No dobra, skoro całą prawdę, to napiszę jeszcze (chociaż Magda radziła mi nie wpisywać tego do blogu) kupiłyśmy w ty przy restauracyjnym  sklepie połówkę na pół chleba żytniego na zakwasie. Czyli każda z nas zabrała ze sobą do domu ćwiartkę tego, czego przynajmniej ja nie powinnam zjeść. Oczywiście musiałam w domu popróbować smak tego chlebusia, niewątpliwie najlepsza była skórka, taka chrupiąca, jak lubię, miąższ był dla mnie nieco zakalcowaty. Ale to też kwestia gustu.
Oczywiście Magda wczoraj znów rozmawiała z osą, grzecznie poprosiła ją, by ta sobie gdzie indziej odfrunęła i….. zadziwiające, osa znów Ją posłuchała
No proszę, jakie zdolności psychologicznego oddziaływania  na owady ma moja Koleżanka 🙂 Aż trudne do uwierzenia, ale prawdziwe.
Niestety Magda w przyszły piątek już opuszcza Kraków. Co prawda mamy w planie jeszcze jedną wizytę w restauracji, którą Ona wynalazła, ale obawiam się, że po dzisiejszym wpisie nie bardzo będzie chciała jeszcze gdziekolwiek ze mną iść , skoro się okazałam taką malkontentką 😦
A może jednak nie będzie tak najgorzej?? W każdym bądź razie mam nadzieję, że  na pewno do swojego następnego przyjazdu do Krakowa zdąży zapomnieć, co ja n temat Sissi tu dzisiaj po nawijałam i znów gdzieś razem się wybierzemy.
Bo w tych naszych spotkaniach nie najważniejsze jest przecież jedzonko, ale to, że świetnie się rozumiemy i świetnie nam się razem ze sobą  rozmawia, co najmniej jakbyśmy się już długie lata znały, a przecież znamy się de facto dopiero 3 tygodnie. Ale tak to jest, gdy bratnie dusze się razem spotkają i lubią swoje towarzystwo.

Jeszcze na moment wracając do tych lodów i tego chlebusia (bo sałatka nie była raczej tucząca), może moje wczorajsze, dosyć spore jak na moje nogi spacerki do autobusu i potem przez bardzo długą ulicę do Sissi zniwelowały te moje skonsumowane kalorie? Ale o tym dowiem się dopiero w poniedziałek, gdy stanę znów na wadze.
Mam oczywiście, jak pamiętacie, w domu swoją wagę, niestety rozregulowaną i zawyżającą kilogramy ( w porównaniu do innych wag, na których się ważę, jest to około 1,5-2 kg, czyli w moim przypadku sporo ), ale ostatnio staram się ważyć zawsze na tej samej wadze u….weterynarzy obok pracy (ha ha, ale to prawda) i przynajmniej mam zawsze porównanie, czy przybieram, czy stoję w miejscu, czy waga się obniża. To nic, że ta waga przeznaczona jest dla zwierząt, ale jest dobrze ustawiona, a to, że tam się regularnie ważę jest świadectwem mojej działalności w dziedzinie odchudzania. Zresztą, gdy ostatnio ważyłam się na wadze lekarskiej w przychodni na Rusznikarskiej wartości są prawie takie same.
Zresztą coraz częściej słyszę słowa „ale ty schudłaś, niedługo to cię nie będzie widać”. Najbardziej rozbawił mnie wczoraj Jarek z pracy, który mnie już bardzo dawno nie widział i zawołał „to naprawdę ty???” To o czymś świadczy, prawda?
Ale najważniejsze jest to, że już się w wydatny sposób rozruszałam i chociaż, przyznaję się bez bicia, czasami we mnie tkwi jeszcze ta iskierka błogiego lenistwa (a po co iść, można przecież podjechać), staram się ją zwalczać i pomału mi się to udaje. A może z czasem będzie jeszcze lepiej i rozpocznę solidne, piesze dalsze wędrówki? No ale do tego muszę jeszcze te 10 kg schudnąć, ale żeby schudnąć, muszę chodzić, więc kółko się zamyka. Byleby tylko właśnie w tym zamykającym się kółku się nie zagubić i nie zniechęcać.
Dobrze wiem, że wyczynowca, ani uczestnika maratonu ze mnie już nie da się zrobić i muszę brać swoje siły na zamiary, ale to nie znaczy, że mam osiąść na laurach. Może dla kogoś ta droga, którą dzisiaj pokonałam to był mały pryszcz, ale dla mnie był to jednak spory wyczyn, przyznam, że byłam nawet troszkę zmęczona i musiałam na moment przystanąć, bo bałam się, że za chwilę się  wywrócę. Na szczęście dotarłam na miejsce bez żadnych przykrych dla mnie incydentów. Jest takie powiedzenie: „grosz do grosza, a zbierze się kokosza”, dla mnie takim przysłowiowym groszem jest każdy krok, który mimo bólu pokonuję. A te moje kroki pomału zbierają się w coraz dłuższe spacery,
Kiedyś, jeszcze przed moją operacją oglądałam program poświęcony właśnie takim osobom jak ja, którzy cieszyli się każdym nawet najmniejszym osiągnięciem. Bo osoby, dla których chodzenie nie przysposabia żadnych kłopotów mogą nie rozumieć tych, dla których nieraz trochę więcej spacerów przynosi ból, ale także i pewien sposób upokorzenia „jestem gorsza, niż inni”, a takie bariery myślowe bardzo w życiu przeszkadzają i z czasem zniechęcony nimi człowiek nie ma nawet siły z tym walczyć. Ważne jest, żeby się samemu przełamać i do tego jeszcze wiedzieć, że jest ktoś, kto cię w tym duchowo wspiera.
Od razu przypomina mi się Marta z Jastarni, dziewczyna urodziła się z rozszczepem rdzenia kręgowego, przeszła w swoim życiu sporo operacji, ale zawsze miała koło siebie troskliwych rodziców, a szczególnie mamę, która ją wspierała w walce z kalectwem. Marta już jako małe dziecko jeździła wraz z mamą na  nieraz wielomiesięczne turnusy rehabilitacyjne, prócz tego sporo ćwiczyła w domu. Dzisiaj Marta ma 20 lat. Co prawda jeździ na wózku inwalidzkim, ale jest aktywna życiowo, mieszka zresztą poza domem, w miejscowości, gdzie studiuje właśnie rehabilitację dla osób niepełnosprawnych, jeździ nadal na obozy rehabilitacyjne nie tylko w kraju, ale poza naszymi granicami, ale już sama, bez pomocy rodziców, działa w różnych społecznych klubach i to z nimi właśnie bierze udział w przeróżnych takich spotkaniach,  a ostatnio widziałam nawet jak surfowała żaglówką po zatoce. Wspaniale wyglądała na tym swoim wózku stojącym na żaglówce, zdjęcie takie zamieściła na Face Booku i podpisała”a kto powiedział, że dla niepełnosprawnego jest coś niemożliwe”? Jest możliwe, dla tych, którzy tego pragną, Martusiu. Do tego Marta jest niezwykle uśmiechniętą i pogodna dziewczyną, tak, jakby kalectwo wcale nie jej dotyczyło, jakby nie było dla niej  żadną przeszkodą w życiu. I na pewno musi przełamywać o wiele więcej barier psychicznych niż człowiek całkowicie zdrowy, ale umie je ze wrodzonym wdziękiem pokonywać, ona po prostu umie cieszyć się życiem.
I to właśnie Marta jest dla mnie wzorem godnym naśladowania, chociaż ona ma nade mną tą przewagę, że jest młoda i łatwiej się do nowych warunków przysposabia, ja jestem nieco już przesiąknięta tą gorzką, długą rzeczywistością, która nagle teraz dla mnie zaczyna się zmieniać na lepsze.
I obym tego nie roztrwoniła !!!!
Zresztą każdy z nas nosi na plecach swój krzyż życia, jeden krzyż jest mniej uwierający, inny bardziej, ważne jest to, by tak go ułożyć, by nie za bardzo nam dokuczał, po prostu by był znośny dla każdego jego właściciela, a że czasami bardziej daje się we znaki, to tylko pozostaje  przypomnieniem, że nie wszystko w życiu musi być łatwe, czasami trzeba się z tym pogodzić, czasami zawalczyć…..

Gdyby ktoś zapomniał, to z radością przypominam, że dzisiaj mamy wolny dzień od pracy, przeznaczony do wypoczynku, albo czynnego, albo może i biernego, jak kto woli.
No to miłej soboty wszystkim życzę 

tak dobrze to nie będzie

Dzisiaj Ulka musi obejść się bez róży. Nie można ich tak często darować, bo by się szybko znudziły. Oczywiście, że róże, a nie Ulka 🙂

Mam nadzieję, że ten fioletowy kwiatuszek też Ci się Ulu  spodoba, tym bardziej, że to zdjęcie robiła moja koleżanka Ilza – Ela.
Ale tym razem nie zabieraj tego ślicznego kwiatuszka do siebie, pozostaw go i dla innych :-),

Dzisiaj piątek – dzień dla mnie  pełen niespodzianek.
Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego już czasu „narywały” mi kolana, znak, że będzie padało.
A ja się przecież z Magdą z blogu umówiłam w ogródku kawiarnianym……  😦
A tu pogoda nijaka, mży deszcz, jest bardzo chłodno…..  ale może około 16-stej troszkę się rozjaśni i ociepli, a może słonko nawet wyjdzie.
A wtedy w ogródku będą trzy słonka” to na niebie, Magda i ja 🙂
Ale znów mogę potwierdzić, że mój wewnętrzny barometr działa bez zarzutu, ostrzegał przecież przed taką pogodą, tylko co mi z tego, że ostrzegał?
Będziemy musiały siedzieć wewnątrz restauracji, a na papieroska ewentualnie wychodzić sobie przed budynek, ale to nie to samo. Bo na przykład kawka najbardziej smakuje przy zapalonym papierosku. Kto nie pali, nigdy tego nie zrozumie.

Wczoraj stanęłam na wadze i…znów mi 2 kg ubyło. Pomału, bo pomału, ale skutecznie.
Ważę teraz 94 kg, ale te 4 kg do grudnia koniecznie muszę „upuścić”, a może i wcześniej (i więcej).
Spacerki wyraźnie mi pomagają.
W związku z moim odchudzaniem spotkała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka. Otóż obliczyłam swoje BMI i chociaż jest wciąż jeszcze spore, ale oznacza otyłość I-szego stopnia, a zaczynałam przecież od otyłości stopnia III -ciego, czyli jest spory jednak postęp.
Coraz częściej myślę o wdrożeniu  w swój życiorys tego basenu, ale okazuje się, że nie jest tak łatwo trafić na dobry basen z wolnymi godzinami na zawołanie.
A tu jesień się zbliża, a potem zima, trochę za późno chyba się przebudziłam. A może takie wodne masaże pomogłyby mi trochę w usuwaniu tych wstrętnych zmarszczek, które powstały na moim brzuchu, na piersiach i na udach, co prawda na plażę się nie wybieram, zresztą i tak noszę strój jednoczęściowy, ale sama świadomość, że je mam, okrutnie mnie denerwuje. No, ale czemu tu się dziwić, tłuszczu sporo jednak ubyło, a skóra pozostała niestety ponaciągana. Żeby tak można było wziąć jakieś żelazko i skórę wyprasować……. no właśnie woda w basenie okazałaby się takim zbawiennym żelazkiem, przecież taki masaż jest naturalny i najlepszy.
Na bieganie na razie się nie nastawiam, bo jednak nie jest wcale łatwo mi chodzić (a co tu o bieganiu mówić), czasami jest OK, czasami stopy dokuczają, zależy od pogody.
Ale i tak nawet w chodzeniu pewne postępy czynię, a to mnie cieszy!
Może kogoś zdziwić fakt, że tak tu wszystko szczerze piszę, ale przyznawanie się do błędów nie jest wcale zawstydzające, a przecież wiele takich właśnie głównie dietetycznych błędów w życiu popełniałam, teraz ponoszę tego skutki. Zresztą w dużym stopniu takie zwierzenia bardziej mnie mobilizują do dalszej walki z tuszą i innymi przeciwnościami.

Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim miłego weekendowego odpoczynku i głowa do góry, będzie dobrze, a może i nawet bardzo dobrze?

oj Ulu !

 

 

Szkoda, że nie przyjechałaś razem ze swoją siostrą do Krakowa. Obie teraz zwiedzałybyście krakowską Starówkę, a może i czasami ja bym do Was dołączyła?
Ale pewno Twoja Siostra pojechała do Krakowa z jakąś wycieczką?, szkoda, że się z nimi nie załapałaś. Ale nic straconego, wsiadaj w pociąg, najlepiej w Pendolino i już za kilka godzin będziesz w Krakowie.
Co prawda dzisiaj nie jest środa, ale ponieważ wczorajsza różyczka Ci się podobała, dzisiaj też dla Ciebie inną, też śliczną, ale za to różową znalazłam.
Będziesz mgła powiększyć swoją kolekcję różyczek, bez potrzeby dzielenia się z kimkolwiek. Całuski.

Dzisiaj już czwartek, idę do pracy na popołudniu, mam już zarejestrowane badania, ale myślami już wybiegam do dnia jutrzejszego i cieszę się na spotkanie z Magdą z Blogu, może znów coś pysznego zjemy, a na pewno sobie miło porozmawiamy.
Co prawda ostatnio mam jakieś kłopoty z moim brzuchem, który często niestety mi dokucza i coraz mniej rzeczy lubi, oczywiście przeważnie w przeciwieństwie do mnie, bo na przykład Monika przywiozła mi pyszny, śmierdzący ser z Paryża, taki, jaki uwielbiam najbardziej (a mam to chyba po moim Tatusiu), niestety niezbyt taki ser odpowiada mojemu brzusiowi i trochę się buntuje. Ale co tam, podniebieniu też przecież się coś na smak należy, prawda?
No i co tu jeść panie prezydencie, co tu jeść. Bieda z nędzą!!!!!!!

Miłe jest to, że Magda, która na stałe nie mieszka w Krakowie, potrafi wynaleźć takie ciekawe nieduże restauracyjki. Juto idziemy do Sissi, na ul. Krupniczą, jest to, jak nazwa wskazuje restauracja z menu typu austriackiego, więc np Kotlet po Wenecku, czy kiełbaski cesarza Józefa, ale oczywiście będę musiała wyszukać sobie jakieś bardziej „oszczędne” pod względem kalorii danie, zresztą podobnież i Magda raczej preferuje kuchnię delikatną. Nie mogę potem przecież narażać swojego brzusia na następne stresy.
Mam tylko nadzieję, ze pogoda jutro dopisze, nie będzie padało i będziemy mogły usiąść sobie na dziedzińcu restauracji, który przerobiony jest na uroczy ogródek.
Ale to dopiero jutro, dzisiaj przede mną jeszcze w miarę spokojny dzień, bo mam nadzieję, że w pracy żadne stresy mnie nie spotkają.
Za to odkrywam codziennie przyjemność chodzenia (a jednak!) i chociaż potem moje stópki trochę mi doskwierają, ale jestem szczęśliwa, a nóżki w razie bólu „częstuję” oczywiście Nimesilem. Ale nadal uważam, żeby tego leku nie nadużywać.
Życzę wszystkim miłego czwartku

41 rocznica

Dzisiaj mija 41 rocznica śmierci Mojego Taty. Już kilka dni temu pisałam o Nim obszerny post, jakim był naprawdę wspaniałym człowiekiem i jak bardzo mi ciągle Jego brak. Są rany, które łatwo się nie zabliźniają, takimi ranami pozostaje zawsze śmierć Rodziców, którzy dają z siebie wszystko, by ich dziecko miało potem łatwiejsze życie.

 

I tak jak kiedyś Maryla Rodowicz śpiewała znany przebój „Cudownych Rodziców mam”, tak ja teraz mogę po niej powtórzyć : miałam naprawdę cudownych Rodziców. Niestety los nie pozwolił, by Mama długo była przy mnie, odeszła do nieba, gdy miałam zaledwie 10 lat. Potem tylko jeszcze 14 lat dłużej cieszyłam się obecnością mojego najwspanialszego Taty na świecie i właśnie 2 września 1974 roku mój Tata też mnie opuścił, zmarł cicho, bo okrutny atak serca  skrócił zbyt szybko Jego życie. Miał tyle jeszcze planów na życie, chciał nadal zawodowo pracować, chciał jeździć i zwiedzać świat, niestety wszystko to zgasło jak płomień świecy 41 lat temu, a przecież był jeszcze całkiem w pełni  życia, miał dopiero 68 lat życia za sobą…
Pamiętam ten tragiczny dzień sprzed tych lat, gdy świat mój w ciągu 2 godzin zawalił się jak domek z kart, wydawało mi się, że sama się nie pozbieram, nie dam sobie rady, a jednak musiałam znaleźć w sobie sporo siły, by nadal iść przed siebie, tym bardziej, że akurat bardzo ciężko rozchorowała się moja siostra Ania, musiała przebywać w  różnych szpitalach i w związku z tym musiałam przejąć opiekę nad jej dwójką małych dzieci, nad Marcinem i Magdą. I pewnie dzięki Ojcu, który czuwał nade mną dawałam sobie jakoś radę.
Pamiętam, że tuż po śmierci Taty jedna z jego znajomych powiedziała mi: Pani Ojciec bardzo się martwił o panią i zawsze mówił, jak ta Ewa da sobie beze mnie radę w życiu. Dałam sobie wtedy radę Tatusiu i nadal sobie radę daję, chociaż bardzo za Tobą i za Mamą tęsknię. Ale tak pozostanie mi już do końca moich dni.

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj mamy środę. I oczywiście tradycyjnie musi być i róża.
A ponieważ w ostatnią środę Koleżanka o niku shortty  napisała w komentarzu, że jest fanką róż, a szczególnie czerwonych, przy okazji i Jej chciałam zrobić przyjemność i właśnie taką różę w tym kolorze dzisiaj zamieszczam. Może akurat dzisiaj też zaglądnie i się ucieszy, że i o Niej pomyślałam?

Ulu, pewnie jesteś już w swoim domku, bo czas wakacji już się skończył i dzieciaczki Magdy poszły do szkoły. Najbardziej chyba za Tobą  tęskni pewnie Żaba-Ola, która gdzieś tam na swoim legowisku śni o wspaniałych spacerach, które z Tobą codziennie podczas wakacji robiła. Ale szybko zły czas minie i zanim i ona i Ty się obrócicie, znów razem będziecie gdzieś po ścieżkach i bezdrożach wędrować i znów będzie wesoło.
Całuski tradycyjne Ulu Ci posyłam z Krakowa, już nie tak rozgrzanego, jak onegdaj, ale jeszcze wciąż letniego. Jeszcze letnie ogródki z piwem, czy z kawą na Rynku Głównym nadal są  czynne do późnych godzin nocnych 🙂

Wczoraj moje dziewczyny Pola, Zojka i Mia wyruszyły po raz pierwszy po wakacjach do szkoły.
Największa zmiana czekała Polę, która po ukończeniu gimnazjum podjęła dalszą naukę w liceum i to w jednym z najlepszych Liceów w Krakowie, w Sobieskim.
Tam jest rzeczywiście bardzo wysoki poziom, w związku z tym trzeba się bardzo już od pierwszej klasy do nauki przyłożyć, ale absolwentki tego liceum mają potem bardzo ułatwiony wstęp na wyższe uczelnie, czego dowodem może być właśnie nasza Matylda, która w tym roku ukończyła maturą Sobieskiego i dostała się do prestiżowej uczelni UJ na Wydział Lekarski w Krakowie. Oczywiście sam pobyt w szkole nie wystarczyłby do osiągnięcia takiego wyniku, ale jak już kiedyś pisałam, Matylda była bardzo ambitną uczennicą i sporo przykładała wagi do nauki, właśnie od początku pobytu w tej szkole. A nasza Pola też ma wielkie ambicje  i chce iść w ślady swojej kuzynki Matyldy i życzę, by się jej to udało.
Dla Zojki ten rok nie przyniesie większych zmian, bo nadal chodzi do tego samego, co zeszłego roku gimnazjum, za to Mia, uczennica klasy IV Szkoły Muzycznej zmieniła  swoich nauczycieli, przedtem wszystkich przedmiotów uczyła ją ta sama pani, teraz ma już inną wychowawczynię i innych, różnych do każdego przedmiotu nauczycieli. Będzie musiała trochę się przestawić w podejściu do nauki, tym bardziej, że i przedmiotów do nauki będzie teraz więcej. Z trzpiota musi przeobrazić się teraz w poważną panienkę, chociaż trzeba przyznać, że przez te wakacje bardzo wydoroślała.

 Moje  polityczne pytanie: Kto wczoraj  nie elegancko się zachował i kto komu nie podał ręki na powitanie, wręcz odwróciwszy się do swojego przeciwnika tyłem i  kto strzelił focha?  Oto jest dylemat.
Są różne wersje, ja się zdecydowanie trzymam jednej! Zawsze pamiętajmy, że prezydent jest pierwszą osobą w państwie i do niego należy na takiej państwowej uroczystości  powitanie wszystkich obecnych tam osób, a szczególnie powitanie pani premier, która jako ważna osoba stoi na czele demokratycznie wybranego rządu.
A już ostentacyjne odwrócenie się od niej, w momencie gdy podchodziła do prezydenta było bardzo nieeleganckie i niedyplomatyczne.
Niestety znów A.D. pokazał, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków. O przestrzeganiu zasad dobrego wychowania, którymi A.D. szafuje nie wspomnę.

Wczoraj miałam mały zatarg z Cyfrowym Polsatem, zapłaciłam im w sobotę (czego dostałam mailem potwierdzenie) za usługi seriale, czyli mogę oglądać seriale wcześniej, niż będą puszczane w TV. Niestety, ta usługa dla mnie ne wiem czemu jest niedostępna. Dwukrotnie interweniowałam telefonicznie, co jest chyba jakimś całkowitym ewenementem, bo dostałam komunikat, że czas oczekiwania na połączenie z Biurem Obsługi trwa ponad 20 minut!!!! I co? Ano nic, pani normalnie mnie poinformowała, że nie mi mi pomóc. Dziwne, że takie niekompetentne osoby tam zatrudniają.
Brać pieniądze za niedostarczaną usługę potrafią, tylko potem tą usługę uskutecznić jest niezwykle trudno. A poza tym pokażcie mi jakakolwiek instytucję, do której tak ciężko jest się dodzwonić i trzeba czekać na połączenie ponad 20 minut  z Biurem Obsługi. Dzwoniłam po różnych instytucjach, bankach, elektrowniach, gazowniach i nigdzie nie musiałam tak długo na połączenie oczekiwać, by w dodatku odesłali mnie na koniec  z kwitkiem. Wysmażyłam więc list do Cyfrowego Polsat o niesolidności firmy i niewywiązywaniu się z zobowiązań, z pytaniem czy i kiedy będę miał tą usługę włączoną i czy dadzą mi jakąś rekompensatę za 2 zapłacone, ale nie z mojej winy dni, które niestety były dla mnie bezowocne.
Teraz czekam na odpowiedź, ale jak mnie pani a wczoraj telefonicznie poinformowała, taka odpowiedź na interwencję może być rozpatrywana do 14 dni, bo …….takie mają procedury. No ręce same  z bezsilności opadają. Dziwne, ze takich procedur nie posiadają przy wyciąganiu od ludzi pieniędzy!!!

No to kończę te moje  rozważania na dzień dzisiejszy życząc wszystkim przyjemnej środy. Co prawda gdzieniegdzie zapowiadają nawet opady deszczu, ale może nie będzie aż tak źle do końca???