a jednak miś

 

 

 

……..czyli jak przespać zimę.
Wczoraj zakopałam się w swojej „gawrze” i przespałam calutkie popołudnie. Co prawda dosyć wczesnym popołudniem, a właściwie w czasie przejściowym pomiędzy rankiem, a południem miałam na chwilkę gościa, przyszedł w odwiedziny do biednej, starej ciotki, zamarznięty  Maciek. Specjalnie do mnie przyjechał w odwiedziny, za co mu chwała, bo ja na pewno na taką zimnice pewnie i nosa bym nie wyściubiła za drzwi. Poczęstowałam go gorącą kawą i chwilkę pogadaliśmy.
A potem ubrałam bardzo grube skarpety i zakopałam się w kocyku na moim tapczanie.
Jednak co tu mówić, nawet przy takim ogrzewaniu, specjalnego  ciepła w mieszkaniu nie ma. Najważniejsze jednak jest to, by było ciepło w stopy, wtedy od razu wydaje się, że to zimno tak bardzo nie doskwiera. Wynalazłam więc grube bardzo skarpety, które kiedyś używałam do zabiegów krioterapeutycznych, gdy byłam kiedyś w sanatorium  w Busku. Co prawda w takiej kabinie krio  temperatura zdecydowanie jest o wiele niższa, nawet jest tam około minus 30 stopni, ale przebywa się w tej zimnicy najwyżej 3 minuty i potem wychodzi się na ciepłą już rzeczywistość. Owszem, pomagały mi te zabiegi bardzo, ale pamiętam, że już pod koniec zaczynałam mieć symptom klaustrofobii, co raczej do przyjemności nie należało. Na te ostatnie kilka zabiegów szłam z uczuciem ,z jakim pewnie  idzie człowiek skierowany na gilotynę. Cały czas tylko nadsłuchiwałam, czy już dobiega do moich uszów ten charakterystyczny tupot drewnianych chodaków, które specjalnie do zabiegów takie trzeba było używać – znaczyło to, że już zbliża się kolejna zmiana i zaraz wypuszczą mnie z tej komory nieszczęścia.
A potem człowiek szybciutko po schodach kierował się do szatni i przebierał w swoje normalne już ciuszki i wtedy dopiero czuło się tę wielką ulgę, która po całym ciele się rozchodziła, to gorąco, które napełniało każdy mięsień, który robił się nagle bardzo elastyczny, już nie skurczony, już nie ciągnął  w żadną stronę i nie napawał bólem. Nawet umysł robił się po tym zabiegu jakiś jaśniejszy, a człowiek czuł się jak nowo narodzony.
Ale mimo to, że nie lubiłam tych zabiegów sama prosiłam lekarza o to, by mi je przepisał, wiedziałam, że w sumie wychodzą mi one tylko na zdrowie.
Nie wiem, czy znów zdecydowałabym się na te zabiegi, bo na samo wspomnienie tego pobytu w komorze krio ciarki przechodzą mi po plecach.
Należę do osób ciepło-lubych, oczywiscie też bez przesady, bo nadmierną temperaturę też źle znoszę.
A więc wczoraj szczelnie owinęłam się w kocyk (oczywiście mając na grzbiecie aż dwa swetry) i udałam się do najwspanialszej krainy, czyli do krainy snu.
Bo z małymi wyjątkami oczywiście ta kraina jest jednak wspaniała, dzieje się w niej mnóstwo niespodziewanych przygód, spotyka się sporo ciekawych osób, zwiedza się nieznane okolice, właściwie wszystko w tej krainie zdarzyć się może, tylko potem człowiek na ogół zapomina to wszystko, co w niej przeżywał. Owszem, niektóre małe szczegóły przechodzą potem przez moment na jawie przez mózg, ale są one jak lot błyskawicy, pojawiają się, by całkiem już nieodwołalnie zniknąć. Bywają sny, które prawie w całości (przynajmniej tak nam się wydaje) pamiętamy, czasami są one zabawne i wtedy zadajemy sobie pytanie: jak takie głupstwa mogą się człowiekowi przyśnić, czasami są to sny wspominkowe, zwłaszcza, gdy spotyka się w nich osoby, które już od nas na zawsze odeszły. Nieraz zdajemy sobie w nich sprawę z tego, że ta osoba nie żyje, ale rozmawiamy z nią, staramy się okazywać jej swoje uczucia, tylko dziwne, nigdy nie można do tej osoby się w śnie przytulić, czy ją pocałować, jednak otoczona jest ona jakby niewidzialną szybą, której nie widzisz, a jednak czujesz, że jest. A potem taka osoba odchodzi, mimo, że jej mówisz, że bardzo ją kochasz, prosisz by z Tobą została, ale niestety, ona należy już do innego świata, na razie dla nas niedostępnego i do tego swojego świata powrócić może. A Ty budzisz się, czujesz z jednej strony radość, że jednak znów tę bliską Ci osobę spotkałaś i mogłaś chwile z nią porozmawiać, a zarazem czujesz snu, że to już koniec tego waszego spotkania i masz nadzieję, że wkrótce znów ona do Ciebie chociaz na chwilkę wróci.
Czasami bywają sny „straszne”, najczęściej dotyczą one jakiś wojennych rozruchów, czasami uciekasz przed kimś, kto chce Cie zabić, ale jakoś ta Twoja ucieczka nie za bardzo się udaje, właściwie to prawie stoisz w miejscu i już widzisz koło siebie tę osobę, która chce Ci zrobić krzywdę, już czujesz jej oddech i wtedy…..na szczęście się budzisz, zlana cała potem, ale szczęśliwa, że to był tylko zły sen. Tak to z tymi naszymi snami bywa.
Najprzyjemniejszy jest sen baśniowym, w którym nagle wyrastają Ci skrzydła u rąk, rozpościerasz je, odrywasz się od ziemi i fruniesz, czując tę niesamowitą swobodę i szczęście, które Cię ogarniają, ale taki sen jest niezwykle rzadko występujący, przyznam, ze fruwałam w śnie tylko chyba 2-3 razy w moim życiu. Pamiętam szczególnie jeden z nich, stałam na chodniku przy niezwykle ruchliwej ulicy, która jeździły tam i z powrotem liczne samochody tak szybko, że nie mogłam przejść na drugą stronę, wreszcie rozłożyłam szeroko swoje ramiona, wzniosłam się do góry i sobie przefrunęłam ponad tymi przemykającymi autami, ale byłam wtedy szczęśliwa…….

Znowu są okropne trudności z dzisiejszym pisaniem blogu, co chwilkę dostaję komunikat z groźnym napisem Error. Wkurza to, bo tu tyle ciekawostek jeszcze wpisałam i wszystko mi zniknęło. Musze prawie po każdym jednym, lub po dwóch zdaniach zatwierdzać wpis naciskając zapisz, inaczej nie dokończę już tego mojego dzisiejszego wpisu.
A miałam taką jeszcze jedną koncepcję do poruszenia w moim dzisiejszym wpisie i……….. zagubiłam już swój trop.
No nic, poczekam do wiosny, może i przez te druty i fale niosące moje myśli zamarzają?? 🙂
Dobrze, że przynajmniej zrobiłam w czwartek zakupy i nie muszę dzisiaj do sklepu wychodzić, nawet Lotka nie pójdę nadać, bo po co? i tak znów nic nie wygram. Co najwyżej raz na długi czas wygram marną „trójczynę”……… reszta jest wyraźnie poza moim zasięgiem.
Niema sensu już dalej dzisiaj pisać mojego pamiętnika, bo coraz bardziej mnie wkurza ten co chwilę występujący Error Nawet pewnie i błędów przez to nie uda mi się poprawić? Bo ile razy można wkoło to samo pisać? Dzisiejszy wpis robiłam chyba na 15 rat, co chwilę musiałam zaczynać prawie od nowa…złości mnie to.  GAZETO!!!! POPRAW SIĘ!!!!! NIE UTRUDNIAJ I TAK TRUDNE ŻYCIE BLOGOWICZA!!!

Życzę przyjemnej soboty z nadzieją, że może już niedługo będzie jednak cieplej???