Kraków to miasto bardzo mocno związane z tym kościelnym świętem. Pierwsza uroczystość tej okazji została wprowadzona w roku 1320 przez biskupa Nankiera, właśnie w Diecezji Krakowskiej.. Jest to jedno z najważniejszych katolickich świąt, dzień, w którym czcimy Chrystusa, ukrytego pod postacią Chleba i Wina, niesionego w monstrancji do czterech kolejnych ołtarzy, przed którymi są odprawiane specjalnie na ten dzień ułożone modlitwy i przy każdym z czterech ołtarzy głoszone jest przez biskupa prowadzącego procesję słowo Boże. Centralne obchody tego święta w Krakwie odbywają się na Krakowskim Rynku, przed kościołem Mariackim, gdzie zostaje złożona Monstrancja, niesiona w uroczystej procesji z Katedry na Wawelu, przez ulicę Grodzką właśnie do Rynku. Jak widać na tym archiwalnym zdjęciu, zawsze w tej procesji zawsze brały udział tłumy ludzi. Teraz jest podobnie, ta procesja odbywa się w Krakowie w godzinach rannych, a popołudniu prawie we wszystkich krakowskich kościołach również odbywają się dziękczynne procesje. Pamiętam, że gdy żyła jeszcze moja sąsiadka, pani Maria, zawsze popołudniu w tym dniu brałam z Nią udział w procesji na Kazimierzu. Po mszy św procesja wychodziła z Bazyliki Bożego Ciała , przemierzała kilka ulic starego Kazimierza, aby w uroczystym orszaku znów do Bazyliki powrócić. Zawsze był to bardzo rozmodlony i niezwykle kolorowy orszak, niosący figurki, sztandary, a małe dzieci, ubrane w krakowskie stroje, rzucały przed Monstrancję zamieszczone w małych koszyczkach płatki pięknie pachnących, kolorowych kwiatów. Zawsze potem wracałam do domu trochę zmęczona, bo ta uroczystość trwała kilka godzin, ale byłam szczęśliwa, że miałam okazję w tak pięknej uroczystości brać udział. Dzisiaj już niestety nie ma pani Marii, ale właśnie szczególnie w tym dniu zawsze Ją wspominam, o Niej myślę. Była bardzo dobrą i prawą kobietą i chociaż pewno jak każdy człowiek miewała swoje humorki i gorsze dni, ale nigdy żadnego człowieka nie skrzywdziła, w miarę swoich możliwości pomagała, a bardzo głęboka i prawdziwa wiara zawsze była dla Niej najważniejszym drogowskazem w życiu. Dla niej zawsze TAK oznaczało TAK, a NIE – NIE !!!! W sprawach wiary była bardzo stanowcza i nikt nigdy nie mógł Jej zmienić w swoich poglądach. Tym własnie zawsze bardzo mi imponowała.
Czasy bardzo się zmieniają, teraz często ci, który ogłaszają się prawdziwymi katolikami bardzo od zasad wiary odchodzą, bądź to z przerysowanej ideologi, bądź z braku rozeznania, co naprawdę jest dobre, a co złe. Ale nie do nas należy ocena ich religijności, co prawda pani Maria zawsze mówiła, że błądzących należy upominać, ale niestety w tych dziwnych czasach niejednokrotnie byłoby to bardzo trudne, na pewno nie czułabym się na siłach, aby to przeprowadzić.
Zapowiadają na dzisiaj bardzo gorący, niestety również zagrożony burzami dzień. Ale mimo tych trochę niepokojących wieści życzę Wszystkim miłego świętowania, radości w rodzinnym kręgu, bo właśnie każdy taki świąteczny dzień pozwala nam na poświęcenia swojej Rodzinie więcej czasu i spędzenia z nimi wspólnych chwil.
Dzisiaj nie będzie , jak to zwykle w środy bywało, „ruszającej się” róży dla Ciebie Uleczku, dzisiaj będzie prawdziwa róża, która specjalnie dla Ciebie w ogródku Magdy wyrosła. Sama specjalnie sprawdzałam, była wyraźnie podpisana : „DLA ULI „ Wiem, wiem, że dzisiaj jej nie odbierzesz, bo nie ma Ciebie przecież w Poznaniu, ale gdy tylko powrócisz, ta róża wciąż tutaj na Ciebie będzie czekała……… Dziękuję Ci za wszystkie fotki, które znad morza posyłasz, dzięki nim poznałam również i Twoje Przyjaciółki, z którymi poranne i pewnie wieczorne też spacery brzegiem morza z kijkami czynicie. I bardzo dobrze, ruch to zdrowie, widzę na tych zdjęciach, że na Twojej twarzy i na twarzach Twoich Koleżanek króluje radość i szczęście. Serdecznie ode mnie pozdrów ode mnie swoje Koleżanki, życzę Wam samych wspaniałych chwil spędzanych nad brzegiem morza, spowitego morską bryzą.
Wczorajsze popołudnie też spędziłam w Parku, ale byłam już mądrzejsza, tuż po godzinie 17 już schroniłam się przed komarami w domku. Tylko tyle, że komary przyleciały przez otwarte okno do mnie, na szczęście nie w takich ilościach, jak by to w parku było, nie zostałam dotkliwie pokąsana. Przeczytałam a propo’s wczorajsze komentarze, rzeczywiście rozpylanie dmuchawami płynów anty komarowych jest świetnym pomysłem, tylko jakoś nikt u nas tego nie robi, chociaż trzeba przyznać, że bardzo o ten park dbają. Przede wszystkim jest czysto, nie ma na trawnikach żadnych śmieci, papierów itd, trawniki są często koszone, tak, że można po nich sobie nawet biegać, co jest chyba nowością pamiętam, że dawniej przy trawnikach były umieszczane tabliczki z napisem nie deptać trawników. A niby dlaczego nie można sobie po trawce łazić, trawa jest dla ludzi, czy ludzie dla trawy??????? Jak widać, gdy odpowiednio dba się o trawnik, może być on przyjemnym dywanem dla stóp, wszak Park jest miejscem rekreacyjnym, szkopuł tylko w tym, żeby go odpowiednio traktować. Również w parku i kwiaty są przycinane i podlewane, jak już pisałam, ten wielki klomb na skwerku parkowym co jakiś czas zmienia swój wygląd, niedawno były tam stokrotki, teraz rosną piękne niecierpki.
Dzisiaj radosny dzień wstał dla dzieciaczków, to ostatni dzień roku, rozpoczynają się wakacje. Moja Magda i jej mąż Jacek są tym bardziej szczęśliwi, bo Jasiek skończył ostatnią klasę podstawówki z czerwonym paskiem, a Jasiek dostał od Dyrekcji i Wychowawcy klasy specjalnie udzieloną na piśmie pochwałę za uzyskanie wysokich ocen w nauce i za bardzo dobre zachowanie, życząc mu jednocześnie dalszych sukcesów i przykładnej postawy ucznia. Miło dostać takie wyróżnienie, na pewno rodzice Janka maja prawo być dumni z takiego syna, więc i ja dzisiaj Jasiowi serdecznie gratuluję i życzę mu, aby również z tak wspaniałymi wynikami kontynuował swoja naukę w wybranym przez siebie, jednym z najlepszych krakowskich Liceum.
Magda była tak dzisiaj przejęta, że nawet nie zatelefonowała do mnie rano, jak to zwykle robi, pewnie przygotowywała się na uroczystą pożegnalną akademię, z tytułu ukończenia nauki Jasia w szkole podstawowej, na który jako matka prymusa, została z mężem uroczyście zaproszona, jest oczywiście wytłumaczona, wspólną kawkę przy telefonie wypijemy dzisiaj troszkę później. Szkoda tylko, że Babcia Ania nie doczekała tego dnia, na pewno też byłaby bardzo ze swojego wnuka dumna. A dlaczego ja tak tym osiągnięciem Jaśka dzisiaj się cieszę? Może trochę własnie w zastępstwie mojej siostry, bo chociaż z nimi nie mieszkam, ale jestem przecież bardzo mocno z Jaśkiem i jego rodzicami i rodzeństwem związana, zawsze traktuję ich dom jak swój własny, a ich jako najbliższe mi osoby, zresztą podobnie również i traktuję Rodzinę Maćka. Jak to dobrze, że ich wszystkich mam i czuję ich miłość. Wszystkie radości rodziny Magdy i Maćka są zarazem i moją radością, wszystkie ich troski też bardzo mocno przeżywam.
I tak w bardzo dobrym, wręcz radosnym nastroju kończę dzisiejszy wpis, trudno w takim dniu psuć sobie humor jakimiś przykrymi zajściami, które ostatnio bardzo opinię ludzką zajęły. O tym napiszę kiedyś indziej. Dzisiaj wszystkim Dzieciaczkom życzę wiele radości i wiele wesela z tych wakacyjnych dni, niech będą one bezpieczne i szczęśliwe , bo po długiej pracy w szkole należy im się dobry odpoczynek, zwłaszcza przed nadciągającym nowym, bardzo trudnym czasie nauki w nowej szkole. Myślami także jestem teraz przy moich Kochanych Dziewczynkach, przy Darii, Wice, Matyldzie, Marcysi, które czeka trudna studencka sesja egzaminacyjna, trzymam za nie kciuki, mając nadzieję, że im także wspaniale się egzaminy udadzą i wkrótce , też będą ich czekały wesołe chwile odpoczynku, oczywiście po odbytych wcześniej obowiązkowych stażach studenckich. Wesołych wakacji Dziewczyny.
A wszystkim życzę pięknego słonka, wspaniałej, nie za wysokiej temperatury dni, samych miłych godzin dnia środy
Teraz przed nami te najpiękniejsze i najdłuższe dni roku. Zaraz po pracy wstąpiłam na chwilę do Parku i przesiedziałam tam ponad dwie godziny. Pewnie i dłużej bym sobie z przyjemnością posiedziała, niestety dopadła mnie chmara złośliwych i okrutnie kąsających komarów. W tym roku panuje rzeczywiście plaga tych złośliwych owadów i są takie zajadłe, nie odpuszczają nikomu, ani dorosłym, ani dzieciom, pewnie i zwierzęta też padają ich łupem. Podobno czosnek działa odrażająco na te wstrętne kąsające stworki, ale trudno, żeby się czosnkiem smarować przed każdą wizytą w Parku, chyba wszyscy nie tylko by uciekali z mojego pobliża, co by może nie było aż takie straszne, bo miałabym więcej przestrzeni dla siebie, ale pewnie i sama, czosnkiem waniając, nie wytrzymywałabym swojego towarzystwa, już nie mówiąc, że napotykałabym się na oburzenie przechadzających się ludzi, którzy nie rozumieliby, dlaczego akurat wybrałam taki odrażający zapach. A swoją drogą, to byłby dobry pomysł dla przemysłu kosmetycznego, wynaleźć takie perfumy, które byłyby odstraszające dla wszelakich owadów, nie tylko komarów, ale i os, much i innych bzykających mieszkańców Parku (i nie tylko), a równocześnie były by zapachowo obojętne dla innych osób. A może są już takie kosmetyki, tylko ja o nich jeszcze nic nie wiem????? Kilka dni temu Ksawery napisał mi, że mała Zelda jest tak strasznie przez komary pocięta, cała jej buźka jest w kropki, które okropnie swędzą. Biedne dziecko, jeżeli dorosły człowiek nie może sobie z takim problemem poradzić, to co dopiero mają z takimi przykrymi przypadłościami zrobić małe dzieci? Czytałam niedawno w internecie, że był pomysł, aby powołać specjalne oddziały wojska do walki z tą plagą, bo rzeczywiście ten rok, po ostatnich ulewach, jest wyjątkowy w tej komarzej pladze . Tylko nie wyobrażam sobie, jakby to miała w praktyce wyglądać, takie samoloty z odpowiednimi preparatami musiałby by latać non stop, no dobrze, szczególnie wieczorami, bo w dzień jakoś komary nieco mniej atakują, bardziej aktywne robią się dopiero pod wieczór. Można by może „zatrudnić” jakieś drony, zawsze byłaby to tańsza eksploatacja sprzętu, tylko czy one dałyby radę tak często parki i inne zbiorowiska ludzkie zaopatrzyć w odpowiednie anty komarowe preparaty? Pozostaje nam tylko ewentualnie zaopatrzyć się w indywidualne środki owadobójcze, ale i te w terenie pewnie nie na dużo by się zdały. Najwygodniej jednak przed komarami uciekać i kryć się przed nimi we własnym domu. W tej chwili trwa okres lęgowy tych szkodników, a wiadomo, że samiczki komarów, aby złożyć jajeczka, potrzebują do tego krwi pochodzącej od innych zwierząt, czy od ludzi i dlatego to one tak właśnie szukając świeżego, potrzebnego dla nich pokarmu – krwi tak gremialnie atakują. Czyli jak to w przyrodzie bywa, pleć żeńska jest jednak bardziej agresywna, pan komar to wprost grzeczny osobnik, służący tylko do zapładniania, tę zjadliwszą część prokreacji pozostawiając komarzycy. Baby zawsze bywają jednak zjadliwsze, to prawda!!!!
A co ciekawego w moim Parku słychać? Oczywiście najbardziej interesowały mnie kaczuszki. Trochę zawiedziona byłam, że nie pływają sobie po stawku, który co prawda ma nieco już zmętniała wodę, ale działająca fontanna, świeży tlen wraz z nowymi strumieniami obficie do stawku wpływającymi, ciągle dla kaczuszek dostarcza. Te jednak jakieś leniwe są w tym roku i wolą sobie siedzieć w cieniu drzew na wysepce, niż w baseniku baraszkować. Ale nie mniej kaczuszki są, może nie takie liczne stado osiadło, jak w zeszłym roku, ale jednak powróciły do mojego Parku. Kwiatków w Parku co raz więcej, już zakwitły już i lilaki na głównej łące parku, wiec miałam co wczoraj na swoich zdjęciach uwidoczniać. Nawet kółeczko na tym skwerku koło domu (oczywiście jeszcze w parku będące) też zmieniło swój wystrój, do niedawna rosły tam różo kolorowe stokrotki, wczoraj zasiali już w nim czerwone niecierpki, też będzie pięknie Byłam nieco wczoraj zwiedziona wypatrując zwykle będącego tam wózka z lodami, widocznie było zbyt późno na te smakołyki, może pan z lodami był wcześniej i już do domu zjechał? Zresztą wózka z kawą i z wodą też nie było, ale akurat to mi nie przeszkadzało wtedy byłam już po dwóch wypitych kawach, a nauczona poprzednimi doświadczeniami, sama zabezpieczyłam się w mineralną wódę którą chętnie popijałam, Zresztą dzisiaj idąc do Parku ( a te mam taki zamiar) zaopatrzę się w wodę z cytryną, będzie jeszcze bardziej orzeźwiająca Zresztą obecnie dostępna temperatura w Krakowie pozwala na dzisiejsze przebywanie poza domem, dopiero w czwartek znów mają powrócić te mordercze upały. Póki co przyjemnego, letniego wtorku wszystkim życzę
A ja rozpoczynam mój dzisiejszy blog pięknym krzaczkiem róż, które wczoraj Magda udokumentowała i mi przesłała , a który rośnie oczywiście w Modlnicy. Cieszę się, że tak pięknie obsypał się kwiatami bo to jest krzaczek, który kiedyś Magda dostała ode mnie na urodziny. Jeszcze tydzień temu, gdy byłam w Modlnicy, były na nim tylko malutkie pączki, dzisiaj już naprawdę cieszą moje oczy pięknie rozwinięte kwiaty, żałuję, że nie jestem w Modlnicy………. Ale nie szkodzi, przynajmniej, gdy na nie patrzę, czuję się, jakbym tam własnie była. A jaka była ta wczorajsza niedziela? Zaczęła się pięknym słońcem i sporą temperaturą, ale na szczęście dzień był bez zaduchu, szczególnie, że popołudniu spadł deszczyk i temperatura nieco się obniżyła. Co prawda najpierw zrobiło się szaro i nawet trochę pomruczało, byłam pewna, że to burza nadciąga, ale skończyło się tylko na niewielkim deszczu. Za to, gdy wyszłam na balkon, wreszcie mogłam swobodnie odetchnąć prawdziwym letnim, ciepłym, ale już nie tropikalnym powietrzem. Wczorajszy dzień był pełen ważnych wiadomości. Przede wszystkim został złapany bestialski morderca 10 letniej Kristiny, której śmierć była straszną tragedią nie tylko dla Rodziny, ale również i dla opinii publicznej. Biedne dziecko, musiała przejść straszną gehennę, zanim zmarła, została zakuta około 50 ciosami noża a także wcześniej zgwałcona. Nawet trudno to zrozumieć, czym taki zwyrodnialec się kierował, jest wiele poszlak na to, że ten człowiek znał to dziecko wcześniej, znał najprawdopodobniej też i jej rodzinę, mimo, że nie mieszkał w tej wsi, gdzie ona z rodzicami mieszkała, najprawdopodobniej był to ktoś związany z jej dalszą rodziną, co może wskazywać na to, że ta zbrodnia nie była dziełem przypadku, nie była kierowana daną sytuacją, czy chwilą, ale atak był wcześniej zaplanowany, może nawet i akt zemsty na rodzicach? Ale szczegóły jeszcze dla dobra śledztwa nie są podane do wiadomości, te, które przekazałam są tylko wyciekami wiadomości dziennikarskich, czas pokaże na ile są one prawdziwe. Za takie makabryczne morderstwo powinno zastosować się wobec sprawcy najwyższa możliwą karę. Wiele lat temu zniesiono karę śmierci, ale według ostatnich poprawek sądowych, będzie można zastosować wobec niego karę bezwzględnego dożywotniego więzienia, co oznacza, że nigdy jego kara nie zostanie złagodzona i nigdy nie opuści murów więzienia. Uważam, że powinni też uszkodzić w jakiś sposób jego ciało (szczególnie tę jedną część), aby również doznał cierpienia fizycznego za to, co temu dziecku uczynił, ale wiem, że takich kar w Polsce się nie stosuje. Może lekko przesadziłam, ale………. Z drugiej strony zastanawiam się, jak taka bestia mogła liczyć na bezkarność, na to, że uda mu się uciec przed prawem i nie odpowiadać za swój czyn? Zadziałał instynkt mordercy, instynkt seksualny, który całkowicie zniósł proces myślenia tego młodego człowieka?????? Jakie dalsze życie sobie zapewnił?? Więzienie do końca życia?? Jakie życie zapewnił swoim rodzicom, którzy zawsze będą nosili na sobie piętno rodziców bestialskiego mordercy??? I co najważniejsze: jaką straszną i smutną przyszłość pozostawił rodzicom. rodzeństwu i całej rodzinie tego biednego dziecka, które dopiero rozpoczynało swoje życie, a już to życie ten bandyta mu je odebrał.
Drugim takim wydarzeniem, już całkiem innego, o wiele przyjemniejszego gatunku była ostatnia edycja Big Brothera – to była audycja finalna. W Domu Wielkiego Brata pozostało 4 zawodników, którzy kolejno wychodzili już z tego specyficznego więzienia” (bo jednak przez trzy miesiące nie tylko tam mieszkali, ale praktycznie nie mieli kontaktu ze światem zewnętrznym), najpierw wyszedł Igor, po nim Bartłomiej , Radek, a ostatnią edycję wygrała Magda, która w prezencie dostała 100 tysięcy złotych i samochód. Dziewczyna była bardzo zszokowana swoją wygraną, do końca chyba nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę, ale każdy z nich na pewno już cieszy się z tego, że znów będą ze swoimi najbliższymi, we własnym domu, gdzie nikt im nic nie będzie rozkazywał, co mają robić, albo czego nie wolno im zrobić, czego osobiście na pewno nie potrafiłabym znieść. No, ale ja się nigdy do Big Brothera nie wybrałabym, chociaż już są eliminacje do następnej serii pobytu w Domu Wielkiego Brata. Na pewno zgłuszą się tam młodzi ludzie, żądni jakichś zmian, jakiejś przygody, ale każdy następny taki program jest niestety co raz bardziej nudny, wręcz beznadziejny, czasami na moment włączałam sobie ten program, aby nim zniesmaczona po paru minutach go wyłączyć. Wczoraj oglądałam go tylko przez zwyczajną ciekawość, kto wygra ten program, ale raczej nie wkładałam w ten finał żadnych swoich emocji. Fakt, przed wieloma laty, gdy była jeszcze pierwsza edycja Big Brothera i prowadzili ją ciekawi dziennikarze: Martyna Wojciechowska i Grzegorz Miecugow, z przyjemnością oglądałam prawie wszystkie programy bardzo lubiłam większość występujących tam osób, potem, w miarę kolejnych edycji moje zainteresowanie tym programem zanikało, wczoraj dopiero przekornie zrobiłam sobie mały wyjątek, ot miałam taki kaprys, musiałam się zresztą trochę zrelaksować po tych wcześniej przeze mnie opisywanej tragedii na Śląsku. Wstał poniedziałek, jakże inny, niż te poprzednie bardzo gorące dni. Kraków na razie zachmurzony, z temperaturą tylko około 18 stopni , co daje wytchnienia po tamtych naprawdę ciężkich, tropikalnych dniach. My Polacy nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich wielkich upałów, szczególnie w mieście, karetki jeździły na sygnale jak oszalałe, wcale się nie dziwię o bardzo trudno było oddychać, łatwo można było stracić przytomność, odezwały się wszystkie sercowe kłopoty zwłaszcza u ludzi starszych. Sama doznałam podobnych sensacji, mój kręciołek w głowie przez te kilka dni dosłownie oszalał, musiałam bardzo na siebie uważać. Podobno ta kanikuła jaszcze ma niedługo powrócić, ale na razie cieszę się spokojem, lżejszym oddechem, całkiem miłym dniem. Przed nami cały nowy tydzień, ale znów troszkę wyjątkowy, bo pracujemy w nim tylko 3 dni, od czwartku czeka nas znów długi weekend. Oby nie był n taki nadzwyczajnie gorący, jak poprzednio. Zatem przyjemnego odpoczynku od zaduchu na dzisiaj życzę i pogody ducha nie tylko na dzisiaj, ale na cały bieżący tydzień.
……….znalezioną nad Bałtykiem…… Wiem, wiem, w oryginale powinno by nad Wigrami, ale……. po pierwsze nie wiem, czy akurat nad jeziorami znajdziesz muszelkę, a po drugie te słowa są i tak kierowane do jednej ważnej dla mnie Osoby, Ona dobrze wie, że to o Nią chodzi 🙂 Sobota była rzeczywiście niesamowicie gorącym dniem i byłam szczęśliwa, że nie muszę na ten upał wychodzić na ulicę, zalaną dokładnie słońcem i owianą gorącym, wprost afrykańskim powietrzem. Głównie na moim niewielkim balkonie więc w związku z tym sobie urzędowałam. Jak to dobrze, że są w internecie kamerki, z przyjemnością oglądałam na nich polskie plaże. Dzięki nim w czasie jednego dnia odwiedziłam tyle nadmorskich miejscowości , „byłam” na tylu plażach na pewno w realu byłoby to nie wykonalne. Wiem, to był tylko namiastka, ale i tak miło przez to czas spędziłam przed komputerem, gdy uciekałam od słoneczka na balkonie. Zamiast polityki – buszowanie po polskich plażach. Pewnie dzisiaj tez podobnie czas spędzę, bo już od rana zaduch się zrobił. No może zrobię tylko jeden, malutki wyjątek, powiem, że wyjąteczek i przytoczę wczorajsze słowa wielkiego GURU :
„Musimy wygrać wybory, żeby obronić Polskę i wykorzystać jej potencjał”
Zaznaczył, jeszcze że przebudowa naszej ojczyzny to jest naprawdę ogromne, herkulesowe zadanie. No to przypominam, że szóstym zadaniem Herkulesa było wyczyszczenie Stajni Augiasza. Niestety Pis taką Stajnię Augiasza z Polski uczynił, moje pytanie kto i kiedy tę polską Stajnię Augiasza wysprząta???? O jeszcze jeden tylko polityczny cytat tutaj przysposobię: Rada Carycy Katarzyny na ujarzmienie Polaków , jak widać ostatnio po zamieszczanych ostatnio sondażach jest wciąż aktualna.
– Rządzić będzie łatwo, gdy już podzielisz. Wywołaj taki konflikt, aby rozżarli się na siebie wzajem. (…) A potem uderz w strunę najmocniejszą — w punkt wiary. To czułe miejsce, dewoci zawyją. Imieniem wolności żądaj równych praw dla innowierców. Zobaczysz jaki wulkan się otworzy– tak brzmi fragment instrukcji jak podbić Polaków, wydana przez carycę Katarzynę. Pismo jest fikcyjne, pochodzi z książki „Milczące psy” Waldemara Łysiaka z 1983 r. – jest jednak dziś niezwykle aktualne.
Kaczyńskiemu niestety to się udało, widać, że ma ciągłe prorosyjskie ciągotki do niszczenia Polski
To tyle z politycznej dziedziny na dzisiaj. Wróćmy jednak do naszej gorącej rzeczywistości zza okna. Dzisiaj dostałam fotkę Uleczki, oczywiście z kijkami biegającej skoro świt po plaży w Ustroniu Morskim. Byłam tam kiedyś na wczasach z moją siostrą i z jej rodziną. Co prawda nie mam wspaniałych stamtąd wspomnień, bo przez całe dwa tygodnie, które tam spędziłam, calutki czas lał deszcz, a do tego trzeba dodać, że mieszkałam w namiocie, który przemakał i nawet codzienne przenoszenie mojego namiotu na nowe, suchsze miejsce nie na wiele się zdawało. O Boże, jak ja wtedy zazdrościłam tym ludziom, którzy mieszkali w domu wczasowym, mieli przynajmniej suche ubranie i suche buty, a ja ciągle musiałam łazić w mokrej garderobie, która nie miała nawet kiedy się wysuszyć Najgorsze były buty, które całkiem mokre powodowały nie tylko specyficzny zapach, ale także jakieś zmiany na moich stopach, powstawały pękające pęcherzyki, które potem prawie rok jeszcze leczyłam, zanim się tej miany skutecznie nie pozbyłam. Jedyną pociechą była tylko dla mnie moja bokserka Tina, która ze mną w namiocie mieszkała, ale musiałam ją pilnować, bo w nocy wypuszczała się na łowy po cudzych namiotach, wykradała stamtąd źle zabezpieczone jedzonko, którym się pożywiała, gdy ja smacznie spałam. Oczywiście zawsze kończyło się to awanturą, bo wreszcie ktoś podglądnął tego nocnego złodzieja i sprawa się wydała. Poza tym Tina atakowała małe dzieci, nie, żeby je gryzła, ale skutecznie je straszyła, więc musiała być przywiązywana do prowizorycznej budy, a odwiązywałam ją idąc z nią na spacerki i oczywiście w nocy. Nie miała prawa samotnie po polu namiotowym sobie baraszkować. Ale z kolei, z powodu deszczowej pogody te spacerki też musiały być ograniczane. Słonko zaświeciło mi wtedy tylko dwa razy, w dniu w którym przyjechałam do Ustronia i jeden dzień przed moim wyjazdem, wtedy cały dzień, dla ironii była wprost lampa, aż szkoda było wyjeżdżać. W pozostałe dnie lało z małymi przerwami na zachmurzone niebo, słonka jakoś nie było widać. Było mi mokro, źle, kichałam, stopy mnie bolały, niemiłosiernie swędziały, ale przynajmniej miałam dobre towarzystwo Ani i jej dzieci. Grunt to wspaniała Rodzinka, nawet na wakacjach!!!!! Właściwie zawsze lubiłam te rodzinne wakacje, nawet, gdy musiałam mieszkać w namiocie. No cóż, to było bardzo, bardzo dawno temu, ale wciąż jeszcze pamiętam. Ale jak wiem, Uleczka takich kłopotów nie ma, jak te, o których powyżej wspominałam. Na zamieszczonych przez Ulkę zdjęciach jest uśmiechnięta, szczęśliwa jej twarz i bardzo dobrze, po to Uleczku pojechałaś nad to morze, po zdrowie, po uśmiech i po miłe towarzystwo o to własnie wszystko w zasięgu ręki Uleczko masz i nadal Ci wspaniałych wakacji życzę. Zagrożenie burzami nadal Polskę obowiązują, tam gdzie przeszły przynosiły sporo zniszczeń, mam nadzieję, że Kraków one nie dopadną, chociaż temperatura znów na termometrach już jest wysoka, a co będzie potem????? Miłej niedzieli wszystkim życzę.
… ptaków śpiew…….złota plaża pośród drzew, wszystko to, w letnie dni, przypomina Ciebie mi, przypomina Ciebie mi…… ULU 🙂
Ale morze ode mnie daleko, oj daleko……………. Ale tuż za progiem, na szerokość mojej małej uliczki, mam swój azyl, mój ukochany Park Krakowski. Właściwie to zastanawiam się, jak ja kiedyś bez tego parku mogła egzystować? Co prawda tu koło mojego domu, w którym mieszkałam, był niewielki skwerek, ale umieszczony pomiędzy dwoma nitkami dosyć uczęszczanej ulicy, więc smród spalin tylko do mnie mógł dochodzić, gdy siadałam tam na moment na ławeczce. Żadna przyjemność. Co najwyżej, ludzie wychodzili tam na poranny, albo nocny, krótki spacer z pieskiem, bo na dłuższe spacery już chodziło się na nieco oddalone już Błonia. Kawałek dalej też miałam taki przyrodniczy azyl, z jednej strony Krakowskie Planty, a z drugiej wały Wiślane z pięknym widokiem na zakole Wisły, w której w nieco mętnej wodzie, przeglądał się królewski zamek – Wawel. A pomyśleć, że kiedyś to było znane krakowskie miejsce rekreacji, z piękną, piaszczystą plażą i przystosowanym dla ludzi kąpieliskiem. Ale to już dosyć odległe czasy, teraz Bulwary Wisły są miejscem spacerów, chociaż czasami w letnie dni widać ludzi rozłożonych i odpoczywających na bulwarowej trawce. Ale o kąpieli raczej w tej brudnej Wiśle, pełnej zresztą dziwnej „zawartości” przeróżnych śmieci , od papierów po ławki czy zardzewiałych jakichś niepotrzebnych metalowych części, nie ma co marzyć. Nie wiem, ja można było pozwolić na taką dewastację tej podobno Królowej Polskich Rzek. Co jakiś czas co prawda starają się oczyścić rzekę z tych śmieci, ale i tak niestety nigdy nie wrócimy już do tych czasów, gdy pobyt nad Wisłą kojarzył się z miłym plażowaniem . Krakowskie Planty były zawsze miłym spacerowym deptakiem dla Krakowian. Utworzone zostały one wzdłuż byłych murów Krakowa, oplatających miasto, bogate są w piękne, stare drzewa, kwiaty, które na rabatach są sadzane, jest tam tez kilka urokliwych mostków nad utworzonymi małymi stawkami, po których pływają dzikie kaczki. Kiedyś pływały tam też łabędzie, niestety zostały one przez wandali wyniszczone. Zamykam oczy i widzę oczami wyobraźni te zadbane alejki, po których kroczyły dostojne damy w pięknych, długich , szeleszczących sukniach, w obowiązkowym kapeluszem na głowie i z parasolką przeciwsłoneczną w ręce, a obok, za ramię owe damy prowadzone były przez bardzo eleganckich panów w surdutach, z melonikiem na głowie. Teraz po Plantach już się nie spaceruje jak ongiś dostojnym krokiem, teraz co najwyżej po nich się przechodzi, na ogół biegiem, gdzieś się spiesząc, czasami siada się na mały odpoczynek na ławce, ale nie ma już tego wspaniałego uroku minionych lat……….. Wspominałam jeszcze o Krakowskich Błoniach, jako o wielkim rekreacyjnym, ulubionym miejscem spacerów, szczególnie właścicieli psów, bo tam można puścić bez smyczy swojego pupila, aby sobie z innymi pieskami pobiegał. Ongiś to było jedno duże pastwisko, pamiętam jeszcze czasy gdy wypasano tam krowy, z czasem wypasu bydła na Błoniach zabroniono, a miejsce to starano się przerobić w rekreacyjną łąkę, do biegania dla dzieci i dorosłych ( i oczywiście psów). Wszystkie większe imprezy w Krakowie na ogół odbywały się i nadal odbywają się właśnie na Krakowskich Błoniach, jednymi z chyba najważniejszych, najbardziej dla Krakowian (i nie tylko) zapamiętanych były 3 Msze św prowadzona przez Ojca Św Jana Pawła II. Również po śmierci Ojca św Jana Pawła II na Krakowskich Błoniach zebrały się tłumy ludzi, aby tam wspólną modlitwą i wspólnymi wspominkami pożegnać tego Wielkiego i ważnego dla nas Polaka. No i oczywiście jest kilka Parków w Krakowie, jednym z ważniejszych jest Park Jordana, dosyć pięknie rozwinięty, z wieloma miejscami odpoczynku i placami zabaw dla dzieci, bo zresztą takie było założenie dr. Henryka Jordana, aby utworzyć takie miejsca dla dzieci, aby mogły tam spędzać sporo czasu na zabawach, grach i innych dziecinnych radościach. I tak zostało po dzień dzisiejszym, każdego roku Władze Miasta dbają o to, by czas zabaw dzieci był bardzo urozmaicony, tworząc coraz to inne sportowo- zabawowe miejsca dla Krakowian właśnie w Parku Jordana. Kiedyś też było to ulubione miejsce wybiegowe dla piesków, teraz psy można wyprowadzać w Parku Jordana tylko na smyczy, przeznaczają tym Park jako miejsce wypoczynkowe tylko dla dzieci i dorosłych. I bardzo słusznie, psy mają przecież swoją łąkę do biegania na pobliskich Błoniach. O moim Ukochanym Parku Krakowskim, zresztą nazwany imieniem znanego kompozytora i piosenkarza, silnie związanego z Krakowem, Marka Grechuty, nie muszę chyba wspominać, bo już wielokrotnie o tym Parku pisałam. Cieszę się ze został on pięknie odrestaurowany, dostał nowe alejki, posadzono wiele nowych krzewów, sporo kwiatów i miło tam czas spędzać można, chociaż według mnie, przydałaby się tam mała, urocza kawiarenka, z niewielkim tarasem, na którym można byłoby zjeść lody, czy wypić dobrą kawę. Są co prawda rozłożone wózki z kawą i wózki z lodami, ale to jednak to nie to samo, nie czuć tej wspaniałej kawiarniano – parkowej atmosfery. Ale i tak naprawdę wiele dobrego dla tego Parku uczyniono i bardzo o niego dbają, chyba przez monitoring nie jest on na szczęście dewastowany. I pomyśleć, że to już minął rok od czasu jego uroczystego otwarcia……..
I właśnie wczoraj też spędziłam popołudniowe godziny w moim Parku, siedząc na ławeczce, przeglądając gazetkę, albo śledząc Facebooka na moim telefonie, a także łapiąc Pokemony które ostatnio do Parku jakoś chętnie powróciły. Znalazłam sobie miłą ławeczkę w cieniu, blisko Pokemonowych wieżyczek, tak, że mogłam nie tylko te Pokemony łapać, ale także o nabijać sobie potrzebne do gry kulki. Tym razem byłam mądrzejsza, bo zaopatrzyłam się w wodę mineralną, tak więc byłam też i odpowiednio nawodniona. Może tylko brakowało mi tej kawy ( i lodów) do szczęścia, ale jakoś bez tych „frykasów” jakoś się obeszłam. Taki Park to jednak fajna sprawa, ale na dzisiaj zapowiadają jakieś apogeum upałów, temperatura w Krakowie ma osiągnąć 35 stopni, a odczuwalna ma być nawet w okolicy 50 stopni, tak więc dzisiaj raczej do mojego Parku się nie wybiorę, będę chwilę odpoczywała na balkonie, z którego przecież łatwo przed ukropem uciec. Pewnie będzie mi tego morza brakowała, ale zawsze pozostaje mi schłodzenia ciała pod zimnym tuszem w łazience.
Wstałam dzisiaj przed czwartą rano, chyba przez tę pogodę spać nie mogę, wyszłam na balkon, cisza wszędzie, spokój i takie miłe. poranne powietrze….. aż od razu zachciało mi się poranna kawkę wypić i rozpocząć miło sobotę, zanim ten upał znów nas dopadnie…….. Dlatego ten wpis tak wyjątkowo wcześnie dzisiaj zamieszczam, życząc samych przyjemności na ten następny upalny dzień.
A jednak trochę szkoda, że nie mogę być dzisiaj nad morzem…….
Uleczka szczęśliwie nad to morze dojechała, wczoraj już od Niej miałam wiadomość. No to dzisiaj, na dzień dobry przywitam Ciebie Uleczko pyszną, letnią kawą, bo wiem, że jesteś, podobnie jak ja jej wielbicielką. Raz jeszcze Uleczko posyłam Ci serdeczne pozdrowienia, bo wiem, że dzisiaj tutaj na mój blog trafisz. Morze….ach morze…
Mnie w tym roku urlop raczej żaden nie czeka, no chyba, żebym jakimś trafem dostała to skierowanie do sanatorium, ale raczej na razie mogę chyba sobie tylko o wyjeździe pomarzyć. Wciąż na stronie sanatoryjnej mam ten sam komunikat, że moje papiery zostały wysłane do weryfikacji do lekarza pierwszego kontaktu i mimo, że wiem o tym, że już dawno zostały one z powrotem odesłane z przychodni do NFZ, jednak nie mogę teraz sprawdzić, która jestem w kolejce oczekiwania na tę usługę. Ot zwyczajowe polskie bałaganiarstwo, a może to i celowe takie bałaganiarstwo, bo w ten sposób można różne machlojki w przyznawaniu sanatorium robić? Nikomu i w nic już nie wierzę, bo wiem, że nadal są osoby, które wyjeżdżają na wcale niepłatne sanatoryjne turnusy przynajmniej raz na rok. A ja sobie cierpliwie poczekam….. Wszak pogoda jest dla bogaczy…. dla nie bogaczy są prognozy złe. Bo bogaty może sobie co roku, a nawet częściej do SPA sobie jeździć, gdzie wszelakie zabiegi na skinienie palcem otrzyma……. Co prawda przyznam się, że myślałam o jakimś wyjeździe do Sanatorium do Truskawca, tam oferują całkiem fajne warunki i dobre zabiegi, tylko…..to strasznie daleko, trzeba jechać i jechać (nawet są propozycje przejazdowe busem), płacić i płacić, a potem… Na następną pisią trzynastkę raczej nie ma co czekać, teraz trzeba raczej pieniądze ciułać, bo gdy człowiek pomyśli o grożących znacznych podwyżkach za energię elektryczną……. przecież ja mam elektryczne ogrzewanie, już bardzo drogie, a co będzie w przyszłym sezonie grzewczym? Strach pomyśleć………. albo trzeba będzie suchy chleb wcinać, albo w trzech, czterech swetrach z zimna w nieogrzewanym mieszkaniu się trząść… Czarno to widzę…
Ale na szczęście teraz mamy już letnią porę i człowiekowi chociaż ciepło jest czasami, nawet też i za bardzo ciepło. Gdyby człowiek tak mógł jak te solary zgromadzić zapas energii na potem….. całą zimę byłoby mi cieplutko. Ale o ja już teraz tak pesymistycznie na ten świat patrzę, przyjdzie na to czas, przyjdzie czas……. Dzisiaj obudził mnie nieco niemrawy poranek, było trochę pochmurno, nawet deszczyk sobie lekko kapał, myślałam, że dzisiaj będzie chwila wytchnienia od tej lampy. Ale nie, skąd, znów Aniołki włączyły ten słoneczny jupiter i zapowiada się kolejny upalny dzień. A może to i dobrze? Przecież są tacy, którym słoneczko wcale nie przeszkadza, którzy akurat na plaży sobie od rana baraszkują i są szczęśliwi???? W każdym bądź razie, jeżeli dzisiaj wybiorę się jednak do Parku, to na pewno zaopatrzę się w dużą butlę mineralnej wody, żeby nie powtórzyć tego samego błędu sprzed kilku dni. Wczoraj „zmęczyłam”film pt. „SMOLEŃSK”. Nie, nie dlatego, że nagle zmieniłam orientację polityczną, tej nie zmienię, nawet, jeżeli obiecaliby mi podwójną emeryturę co miesiąc, ale byłam ciekawa, w jaki sposób prawicowcy chcieli przekonać resztę społeczeństwa o zamachu na prezydenta Kaczyńskiego. Słabo om to wyszło, właściwie cały film wcale jednoznacznie o tym nie mówi, że to był zamach, chociaż wiele wątpliwości, które i w tym filmie wypływały, pokrywali zwyczajną propagandą, chociażby starając się pokazać rzekome tłumy wyznawców zamachu. Wcale ten obraz do mnie nie przemawiał, bo jednak zdecydowanie wychodziły na wierzch te nieudolnie kamuflowane błędy pilotów, odpowiedzialnych jednak za tę katastrofę, a także uderzała również ta cała zakamuflowana zamachowa teoria, w którą reżyser starał się oprawić swoje filmowe „arcydzieło” Niestety, film okazał się tylko propagandowym gniotem, o czym teraz świętej pamięci. reżyser Antoni Krauze wie najlepiej, już tam, po drugiej stronie chyba zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo błądził, jak bardzo, chciał przypodobać się jednej stronie, na siłę tworząc wierutne kłamstwo. Mimo, że film jest z tych gatunków „ciężki” polecam go oglądnąć, aby zdecydowanie wyrobić sobie opinię o tym, co naprawdę działo się w Smoleńsku i w jaki sposób wiadome osoby chciały tę sprawę politycznie wykorzystać. Fakt jest jeden: Do Smoleńska wystartował mierny prezydent, który miał bardzo nikłe poparcie polityczne, za sobą bardzo słabą, właściwie niejako żadną sensowną prezydenturę, a powrócił prawdziwy bohater, wielki człowiek, który porwał tłum chyba tylko tym, że zginął, biorąc udział we feralnej, zupełnie niepotrzebnej katastrofie samolotowej, która została potem wykorzystana do politycznego wykreowania postaci bohatera z całkiem miernego człowieka. I najgorsze jest to, że przez długi czas świetnie udawało się taką zamachową propagandę utrzymać, na niej zbudować wielkie polityczne poparcie dla partii PIS, czego skutki do tej pory i jeszcze nie wiadomo jak długo jeszcze ponosić będziemy.
Słonecznego piątku i miłego weekendu wszystkim życzę i tym nad morzem, czy w górach, jak i tym, którzy w swoich domowych pieleszach ten weekend spędzać będą, robiąc tylko większe.lub mniejsze wycieczki na łono przyrody, na przykład do Parku Krakowskiego
WSZYSTKIEGO DOBREGO NA WEEKEND, MIŁEGO ODPOCZYNKU !!!!!
Wczoraj dopiero późnym popołudniem postanowiłam wyjść na chwilkę na spacer, a i tak upał dał mi w kość. Musiałam kupić jakieś pieczywko no i załatwić sprawę z moim elektronem. Zdecydowałam kupić nowy, bo tamten przez wielokrotne upadki na ziemię, nieco się podłamał. Ale nic to, zapłaciłam (razem z nowym płynem) około 100 zł, czyli można powiedzieć, że do każdego miesiąca używania poprzedniego papierosa musiałam dołożyć około 10 zł – idzie jeszcze wytrzymać i tak jeszcze to nie jest wielka suma w porównaniu z tą, jaką wydawałabym na normalne papierosy. Następna wymiana papierosa pewnie znów za jakieś 10 – 12 miesięcy, ale wszystko kiedyś się przecież kończy. Przynajmniej teraz, gdy pociągnę mojego papierosa, czuję od razu jego moc, przez to nie muszę się zaciągać tak często, jak poprzednim. Najlepiej by było, żebym w ogóle nie musiała się zaciągać, ale…… jest to niemożliwe, raczej. Zresztą przyznam się bez bicia, że przez ten popsuty mój poprzedni papieros zaczęłam sięgać po normalne papierosy, no nie, nie tak całkiem normalnie, jak poprzednio, ale gdy poczułam brak nikotyny, musiałam czymś się zaciągnąć, czymś wyrównać brak jej w moim organizmie, więc prze te ostatnie dni wypaliłam może 2-3 papierosy (na kilka rat zresztą), teraz, gdy już mam porządnego elektrona, znów nie muszę sięgać po tego normalnego, nie czuję takiej potrzeby. A po zakupach usiadłam wczoraj sobie chwilkę w Parku, jak tam pięknie, zielono, ile tam kwiatów, jakie zapachy, nie, nie tylko smogu z pobliskich Alei, ale i ten zapach kwiatowy też dobiegał do moich nozdrzy. Tylko musiałam kilkakrotnie ławeczkę zmieniać, bo co słonko zaczęło mocniej na ławkę operować, od razu czułam pewien dyskomfort, było mi duszno, gorąco. Zrobiłam zresztą jeden podstawowy błąd, nie wzięłam ze sobą żadnego picia. Miałam co prawda świeżo kupione truskawki, które pewnie i by mnie nieco nawodniły, ale nie będę przecież prosto ze straganu brudnych truskawek konsumowała. Póki jeszcze siedziałam, nie było tak źle, ale w pewnym momencie, gdy wstałam z ławki i zrobiłam kilka kroków, zresztą chciałam zrobić zdjęcia tego pięknego parkowego krzewu, zakręciło mi się tak w głowie, że bezwładnie poleciałam do tyłu. Na całe szczęście w jakiś sposób udało mi się w ostatniej chwili złapać równowagę i nie upadłam, ale musiałam potem co kilka ławek odpoczywać, zanim do domu z tą moją kręciołką w głowie wróciłam. Nawet był taki moment, że zastanawiałam się, czy nie poprosić jakąś młodą, przechodzącą osobę o podprowadzenie mnie do domu. Na szczęście jakoś do domu o własnych siłach doszłam, od razu zresztą przyssałam się do butelki (oczywiście wody mineralnej marki Muszynianka), jak niemowlak do swojej butelki z mlekiem i wytrąbiłam sporą jej zawartość. Potem poprawiłam swoje nawodnienie pysznymi, już umytymi truskawkami, były takie słodziutkie, że nie potrzebowałam dodawać oczywiście ani śmietany, ani cukru, nie chciałam psuć ich smaku. A następne moje kroki był pod prysznic, musiałam zmyć ze siebie ten „sos własny” z potu utworzony, dopiero potem poczułam, że znów żyję. Wtedy już zrobiło się dosyć przyjemnie w domu, zwłaszcza, że miałam otwarte okno w pokoju i na oścież balkon w kuchni, przynajmniej był podmuch, nie mówiąc o muchach, które mimo upału latały jak oszalałe z pobliskiego śmietnika, to ta jedna z tych wad posiadania balkonu na tyłach domu Gorzej było w nocy, gdy musiałam zamknąć balkon, jednak ponieważ na parterze, co prawda wysokim, ale jednak to jest parter mieszkam, bałam się, że ktoś w nocy mógłby się do mnie zakraść i… no własnie i co? chyba mógłby mnie raczej okraść, czy zamordować, bo nie sadzę by ktoś chciałby na przykład starą babę zgwałcić, chociaż kto wie…… 🙂 Ale obudziłam się dzisiaj już przed piątą rano (jednak w pokoju było trochę duszno) i pierwsze kroku skierowałam w kierunku balkonowych drzwi, otwarłam je na oścież, chociaż jeszcze wtedy tego upału nie dawało się tak odczuć. A potem wypiłam dwie kawki (jedną z mleczkiem, drugą czarną) i już było wszystko O.K. Gorzej jest teraz, bo już skwar dokucza, a co będzie o godzinie 13, gdy do pracy trzeba będzie wyruszać???? Prognozowany jest wtedy już ponad 30 stopniowy upał, a jednak kawałek drogi do autobusu i potem od autobusu do przychodni mam i to w dodatku po całkiem nasłonecznionym terenie. Nie będę jednak chyba ryzykowała, od czego jest BOLD? Lepiej już wydać te 15 zł, niż nosem zaryć w ziemię i potem na pogotowiu, czy nawet w szpitalu wylądować. W końcu już jestem starszą panią i powinnam się szanować, nieprawdaż? Szczególnie, że przestrzegają starsze osoby przed przebywaniem w takie upały na słońcu, ale skoro czasami trzeba wyjść………. można znaleźć jakiś sensowne rozwiązanie. Wszak pieniądze szczęścia nie dają, a w zdrowym ciele mieszka zdrowy duch 🙂 🙂 🙂
Celowo nie śledziłam wczoraj politycznych wyczyniań Adriana w USA (po co mi zbędne nerwy??), chociaż trzeba przyznać, że pewnie Trump ma jakiś interes w tym spotkaniu, skoro tym razem do podpisywania wspólnego dokumenty podstawili nawet Adrianowi stołek do siedzenia, (tyle wiem z wiadomości Onetu), dyplomatyczny postęp z amerykańskiej strony, nawet pozwolili Adrianowi pomachać przelatującym nad nimi samolotom, będzie czym się chwalić przy następnych wyborach … Oburzające jednak jest to, że w tej podróży oprócz żony (co jeszcze jest normalne) bierze też udział i ich córeczka, znów wykorzystują pieniądze podatnika dla własnej prywaty??????? Pewnie tak, skoro utrzymywali tę wiadomość w tajemnicy, ale i ta się wreszcie wydała. Nic to, Polakom i tak to nie przeszkadza, że za ich pieniądze władza świetnie własne prywatne życie sobie układa, nadal Adrian w sondażach ma wielką przewagę , byle tak dalej, nawet wkrótce i Grecja będzie dla nas odległym krajem dobrobytu. Ale jeżeli do stanowisk dochodzą takie osoby jak pani Gosiewska, która o Polakach niedawno jeszcze mówiła swołocz, hołota , a teraz będzie pełniła obowiązki wicemarszałka Sejmu (okropnie na psy ten pisi Sejm zszedł), albo takie redaktorki jak pani Ewa Stankiewicz, prawicówka całą gębą, czyli rozumiem, wyznawca tego dziwnego, pisiego „katolicyzmu” , żąda kary śmierci dla Donalda Tuska…. to…. A przecież miałam się nie denerwować, nie zajmować tą brudną polityką. Tylko czasami człowiek musi, inaczej się udusi…. i to nie tylko z powodu kanikuły za oknem
Życzę , mimo tego zaduchu, udanego dnia. Uważajcie tylko na możliwość nadchodzących burz, trąb powietrznych, gradów i innych pogodowych anomalii, bo takie niestety ciągle w swoich alertach niektóre stacje zapowiadają. A ja myślami jestem w autobusie, w którym dzisiaj Uleczka nad morze się udaje. Ale Jej tam musi być teraz gorąco, chociaż na pewno takie autobusy mają klimatyzację, ale czy tak, czy siak, taka podróż jest jednak uciążliwa, zwłaszcza w taki gorący, jak obecnie czas. Ale za to za kilka godzin Ulka już szczęśliwa, swoje stopy w Bałtyku zamoczy. Całuski Uleczku, jedź spokojnie i szczęśliwie. I pamiętaj o tej muszelce dla mnie 🙂 🙂 🙂
nad samym brzegiem morza, róża położona moimi rękami na Ciebie już czeka na Twoje przywitanie… Dzisiaj jest kolejna środa, mam nadzieję że jeszcze dzisiaj uda Ci się zaglądnąć do mojego blogu, chociaż pewnie będziesz w ferworze pakowania . Zapowiada Ci się wspaniały letni czas, fantastyczna przygoda, doborowe towarzystwo, w którym doskonale się czujesz. Może i trochę Ci pozazdroszczę, ale tylko chwileczkę, żeby Ci nie popsuć tej fantastyczniej morskiej podróży. Baw się wspaniale Uleczko, śmiej się i ciesz pogodą i miłymi osobami które Cię będą otaczały. A gdy już będziesz nas samy brzegiem Bałtyku stała, pomyśl o swojej Przyjaciółce z Krakowa, prześlij ode mnie słodkie pozdrowienia temu pięknemu morzu, wsłuchaj się w jego szum, tak, jakbym ja go słuchać miała i poszukaj na brzegu pięknej muszelki dla mnie, takiej małej, kolorowej, może kiedyś będziesz miała okazję mi ją wręczyć……. Wiem, że będziesz teraz miała wiele ciekawych zajęć, ale mam nadzieję, że rano, przy filiżance kawy znajdziesz codziennie czas, aby chociaż w telefonie przeczytać mój blog. Wiem, wiem, teraz jest o wiele trudniej, niż poprzednio go odnaleźć ale…………. A ja na pewno do czasu Twojego powrotu do Poznania będę dla Ciebie następne róże wyszukiwała i tutaj zamieszczała, bo co za sens miała by taka środa bez róży dla Ciebie???? Jeszcze raz serdecznie Cię całuję i naprawdę dobrego i pełnego szczęścia odpoczynku Ci życzę.
Wczoraj spędziłam miłe popołudnie w gościnie, co prawda nie byłam tam długo, ale zawsze zagospodarowałam sobie przynajmniej trochę wczorajszą część dnia. Miłego nigdy za wiele……. Najgorsze jest to, że całkowicie padł mój smoczek, czyli elektron, ( szybko się rozładowuje i wtedy po prostu nie działa) niestety nie zdążyłam wczoraj załatwić sobie nowego papieroska – elektrona, będę musiała uczynić to dzisiaj, bo bez mojego „smoczka” nie da się żyć. Nałóg wciąż u mnie górą, jak nie papieros elektroniczny, to laptop, takie jest już to moje życie…… Dlatego czasami odwiedziny u kogoś, albo czyjaś miła wizyta u mnie w domu jest potrzebna dla orzeźwienia życia. Oczywiście nie zapominam też o wizytach w moim Parku, ale to już całkiem inna historia. No cóż, znów muszę zainwestować parę groszy, ale nic nie jest wieczne, papieros najwidoczniej też już swojego czasu dożył i na pewno nie warto go naprawiać, trzeba wymienić go na nowy. Na razie jakoś uchroniłam się od naprawy laptopa, co prawda znów mi kiedyś kawał zrobił i przestał na jakiś czas działać, ale już przynajmniej wiem, w czym problem tkwi i muszę po prostu inaczej go wyłączać, wtedy się mi nie zawiesza. Jeszcze przede mną jeden problem z baterią w moim iPhonie, ale póki co , mam na szczęście power bank, którym zawsze mogę sobie doładować telefon, tylko nie mogę zapominać primo o naładowaniu tego power banku a secundo zawsze muszę mieć przy sobie ładowarkę do telefonu. Takie niby drobiazgi, a potrafią skutecznie zepsuć przyjemność życie, gdy nie działają jak potrzeba. Ale dzisiaj nic nie jest w stanie z nerwów i z dobrego humoru wyprowadzić, nawet polityka, do której staram się zresztą zdystansować, przecież dzisiaj jest Ś R O D A !!!!!!! Wczoraj wieczorem oglądałam sobie na CDA polską komedię, zresztą w fantastycznej obsadzie aktorskiej „Milczenie jest złotem” Czytałam wiele niepochlebnych recenzji na temat tego filmu, ale trzeba przyznać, że temat jest nietuzinkowy : dziewczyna po przypadkowym na ulicy pocałunku przez całkiem nieznajomego młodego mężczyznę, nagle traci głos. Kobieta, która nie może słowa wypowiedzieć??? to dopiero życiowy ewenement , w dodatku owa dziewczyna pracowała w rozgłośni radowej. Przyznam, że akurat ten spokojny, okraszony pięknymi piosenkami film przypadł mi do gustu, szczególnie teraz, gdy wieczorami w TV naprawdę nie ma już co oglądać – tam trwa wakacyjna bryndza, czyli powtórki, powtórki, powtórki. A ile razy ten sam serial można oglądnąć.? Filmy, które TV zamieszcza też nie są dla mnie jakoś szczególnie pociągające, wolę więc sobie wybrać na CDA taki film, który mi odpowiada. Ipla co prawda zamieszcza nieco starsze już polskie filmy, ale denerwują mnie reklamy, które nie dość, ze zamieszczane są na początku filmu, jeszcze parokrotnie taki film przerywają, co wytrąca człowieka z wątku filmu. Pewnie, lato nie jest po to, by oglądać filmy, ale wieczorami, gdy blady księżyc do okien zagląda, jednak trzeba coś robić, jakoś ten wieczór miło spędzić, zanim pójdzie się spać 🙂 Na razie życzę Wszystkim bardzo miło spędzonej środy, a Uleczce raz jeszcze, spokojnego pakowania i bardzo udanych wakacji. BON VOYAGE ULKA
, Bardzo dobrze mi tam było, słonko, kawka na tarasie, pyszne jedzonko, nic robić nie kazali…. Jedynym moim zajęciem było obfotografowanie wszystkich roślinek, które w grodzie Magdy zakwitły i…zabawa z Abrą i z Czakusiem. Nie można powiedzieć żeby to były nieprzyjemne zajęcia. Ogród Magdy wygląda cudownie, te wspaniałe wzgórze róż, te krzaczki pełne wdzięcznych różnokolorowych królowej kwiatów i wspaniały, lekki wiaterek, który troszkę orzeźwiał gorąca pogodę. O pieskach nie wspomnę, bo to naprawdę super przyjazne zwierzątka, zwłaszcza ta cudownie przymilająca się Abrusia, która jednak bardzo mnie polubiła. Tak po prawdzie, to troszkę było mi wstyd, że w niczym specjalnym nie pomagałam Magdzie, ale Magda pilnowała swojego dobytku i wolała wszystko zrobić sama, żeby przez przypadek nikt jej w niczym nie przeszkodził, niczego nie zniszczył. Jestem pełna podziwu dla Magdy, ale taki ogród jednak wymaga stałej opieki, a to trzeba trawkę podkosić, ogród cały podlać, a to chwast jakiś wywalić, no i w tej chwili jeszcze doszła plaga mszyc, które niestety niszczą, zjadają roślinki, a wcale tak łatwo ich nie można się pozbyć. Tak to już jest, gdy się ma ogród, trzeba poświęcać mu całe mnóstwo pracy, a ja ….przyjechałam sobie tylko odpocząć i …podziwiać piękno natury. I tak właśnie siedząc sobie na tarasie i popijając kawę wypominałam, gdy jeszcze dwa – trzy lata temu przede mną była tylko wizja otwartego pola, zielonej, czasami słońcem podpalonej trawy, a na horyzoncie majaczyły tylko odległe domy. Tak jak na sławetnym „Rejsie”, nic się nie działo, krówka w oddali, trawa, piesek szczeka, wóz drogę przejeżdża. A teraz to całkiem co innego, przynajmniej siedząc w ogrodzie ma oko na czym spocząć, ma dusza czym się radować. Ale trzeba było wsadzić w taki ogród sporo pracy, żeby powstało takie cudo, w którego towarzystwie człowiek naprawdę odpoczywa i ma poczucie, że jest szczęśliwy. Zresztą krajobraz Modlnicy, przynajmniej w tym rejonie, bardzo się zmienił. Pamiętam, gdy jakieś 20 lat temu, po raz pierwszy przyjechałam na tę działkę z moją siostrą i z moim szwagrem, nic na niej nie było prócz trawy i kilku owocowych drzewek, głównie śliw i gruszek. W jej okolicy też nic się nie działo, ot puste działki, które dopiero później stopniowo miały być sprzedawane, żadnego domu w sąsiedztwie, puste pola. Pierwszą działkę kupiła tam własnie wtedy moja siostra, postawiła tam altankę, w której popijaliśmy kawę przywiezioną zw termosach z Krakowa (jeszcze na działce nie było mediów, ani elektryki, ani gazu), potem stanęła tam przyczepa szwagra, z butlą gazową, można było już nawet coś sobie upichcić. Szwagrowi tak bardzo spodobał się ten teren, że nawet na czas budowy domu na terenie działki zamieszkał w tej przyczepie, aby mieć baczenie na pracujących budowlańców, dopiero na zimę znów do Krakowa powrócił. Potem na teren działki, oddalonej mniej więcej o dwa pola dalej, wprowadził się sąsiad Adam, pamiętam wieczory w altance, gdy moja siostra, mój szwagier i sąsiad z żoną snuli marzenia o swoich nowo powstających domach. A czas płynął, powstał dom mojej siostry i dom sąsiada, a potem w kolejności nieopodal domu mojej siostry swój dom wybudował sobie Maciek, a potem Magda. I jeszcze wtedy nic specjalnego na ulicy Ulubionej się nie działo. Dopiero później stopniowo zaczynała się ona zabudowywać. A skąd taka nazwa ulicy? Gdy wójt gminy Wielka Wieś, pod którą Modlnica podlega, postanowił nadawać nazwy ulicom w rejonie gminy, zwrócił się do mojej siostry, jako tej, która pierwsza zamieszkała przy tej ulicy, z propozycją nadania ulicy nazwa i wtedy po krótkim namyśle Ania zadecydowała” niech uliczka nazywa się Ulubiona”, bo własnie w tym miejscu siostra poczuła się szczęśliwa po przeprowadzce z Krakowa. I tak nazwa uliczki Ulubiona pozostała do dzisiaj.
Była to mała, niepokaźna uliczka, ot taka wsiowa, z wybojami, a często woda po niej spływała……. Ale pomału zaczynały powstawać tam nowe budynki, a na jej końcu wybudowano nawet całe osiedle domków jednorodzinnych, odgrodzonych od pozostałych domów ogrodzeniem. Tym czasem uliczka Ulubiona z małej wsiowej dróżki zaczęła przeradzać się w prawdziwą ulicę, została utwardzona, tak, że auta już łatwo nią przejeżdżać mogły, została zelektryfikowana, no przede wszystkim powstało wiele pięknych domków jednorodzinnych, z bardzo zadbanymi ogródkami, z dywanowmi trawnikami, z krzewami i drzewami i pięknymi kwiatami. W niedzielę poszłam z Magdą na spacer tą uliczką i nie poznawałam, jak bardzo się wszystko tam zmieniło. Jest tam jeszcze kilka działek do sprzedania, szczególnie spodobała mi się jedna, olbrzymia, ciągnąca się od Ulubionej aż po następną uliczkę, ale tam piękny dom z basenem i ze wspaniałym ogrodem można by było wybudować. Rozmarzyłam się trochę…. gdybym tak wygrała w Lotka, ani minuty bym się nie zastanawiała. Cóż, pomarzyć nikt, ani nic mi nie przeszkodzi, tylko……….gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi na pewno o pieniądze !!!!!!!!! No cóż, musiałam wczoraj jednak do Krakowa powrócić i pozostało mi tylko cieszenie się obecnością mojego parku koło mojego domu. Dobrze, że przynajmniej taką namiastkę mam niedaleko domu.
Te upały mnie wykończą. Niestety robię wielki błąd i stanowczo za mało piję wody mineralnej,w taki czas kanikuły powinno się wypić około 3 litry wody dziennie, a to dla mnie stanowczo za dużo. Niestety złe skutki tej mojej niechęci do picia odczułam wczoraj, straszne skurcze najpierw wyłamywały mi palce u rąk, a potem kurcze przeniosły się na nogi, – od stóp aż po biodra, nie mogłam przez to spać, mimo, że łykałam i magnez i potas, zasnęłam dopiero po 3 w nocy, bo co wcześniej zasnęłam, budził mnie nowy skurcz. A poza tym, mimo, że moje mieszkanie, przez obecność w pobliżu Parku, nie należy do tych łatwo nagrzewających się było w nim wczoraj okropnie duszno. O taką gorącą, tropikalną aurę co najmniej na najbliższy tydzień chyba i jeszcze co najmniej pół następnego zapowiadają. I jak tu żyć, panie premierze????? Ale i tak życzę Wszystkim miłego przetrwania tych niesamowicie gorących dni, najważniejsze jest nie załamywać się i jakoś z niektórymi przeciwnościami życia jednak się pogodzić.